Wrobels

Achill Island – to trzeba zobaczyć!

Irlandia sama w sobie jest wyspą. Ale posiada również inne mniejsze lub większe wysepki. Jest ich na prawdę sporo, porozrzucane głównie na zachodnich krańcach kraju. Nie wiem czy najważniejsza i najbardziej popularna ale z całą pewnością największa znajduje się w hrabstwie Mayo. Odwiedziliśmy ją, po wcześniejszym usłyszeniu mnóstwa pochlebnych opinii na jej temat. Czy było warto? No cóż, przekonajcie się sami ale jak to bywa z różnorakimi atrakcjami turystycznymi w tym kraju, pytanie wydaje się być czysto retoryczne.

Achill Island

Nasza podróż rozpoczęła się w Longford tuż po godzinie 7 rano. Aura delikatnie niespokojna, zanosiło się na deszcz, chmury były raczej ciężkie stalowe ale nie padało i to było dla nas najważniejsze. Wjechaliśmy na N5 i po około godzinie i 40 minutach dojechaliśmy do Castlebar. Stamtąd R311 do Newport. Odcinek może 20 kilometrowy, nieśpieszną jazdą zajął nam z 30 minut. W pewnym momencie jechaliśmy już drogą o numerku N59, czyli tą samą która zaczyna się w Galway, przeszywa Connemarę i dociera aż do Sligo. Od jakiegoś czasu wzdłuż szosy widniały znaki drogowe kierujące na Wyspę Achill, więc spokojnie, bez nerwów jechaliśmy sobie przed siebie, do wyznaczonego celu. Po przejechaniu Newport krajobraz stał się o wiele bardziej interesujący, bardziej górzysty, co powodowało, że raz po raz nasze głowy kierowały się w prawo bądź w lewo aby podziwiać i nakręcać się na główne danie, które miało być zaserwowane na Achill…

Michael Davitt Bridge

Cała droga zajęła nam mniej więcej 2,5 godziny i liczyła 165 kilometrów. I teraz mała ciekawostka. Mówiąc wyspa, wszyscy pewnie myślą, że wszędzie dookoła jest woda i aby na nią się dostać trzeba przepłynąć statkiem. Achill jest inna. Wjechać na nią można samochodem gdyż jest tam most (Michael Davitt Bridge), nie duży z 200 metrowy może, który łączy ląd z wyspą. Przejechaliśmy przez tenże most i zatrzymaliśmy się pod SuperValu w pierwszej miejscowości na wyspie – Achill Sound. Nie jest duża, powiedziałbym nawet, że malutka, zresztą wszystkie te mieścinki na wyspie są raczej maciupeńkie, zresztą nie ma się co dziwić jak całą wyspę zamieszkuje około 2700 mieszkańców… Jedna główna droga, parę mniejszych dojazdowych pewnie do posesji, hotel, puby, sklepy, kościół – nic poza tym.  Ogólnie będąc już na miejscu, na Wyspie Achill nie należy się śpieszyć, pod żadnymi względami! My sunęliśmy równym, spokojnym tempem, tak aby ogarnąć widoczki, aby nic co ciekawe nas nie ominęło.

Keel

Pierwszą rzeczą, którą chcieliśmy zrobić to znaleźć nocleg. Założyliśmy sobie. że rozejrzymy się za jakimś B&B w Keel, w małej mieścince leżącej przy końcu drogi R319. Zajęło nam góra 20 minut aby tam dojechać. Achill przypominała mi Connemarę: te same puste, słabo zaludnione i ubogie w roślinność przestrzenie. Zewsząd wyrastały góry, gdzieniegdzie, głównie wzdłuż drogi krzaki i drzewa. Przede wszystkim było dziko i cicho. Było wietrznie i w przeważającej części pusto, odludnie, surowo… Szosa kręta, momentami delikatnie falująca, zawiodła nas w zachodnią część wyspy. W pewnej chwili w oddali zauważyliśmy ogromną dolinę, zjeżdżaliśmy na dół i spoglądaliśmy przed siebie. Stado domków rozsianych po okolicy, jeziorko po prawej, ocean i klify po lewej a horyzont zamykały dwa górskie szczyty. Wjechaliśmy do Keel nieśpiesznie, od razu wyłoniło się spore namiotowo-kempingowe pole, pojawiła się znacznie większa ilość samochodów i ogólnie turystów i …wylazły owce. Wszędobylskie, parę minut musiało minąć aby łaskawie zeszły z drogi, urządzając sobie na niej wcześniej jakieś bitki i przechadzki. Urokliwa sytuacja, która nas szczerze rozbawiła. Pokręciliśmy się troszkę nie mogąc zdecydować gdzie się zatrzymać,  więc pomału, do przodu i znaleźliśmy się w kolejnej malutkiej wiosce – Dooagh. I tam właśnie udało nam się coś wybrać. Domek nie duży, mający 4 pokoje do wynajęcia, z widokiem na ocean i bardzo miłą panią właścicielką. Zapłaciliśmy 60 euro za 2 osoby (Victoria gratis), rozpakowaliśmy się troszeczkę i ruszyliśmy penetrować wyspę.

