A na imie jej Kołtun
wtorek, WrzesieÅ„ 27th, 2011CzÅ‚owiek z natury jest dobry. Czasami zdarzy mu siÄ™ napsocić ale generalnie stara siÄ™ czynić rzeczy pozytywne. Nam też siÄ™ zdarzyÅ‚o i jesteÅ›my z tego dumni. Być może dla niektórych nie byÅ‚by to wyczyn wielki, jednak gdy w grÄ™ wchodzi życie, to należy na wszystko wziąć poprawkÄ™. I nawet jeÅ›li chodzi (tylko) o żywot kota…
Historia, którą opowiem zdarzyła się pod koniec ubiegłego roku, chociaż prawdę mówiąc, to można by cofnąć się jeszcze wcześniej, kiedy to nasz bohater regularnie, praktycznie codziennie nas odwiedzał. Plotka głosi, że Kołtun widziany był na naszym osiedlu co najmniej rok przed tym, jak zaczął do nas przychodzić. Przechadzał się uliczkami, pokazywał nocą ale i za dnia, wchodził na podwórka i liczył na pomocną dłoń dobrego człowieka. Jak to bywa w przypadku kotów bezdomnych, tak samo Kołtun, był strasznie zaniedbany. Dachowiec jednak z niego nie był taki sam jak jego koledzy po fachu. Brudny? Owszem. Śmierdzący? O tak. Piękny? Kwestia gustu. Te cechy, które w pewnym momencie jego życia go doświadczyły, połączyły z innymi kotami w kwestii bezdomności. Różnica natomiast była taka, że była to jakaś rasa kota perskiego. Prawdę mówiąc nigdy wcześniej nie widziałem kota perskiego bez zameldowania. Zawsze kojarzyłem, że te, jakby nie było elitarne koty, przeznaczone były raczej dla wybranych. Okazało się, że i my staliśmy się wybrańcami , bo gdy Kołtun przyszedł raz, tak (jak się później okazało) już został. Choć nie od razu, musiało minąć jeszcze trochę czasu.
Kotek pojawiał się głównie z jednego powodu. Tak jak inne do niego podobne wyczuł, że gdzieś jest darmowa micha (o ile można tak się do kota czy psa w ogóle odnieść). Miał szczęście, że ktoś się zlitował, że komuś zrobiło się biedaka żal. A kot, trzeba przyznać, w kondycji był kiepskiej. Długi czas spędzony na ulicy zrobił swoje i najpewniej piękne kiedyś kocisko znacznie podupadło, zarówno na zdrowiu jak i na wyglądzie. Kot z rodziny persowatych z reguły posiada długie włosie. W przypadku naszego bohatera długie, być może kiedyś korzystnie się prezentujące, w chwili jego podwórkowego życia stanowiło problem. Futro było brudne, posklejane, nie pachniało ładnie i wszędzie porobiły się kołtuny, których szczotką nigdy nie dałoby się rozczesać. W pewnym momencie jedno futerko zaczęło się odklejać, tak jak wąż, który zrzuca swoją skórę, robiąc miejsce na nową, tak Kołtun pozbywał się własnej. Tyle tylko, że w części odklejona, nie chciała w całości się oderwać. Nawet nasza pomoc na niewiele się zdała, próbowaliśmy sklejoną sierść odciąć nożyczkami, jednak na próbach się tylko skończyło. Kolejnym problemem były ropiejące oczy. Na 100% musiała wdać się tam jakaś infekcja gdyż nie wyglądało to najlepiej.
Kot od początku zjadał wszystko co się mu dało a głównie były to nasze niedojedzone posiłki. Serwowaliśmy mu też wodę i mleko, które za każdym razem znikało w mgnieniu oka. Z czasem dieta została bardziej urozmaicona bo pojawiła się kocia karma. Sucha bo sucha ale i tak wydawało się to być dla niego nie lada gratką. W sumie nie wiadomo co on tam, w tej bezdomnej przeszłości jadał, niemniej jednak wątpliwe aby trafiały mu się rarytasy ze stajni Whiskasa czy Kitekata.U nas miał strawę regularną, co pewnie postawiło go trochę na nogi. Po jakimś czasie wąsaty kolega nie opuszczał już naszego podwórka, zadomowił się gdzieś w okolicy butli z olejem i cały czas sterczał przed drzwiami do kuchni, czekając na ruch dobroci z naszej strony. Założę się, że nie jeden prędzej czy później przepędziłby tak wyglądającego gościa. Bo tak naprawdę kot, co raz mniej przypominał kota, była to raczej mało estetyczna, zaniedbana i posklejana istota. Ale tak jak napisałem na wstępie: człowiekowi zdarzają się przypływy dobroci i czasami pomagać trzeba. My znaleźliśmy się w sytuacji, którą po części sami sprokurowaliśmy i teraz wycofanie się było by świństwem i zwykłym tchórzostwem. W dodatku nieuchronnie zbliżała się zima, zaczęły pojawiać się coraz częstsze deszcze, wiało co raz mocniej i było chłodno. Trzeba było kotka ratować i przedsięwziąć w tym celu jakieś kroki. Decyzja była przemyślana i jednocześnie spontaniczna: jedziemy do weterynarza, stawiamy kota do pionu i dajemy mu nowe życie!
Tak jak pomyśleliśmy, tak też zrobiliśmy. Kotek specjalnie nawet nie protestował, nie wiadomo czy był aż tak osłabiony, że nie wyrywał się podczas wkładania go do kartonowego pudła czy przeczuwał, że wydarzy się w jego życiu rzecz przełomowa? Pan weterynarz oczywiście nas przyjął i obiecał pomóc, choć z jego strony padło pytanie czy chcemy go zostawić czy zabrać ze sobą? Rzecz jasna pierwsza opcja nie wchodziła w grę, więc zgodziliśmy się na wszelkie zabiegi i czynności pomagające kotkowi aa tym samym zaakceptowaliśmy również koszta z tym związane. Kot, zamknięty w metalowej klatce najszczęśliwszy nie był, zauważyliśmy u niego smutek pomieszany ze strachem. Po paru godzinach jechaliśmy Kołtuna odebrać.
WyglÄ…daÅ‚ nie do poznania. Ogolony, odrobaczony, z naprawionymi i wyrwanymi zÄ™bami, nafaszerowany kroplami i rozmaitymi tabletkami. ZostaÅ‚ uÅ›piony tak aby weterynarz mógÅ‚ przeprowadzić wszystkie te czynnoÅ›ci ratujÄ…ce i odmieniajÄ…ce jego życie. OkazaÅ‚o siÄ™, że miaÅ‚ zapalenie nerek a także problemy z zÄ™bami. Jeden z kłów na przodzie musiaÅ‚ być usuniÄ™ty. Na koniec wystawili nam rachunek w wysokoÅ›ci 95 euro. Weterynarz (z zachowania wydawaÅ‚ siÄ™ wielkim miÅ‚oÅ›nikiem zwierzÄ…t) stwierdziÅ‚, że opuÅ›ciÅ‚ nam z ceny jakieÅ› 50 euro (za to, jaki mieliÅ›my w stosunku do bezdomnego kota gest). Z drugiej jednak strony po paru dniach odzyskaÅ‚ te pieniÄ…dze, bo wydaliÅ›my kolejne 40 euro za pomoc okulistycznÄ… wraz z kropelkami do oczu, które nie chciaÅ‚y siÄ™ naprawić i caÅ‚y czas ropiaÅ‚y. Aha, ważnÄ… wiadomoÅ›ciÄ… byÅ‚o to, że KoÅ‚tun jest okoÅ‚o 7 letniÄ… kotkÄ……
Już w domu, po wyjściu z pudła, kotka zataczała się we wszystkie strony. Narkoza jeszcze nie puściła, musiało minąć więcej czasu. Kołtun przestał być Kołtunem (w sensie posklejanego futra), teraz bardziej przypominał miniaturkę lwa: wszędzie ogolony i tylko głowa kudłata. Wyglądało to komicznie, taka trochę karykatura, która mało co kota przypominała. Dla bezpieczeństwa kotka na noc została umiejscowiona na powrót w pudle, tak aby nie zrobiła sobie krzywdy podczas tego ciągłego, pijanego transu.
Od tego momentu minął już prawie rok. Zżyliśmy się wszyscy a kotek stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Ma swój własny kąt w kuchni, ma swoją miskę na jedzenie i co najważniejsze, ma dom. Czasami, szczególnie na początku momenty bywały stresujące, kiedy to kotkowi zdarzyło się nasikać czy zrobić kupę nie tam gdzie trzeba. Niekiedy (a może zawsze?) była to nasza wina, gdyż na czas nie udało się przygotować kuwety. Szare futerko z biegiem czasu stało się miłe i miękkie w dotyku, pod dłonią czuć było puszystość. Musimy je w miarę regularnie rozczesywać aby utrzymać ten stan czystości. Kicia to lubi, podobnie jeśli idzie o wszelakie głaskania i drapania. A najbardziej przypadło jej do gustu wylegiwanie się na naszych kolanach. Nie wiem czy była tak nauczona czy po prostu jest z niej taki tuluś? A może jest nam wdzięczna za to, że z nami mieszka? A może nadrabia stracony czas bycia na ulicy, kiedy to o pieszczotach mogła sobie tylko pomarzyć? Nie ważne, po prostu lubi i już. Tyle tylko, że czasami my nie lubimy i ją z siebie zrzucamy. Bo trzeba zauważyć, że wystarczy usiąść, na fotelu, na sofie, gdziekolwiek. Czuje, kocie oko od razu to wyłapuje i w momencie ładuje się na nogi. Bywa to uciążliwe ale idzie przywyknąć. Podchody przy tym czyni zacne: skrada się z największym wdziękiem, najpierw jedna łapa, później pytające spojrzenie, następna łapa kolejna aż w końcu delikatne wejście w całości. Ogromna gracja i sprawność.
Jest też rzecz, która trochę odpycha i denerwuje. Nie wiem czy kot temu winny, pewnie nie ale wyziewy z jej pyszczka przeraźliwie śmierdzą i odpychają. Kota nigdy wcześniej nie miałem, więc stwierdzić nie mogę czy inne koty też mają z tym problem? Chociaż wydaje się, że raczej nie. Raz na parę miesięcy szykujemy dla niej kąpiel. Szybki prysznic, specjalny szampon i suszenie sprawiają, że kot jest niczym żywcem, wyjęty z wystawy dla kotów rasowych. Myjemy go w wannie, z której próbuje czmychnąć, jednak zawsze dotrwa do końca. Również dzielnie znosi powiew ciepłego powietrza, wydobywającego się już na zakończenie z suszarki.
Kołtun w jakiś szczególny sposób życia nam nie odmienił. W dalszym ciągu mamy te same przyzwyczajenia, w podobny sposób przelatują dzionki, kręci się niezmienionym rytmem. Przybyło trochę obowiązków, lecz nie są one jakoś strasznie uciążliwe, wchodzą w krew i można się przyzwyczaić. Niebawem minie rok odkąd jest z nami i chyba pojawiła by się pustka gdyby jej nagle zabrakło. Jak długo potrwa nasza znajomość? Oby jak najdłużej.
tagged under: irlandia.longford.rodzina15 Komentarze w A na imie jej Kołtun
Dodaj komentarz
- Co w Polsce? (4)
- Cwirkownia (170)
- Czołówka (1)
- Filmy (7)
- Futbol na Åšwiecie (82)
- Futbol w Polsce (30)
- Hiszpania (4)
- Motoryzacja (6)
- Muzyka (17)
- Podróże po Irlandii (63)
- Podróże po Świecie (16)
- Polska (2)
- Rodzinka (11)
- Sport (121)
- Ukraina (9)
- cwirek :
Taito, na moim paszportowym zdjęciu miałem jeszcze włosy na głowie, wi ... - cwirek :
Pendragonie ogólnie gps jest przydatny ale można spokojnie sobie porad ... - Taita :
Hahaha, o mało co nie zakrztusiłam się herbatą. Coś w tym jest, mnie t ... - pendragon :
Nie zdążyłeś na wschód ale udało Ci się wydobyć z zielonych bluszczów ... - cwirek :
Hej Taito! Widzę, że udało się skomentować bez wpisywania www? :-) Rz ...




Moje uwielbienie dla takich ludzi jak Wy nie ma koÅ„ca. Zbyt wrażliwa jestem na takie historie, nawet jeÅ›li za kotami nie przepadam to nie znoszÄ™ kiedy ktokolwiek wyrzÄ…dza krzywdÄ™ zwierzÄ™ciu. ZdjÄ™cie wychudzonej kotki faktycznie wyglÄ…da przeraźliwie, cieszÄ™ siÄ™ że znalazÅ‚a nowy, prawdziwy dom. Może ten „zapaszek” to od tych zÄ™bów? Nie znam siÄ™ na kotach, ale dla psów sÄ… takie przysmaki co to pozbawiajÄ… smrodu z paszczy, może i dla kotów sÄ…?Pozdrawiam.
Hej Bezimienna!
Powiem Ci szczerze, że taki gest zdarzył mi się po raz pierwszy. Pierwsze tygodnie, jak kot u nas mieszkał były mi trochę obojętne ale teraz już jestem zżyty, choć czasami zdarzy mi się Kołtunowi nagadać i ją tam trochę zwyzywać
A wychudzona kotka w rzeczywistości tak właśnie wygląda. Tzn. normalnie ma futro i to ją pogrubia ale jak się ją ogoli z tego futra to jest to właśnie taka chudzina. I nie ważne czy ma jedzenia pod dostatkiem czy nie.
Przykre zapachy rzeczywiście mogą pochodzić z zepsutych zębów. Też tak myślimy ale żadnych odświeżaczy jej nie serwowaliśmy.
pozdrówka!
Fajna historia o nowym życiu dla kota, podobno koty mają ich siedem
Kota zmieniliście nie do poznania, pewnie jest wam za to wdzięczny. Do nas przychodzi jeden sierściuch, zadbany, piękny i dumny, kiedyś właził do kuchni przez lufcik ale kiedyś go przez przypadek wystraszyłem jak był w zlewie i juz nie wchodzi do srodka tylko bawi się z dziecmi. Jeść nic nie chce bo z naszej kuchni nic dla kota sie nie nadaje. Młoda nazywa go Cleo bo uważa że to kotka a młody nazywa go Leon. Ja nie mam zadania, pod ogon nie zaglądałem
Cześć Piotrze!
Niby 7, choć nasz, wydaje się że ma 2. To znaczy drugie właśnie przeżywa teraz
. Kołtun rzeczywiście wygląda zupełnie inaczej, szkoda że nie mam żadnej fotki gdy był na prawdę brudny i sponiewierany przez życie.
Co Wy za kuchnię macie skoro dla kota by się nie nadawało?
Nasza powiem Ci, że trochę wybredna się stała. Jak kiedyś suchą karmę pochłaniała w ekspresowym tempie tak teraz wybrzydza. Zje jak już jest mega głodna i nic innego nie ma ale generalnie to by zajadała się tylko mięsnym jedzonkiem. Na szczęście nie poznała jeszcze Whiskasa i tym podobnych firm.
pozdrawiam!
Ja chyba bym zmienił kotu imię po takiej przemianie. W kuchni nie ma ani kocich chrupków ani mięsa pod żadną postacią, więc kot na marchewkę się nie rzuca
Cwirku, wystarczyÅ‚o jÄ… od razu do kÄ…pieli wsadzić i wysuszyć, by po reakcji na te zabiegi pielÄ™gnacyjne dojść do wniosku, że to „kobieta”. MiaÅ‚am swego czasu w Polsce dwa czarne kocury – jak one nienawidziÅ‚y wody! A gdybym włączyÅ‚a suszarkÄ™, to chyba by mnie na Å›mierć zadrapaÅ‚y.
Jestem z Was naprawdÄ™ dumna!
My poprzedniej zimny dokarmialiÅ›my Puszka – piÄ™kny i wÅ‚ochaty kot. Niby nie byÅ‚ zaniedbany, ale jego zbyt czÄ™ste przebywanie na osiedlu wskazywaÅ‚o, że kot nie ma domu. Nie wiem, co siÄ™ z nim staÅ‚o, bo od dÅ‚uższego czasu nigdzie go nie widziaÅ‚am.
Inny kot – tym razem zaniedbany – przychodziÅ‚ do nas od czasu do czasu, a ja go wyjÄ…tkowo polubiÅ‚am. Niestety wyjechaliÅ›my do Norwegii, a kiedy wróciliÅ›my jego już nie byÅ‚o – podejrzewam, że sÄ…siedzi go przegonili, bo kiedyÅ› przez przypadek zobaczyÅ‚am jak sÄ…siadka otwiera okno i go straszy [czasem leżaÅ‚ w ich ogródku].
MiÅ‚e zachowanie pana weterynarza. W minionym roku opiekowaliÅ›my siÄ™ uroczymi jaskółkami, które wypadÅ‚y z gniazda. Nie mogÅ‚am ich wÅ‚ożyć z powrotem, bo gniazdo byÅ‚o poza moim zasiÄ™giem. Nie mogÅ‚am jednak skazać ich na Å›mierć [nie potrafiÅ‚y latać], wiÄ™c pozostaÅ‚o mi zabrać je do domu. CzymÅ› trzeba byÅ‚o je karmić, wiÄ™c po pierwszych dniach dÅ‚ubania w ogródku i wygrzebywania dżdżownic, udaliÅ›my siÄ™ do sklepu z przynÄ™tami na ryby. WÅ‚aÅ›ciciel po poznaniu naszej historii i doradzeniu pokarmu, dostarczaÅ‚ nam robaki za darmo – w ramach wdziÄ™cznoÅ›ci za ocalenia trzech irlandzkich jaskółek. Bardzo spodobaÅ‚ mi siÄ™ jego gest.
ByÅ‚o trochÄ™ problemu z ptakami, zwÅ‚aszcza na poczÄ…tku [to zapewne pod wpÅ‚ywem szoku], bo nie chciaÅ‚y dziobów otwierać, ale z czasem „wytresowaliÅ›my” je. NauczyliÅ›my je także latać, choć nie byÅ‚o Å‚atwo. Jedna biedaczka zaliczyÅ‚a przy okazji kÄ…piel w wannie, bo drzwi do Å‚azienki byÅ‚y otwarte i wpadÅ‚a do wody
Summa summarum: jaskółeczki zaakceptowały nas, ochoczo wyskakiwały z pudełka na rękę, a w czasie fruwania po domu lądowały czasami na naszych głowach. Na wyciągniętej ręce rzadziej. Kiedy przyszło je wypuścić, łza mi się zakręciła w oku.
Urzekła mnie ta historia
)
Bez żartów – nie każdego byÅ‚oby stać na to, żeby komplikować sobie życie losem nieszczęśliwego kota. MyÅ›lÄ™, że KoÅ‚tun to też wie, i docenia! Pozdrawiam
Hej Piotrze!