Ciekawostką jest to, że co najmniej 90% wszystkich domów jest białych! Praktycznie każdy z nich jest tego właśnie koloru choć akurat nasze B&B było żółto-kanarkowe.  Białe mury i ciemno-szare dachy, tak właśnie wyglądały domostwa, szczególnie widoczne to było w Keel i Dooagh. My po rozładowaniu się w Bed and Breakfest udaliśmy się na jedną z 5 tutejszych plaż (tzw. Blue Flag), spełniających europejskie normy czystości i bezpieczeństwa. Zanim wyruszyliśmy z domu, wiedzieliśmy po trosze czego się spodziewać. W teorii byliśmy przygotowani, mniej więcej rozplanowaliśmy gdzie jechać i co obejrzeć. Jednym z tych miejsc było Keem Bay i tamtejsza zjawiskowa i fantastycznie położona plaża.

KEEM BAY

Keem Bay

Już samo do niej dotarcie było interesujące i dosyć niebezpieczne. Najpierw stromy podjazd, następnie równie pochyły zjazd a wszystko wąską drogą, która po jednej stronie miała skały a po drugiej kilkudziesięciometrową przepaść wprost do oceanu, prosto do Zatoki Keem. Widok stamtąd zapiera dech w piersiach, genialnie usadowiona plaża, wciśnięta pomiędzy góry, praktycznie bezwietrzna z niemalże krystalicznie czystą wodą. Z góry przypominało to jakby krajobraz żywcem zapożyczony z Hiszpanii, aż trudno było przyswoić myśl, że takie coś znajduje się na w sumie wietrznej i deszczowej Irlandii. Zjechaliśmy na sam dół, zaparkowaliśmy samochód i posiedzieliśmy dłuższą chwilkę na plaży. Mimo, że był środek lata to woda dość chłodna, nieliczni którzy zdecydowali się do niej wejść mieli na sobie kombinezony. Ja pomoczyłem tylko nogi ale za to Victoria niczym zahipnotyzowana ciągła cały czas przed siebie i jakby mogła non stop siedziała by w wodzie i bawiła by się z nieustannie nadciągającymi falami.

Keem Bay nas urzekła ale Achill miała inne atrakcyjne miejsca, które koniecznie chcieliśmy zobaczyć. Po 2 może 3 godzinkach czas było się zwijać, na niebie pojawiła się większa ilość chmur i słońce gdzieś się schowało. Ja osobiście połazikowałbym troszkę po okolicznych wzgórzach, bo miały potencjał ale niestety nie było ku temu okazji. Nie tym razem i nie z 2 letnim dzieckiem przede wszystkim ale co się odwlecze to nie uciecze. Powtórka z rozrywki w wersji o wiele bardziej hardcorowej szykuje się już na początek września… 😉

KEEL

Klify Minaun/Keel Bay

Wróciliśmy do Keel i powędrowaliśmy na kolejną plaże Blue Flag. Plaża w Keel jest największa na wyspie i ma długość około 3 kilometrów. Oferuje ona wszystkim spragnionym sportów wodnych dobre możliwości do ich uprawiania: surfing, windsurfing, kajaki morskie i kitesurfing. Z plaży widać Klify Minaun, obracając się troszeczkę można zobaczyć szczyt największej na Achill góry – Slievemore (672 m). Można też spacerować do woli a w słoneczne i ciepłe dni kąpać się i opalać ile tylko się da bo miejsca na leżakowanie na 100 procent nie zabraknie. W momencie gdy my tam się przechadzaliśmy straszliwie wiało, opatuliliśmy się i ruszyliśmy na mały spacerek, zbierając przy tym sporo kamyków. Na końcu tejże plaży przy wspomnianych klifach da się wspiąć na górę i wtedy przypuszczam, że widok musi być niezwykle efektowny, na całą zatokę Keel ale i również na Slievemore i na przylądek Moytoge.

DESERTED VILLAGE – W opuszczonej wiosce

Deserted Village

Na Achill Island znajduje się jedno bardzo osobliwe miejsce. Będąc tam można sobie wyobrazić jak ciężkie i niewdzięczne musiało tu być kiedyś życie. Zresztą świadczy o tym moment, który zakończył żywot tych terenów. Deserted Village to opuszczona, kamienna wioska z połowy 19 wieku.  Niestety w pewnym momencie nadszedł dla wszystkich straszny czas, czas Wielkiego Głodu… Kamienna wioska opustoszała, blisko 100 niewielkich domów zostało niezamieszkanych, ludzie zostali zmuszeni przez ówczesnych właścicieli na znalezienie sobie innego miejsca. Niektórzy zaczęli wynajmować domy w Currane, w Dooega czy też w Slievemore a inni wyemigrowali do Ameryki. Wrócono tam na okres letni, nastoletni chłopcy i dziewczęta zamieszkiwali wioskę w sezonie letnim podczas wypasu bydła na okolicznym wzgórzu, trwało to do roku 1940 roku.  Od  czasu Wielkiego Głodu minęło 155 lat, czas, wiatr i deszcz zrobiły swoje. Domy pozbawione dachów, praktycznie tylko zostały im ściany zewnętrzne, stoją dalej i spoglądają niezmiennie w stronę zatoki Keel, w stronę urwisk Minaun… Wzniesiono jest bardzo prosto, dziś można by rzec, że w sposób prymitywny, bo za taki uważa się układanie kamieni jeden na drugi, praktycznie bez żadnej porządnej zaprawy murarskiej. Zauważyliśmy, że używano jakiegoś materiału glinopodobnego, czegoś co w jakiś sposób wzmacniało te konstrukcje i przypominało zaprawę. Pokręciliśmy się troszkę po Opuszczonej Wiosce, powchodziliśmy do domów, przyjrzeliśmy się z bliska w jaki sposób je zbudowano, wyobraziliśmy sobie jak ciężkie musiało tam być kiedyś życie, jak surowe oraz prymitywne i po kilkudziesięciu minutach siedzieliśmy z powrotem w aucie.

ATLANTIC DRIVE

Plan na zakończenie dnia był taki, że chcieliśmy przejechać się tak zwaną Atlantic Drive, drogą która wije się dookoła Achill. Jako, że wyspa ma 22 na 19 kilometrów, bezproblemowo mogliśmy ją sobie objechać, nie śpiesząc się przy tym zbytnio. Z podnóży Slievemore podążyliśmy na północną część wyspy, na plażę w Dugort. Dokładnie to są tam dwie plaże: Silver Strand i Golden Strand. Niestety zaczęło delikatnie pokropywać, więc ograniczyliśmy się tylko do moich szybkich wyjść z samochodu w celu uwiecznienia co piękniejszych widoczków na fotkach.

Victoria zasnęła a my pomału przesuwaliśmy się do przodu. Z północy szybko udaliśmy się na południe, pejzaż stał się bardziej wyrazisty, Atlantic Drive wiła się a to w górę, a to w dół, pozakręcana, nad urwiskami, wzdłuż oceanu…

Widok z Atlantic Drive

Momentami widoki były zachwycające, fale bezustannie próbowały wedrzeć się w ląd, bez strachu uderzały w wielkie klify i skały, prowadząc mozolną z nimi walkę. Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, tuż nad ostatnią z 5 Blue Flag na Achill – Dooega. Jest ona najmniej oblegana ze wszystkich a we wsi o tej samej nazwie do dziś kultywuje się irlandzki język. W południowo-wschodniej części wyspy stoi sobie Kildavnet Tower. Jest to 15 wieczna, 12 metrowa wieża mieszkalna o charakterze obronnym. Zbudowali ją w 1429 roku członkowie klanu O’Malley, którzy w tym czasie panowali na tych terenach. Zainteresowała i po części zadziwiła nas jedna sprawa: ogromnie duża ilość domów stała opuszczonych. Ruiny pojawiały się co rusz i to nie tak stare jak te z Deserted Village, były znacznie młodsze, miały co najwyżej kilkadziesiąt lat. Musiało to świadczyć o bardzo ciężkim na Achill życiu w tamtych czasach.