Jeśli idzie o imię to powiem szczerze, że Kołtun jest używane sporadycznie
WoÅ‚amy na niÄ… najproÅ›ciej jak może być, bo po prostu ,,Kot”. Dziwna sprawa z tym imieniem, że siÄ™ nie przyjęło i nie wiem czy siÄ™ kiedyÅ› na dÅ‚użej przyjmie?
Jeszcze szybkie pytanko na koniec: Wegetarianie?
pozdrawiam!
Cześć Taito!
Wychodzi na to, że każdy w swoim życiu miał sytuację, że przyszło mu zwierzęciu pomagać?
Myślałaś o kąpaniu Kołtuna jeszcze przed wizytą u weterynarza? Nie dalibyśmy chyba rady, tzn. nie daliśmy rady, bo kot progu kuchni nie przekroczył. Nie chcieliśmy jej brać do domu także ze względu na to, że w domu było małe dziecko i trochę się baliśmy, a kot wyglądał na prawdę tragicznie.
Fajna historia z tymi jaskółkami. Że też takie dzikie i płochliwe ptaszki dały się w pewnym sensie oswoić
Z ,,latajÄ…cymi” też miaÅ‚em kiedyÅ› super momenty. Chodzi o papugÄ™, falistÄ…, która byÅ‚a z nami 7 (a może to byÅ‚o 9?) lat. Cudowny ptaszek, bardzo oswojony, niby malutki ale peÅ‚noprawny czÅ‚onek rodziny. UmarÅ‚ w dÅ‚oniach w 2001 roku, Å‚zy ciekÅ‚y nam wtedy strumieniami…
pozdrowienia!
Witaj Oliwko!
Cieszę się, że zdecydowałaś się wpaść i coś skrobnąć
Sam nie wiem dlaczego tak się stało, że wzięliśmy tego kota do siebie? Musiało potrwać z pół roku aż decyzja zapadła. To była chwila, choć jak mówię, przez kilka miesięcy widzieliśmy jak jej było ciężko. Zrobiło nam się smutno, zmiękliśmy i już! Kotka przetransferowaliśmy do domku.
pozdrawiam!
Ja mam na swoim koncie tylko psa wziętego ze schroniska. Ktoś oddał ją jak miała jedyne trzy tygodnie i była za mała, powinna być karmiona mlekiem od matki. Bardzo długo odchorowywała te schronisko, ale żyje już trochę dobrych lat do dziś:)Spróbujcie z tymi smakołykami. A co do Whiskasa to nie jestem przekonana, że to dobry pomysł. Jeśli jest tej samej jakości co Pedegree lepiej zwierzakowi nie dawać. Pozdrawiam.
Tak
Bezimienna, raczej nie ma szans aby szybko (o ile kiedykolwiek) nasza kocica dostała Whiskasa. Nie grozi jej to. Zresztą zjada kocie jedzenie z najniższych półek, więc nie widzimy potrzeby aby jej zmieniać.:-)
A więc również pomogłaś? Chwali się, chwali
pozdrawiam!
@Piotrze: Nie przypuszczałbym
Super, podziwiam Was za okazana pomoc dla Kotki:-)
Ja przygarnelam 15 lat temu szczeniaka z ulicy. Ktos ja wyrzucil poprostu i taka miekka bylam ze adoptowalam psine. Wyrosla na pieknego psa i byla z nami 15 lat. W lipcu odeszla. Tyle z nami przeszla..nie moge sie pogodzic jeszcze.
pozdrawiam i pedze dalej czytac.
Witaj Magda!
Miło, że tutaj trafiłaś. Mam nadzieję, że już pozostaniesz
Tak sobie myślę, czy gdy przyszłoby nam przygarnąć psa właśnie, to czy też byśmy to zrobili? Generalnie lubię zwierzęta ale w głębi duszy cieszę się, że to właśnie kotek a nie piesek nam się trafił. Cenię sobie spokój i obcowanie z kotem najbardziej w tym momencie mi odpowiada.
pozdrawiam serdecznie!