Intensywny dzionek miał się powolutku ku końcowi, nie było już szans na żadne spacerowanie, zaczęło intensywniej (na szczęście dopiero wieczorem) padać i wiać, Victoria smacznie spała w swoim foteliku, my już też troszeczkę pod męczeni wrażeniami tych kilkunastu godzin, więc czas był najwyższy na powrót do naszej kwatery. Gdy już tam dojechaliśmy nastąpił szybki prysznic, degustacja naszych zapasów żywnościowych i decyzja, że idziemy na Guinnessika i soczki do pobliskiego pubu. W łóżku leżeliśmy coś około godziny 23, wymęczeni, rozemocjonowani i z marzeniami o jak najszybszym pójściu w słodki sen…

W łóżku najlepiej

Dnia następnego szybka pobudka, ubranie się i śniadanko. Jak to bywa w takich miejscach śniadanie wliczone jest już w cenę noclegów. Wybraliśmy standardowe Full Irish Breakfast, czyli między innymi smażony boczek, jajko, kiełbaski, plasterki black puddingu (jak polska kaszanka), grzybki, pomidory, pieczywo, kawka, herbata, soczki… W naszym B&B jadalnia dla gości miała świetną lokalizację, takie zabudowane, szklane patio z widokiem na ocean. Z głośników sączyła się najdelikatniejsza z możliwych melodii a przy sąsiednich stolikach siedziały dwie inne rodziny. Po śniadaniu zdecydowaliśmy się, że opuszczamy Wyspę Achill. Zobaczyliśmy praktycznie wszystko co mogliśmy zobaczyć a że aura była raczej deszczowa i średnio sprzyjająca na wędrówki po plażach czy gdzieś w terenie więc postanowiliśmy, że jedziemy do Galway, do oceanarium. Spontaniczna decyzja ale takie są z reguły najlepsze. Równie spontaniczne było to, że na parę dłuższych chwil zatrzymaliśmy się w Cong i w Ashford Castle. Ja już tam byłem w maju 2009 roku a że bardzo mi się podobało toteż postanowiłem wtedy, że przy pierwszej możliwej okazji zabiorę tam moje dziewczyny.

Krótki postój w CONG

Ashford Castle

Okazja przyszła po przeszło roku, więc trudno było z niej nie skorzystać. Skupiliśmy się głównie na Ashford Castle, pokręciliśmy się troszkę przy zjawiskowym zamku, zrobiliśmy sobie niewielką przechadzkę po parku i przy-zamkowych ogrodach i po ponad godzinie zaczęliśmy wracać. Znacząco poprawiła się pogoda, przede wszystkim wyszło słońce i było o niebo cieplej, to sprzyjało do spacerowania. Wiele osób w tym czasie wybrało się na niedzielne łazikowanie, niektórzy łowili ryby w okolicznej rzece Cong, inni przyjeżdżali do 5 gwiazdkowego hotelu, który stworzony został w wiekowym, rozległym zamku.

Oceanarium w GALWAY

Z Cong ruszyliśmy dalej, chcieliśmy w miarę szybko dostać się do Galway bo nie wiedzieliśmy do której czynne może być to oceanarium. Dotarliśmy doń około godziny 17 – zamykali godzinę później, więc spokojnie mogliśmy wchodzić do środka i podziwiać morskie żyjątka. Podobało się Victorii ale i podobało się nam jednocześnie. Nigdy w podobnym miejscu nie byłem i fajnie było zobaczyć z bliska niespotykane na co dzień ryby. Zobaczyliśmy wszystko co było do zobaczenia, przed wyjściem z budynku zaliczyliśmy jeszcze sklepik z pamiątkami i zaczęliśmy wracać do Longford.

Intensywny weekend czas było kończyć. Podobało nam się niezmiernie, Wyspa Achill ma niesamowity potencjał, każdy znajdzie tam coś dla siebie, czy to będąc typowo rekreacyjnie i rodzinnie z wylegiwaniem się na plaży (w odpowiednie/słoneczne ku temu dni) czy też bardziej wyczynowo. Wyspa oferuje zapierające dech w piersiach pejzaże, wspaniałe urwiska klifowe, przecudowne plaże, góry, torfowiska, mokradła i ocean. Z czystym sercem polecam i mam nadzieję, że ten opis pomoże wszystkim zdecydować się na odwiedziny Achill Island, bo ją po prostu trzeba zobaczyć! 😉

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • pienkne miejsce i mam juz tam plany pojechac.w sumie to plany sa od zeszlego roku ale wlasnie czekamy na ladniejsze dni.wybieramy sie tam pierwszy majowy weekend

  • W maju podobno jest tam najlepsza pogoda. Tak się zastanawiam tylko, czy w momencie ciepła i słońca, Achill również będzie się tak korzystnie prezentować? Chodzi mi o tłumy, które bez wątpienia się tam zjawiają podczas ,,upałów”. No ale plaż jest tam pod dostatkiem, więc każdy znajdzie miejsce dla siebie.

    pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *