Wrobels

Bieg na 5 kilometrów – Longford AC

Małymi kroczkami, bez niepotrzebnej spinki, z głową, byle do przodu. Tak mniej więcej chciałbym, aby wyglądała moja biegowa przygoda. Praktycznie od samego początku jestem biegowym samoukiem – posiłkuję się jedynie tym co wyłapię na temat biegów w krainie www oraz w książkach. I jeśli spojrzeć na początki i porównać to z obecnymi czasami, to ku mojej uciesze, trzeba stwierdzić, że jest progres. Powolutku zbliżać się będę do okrągłego roku, jeśli idzie o przebieranie nogami i nabijanie kilometrów. Pękło ich ponad 700, jestem w stanie praktycznie bez większego problemu pokonać w biegu ciągłym 10 km, a pewien jestem, że gdyby trzeba było biegać kilometrów 15, to też by się zrobiło. Zresztą tego typu próba już była i na nogach po wszystkim się nie słaniałem. Tym razem przyszła pora aby zaliczyć kolejny bieg na 5 kilometrów.

Jak pisałem w poprzednich tekstach, ambitnym celem w tym roku (koniec sierpnia) jest maraton. Być może zrewiduję plany i postawię na połowę tego dystansu, niemniej jednak na teraz jest opcja numer 1. Jakoś tak jednak się złożyło, że jak na razie uczestniczyłem w 3 imprezach biegowych na odcinkach 5 kilometrowych, można powiedzieć, że stałem się biegaczem specjalizującym się w tym konkretnym dystansie. Nie wykluczam oczywiście, wręcz jestem tego pewien, że prędzej czy później należy zmierzyć się z innymi na 10 kilometrowej trasie.

Tuż przed wyścigiem

W przeddzień święta św. Patryka po raz trzeci w karierze (amatora) brałem udział w biegu ulicznym. Aby tradycji stało się zadość wybrałem znany mi już dobrze z Abbeyshrule oraz Longford dystans 5 kilometrów. Ponownie odbyło się to w Longford, czyli w moim mieście. Bardzo dobrze znałem trasę i mniej więcej wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Naturalnie plan był ambitny i w pierwszej kolejności chciałem poprawić mój rekord życiowy. O czołowe lokaty powalczyć byłoby trudno, biorąc pod uwagę wcześniejsze wyścigi, w których uczestniczyłem i spoglądając na czasy najlepszych, lecz oczywiście niczego wykluczyć nie można. A więc poprawić rekord, znaleźć się, na ile to tylko możliwe w czołówce, biec równo aczkolwiek mocno, zdobyć kolejne doświadczenia i czerpać radość z biegu.

Główny Organizator

Główny Organizator

Imprezę organizował LONGFORD ATHLETIC CLUB, czyli miejscowy klub dla biegaczy. Start obu biegów (5km i 10km) wyznaczono na godzinę 11, wcześniej od 9: 30 trzeba było się zarejestrować. I tutaj fajna sprawa, dla mnie nowość: nie było standardowych numerków na klatę, w zamian dostaliśmy opaski z chipami, które należało założyć sobie na nogę bądź rękę. O wiele prościej w odczytywaniu czasów, bo wszystko było zsynchronizowane elektronicznie, po wbiegnięciu na specjalną matę, wystarczyło tylko dopasować numerek do nazwiska.

Opaska z chipem

Opaska z chipem

Rejestracja poszła sprawnie, wypełniłem formularz, dostałem opaskę, zapłaciłem 15 euro i oczekiwałem startu. Oczywiście obserwowałem potencjalnych rywali, którzy wydali mi się dość mocni, sporo osób z klubów biegowych, zaczynając od tego z Longford, poprzez Mullingar, Carrick-on-Shannon  aż po Sligo. ,,Szykuje się niezła walka’’ – myślę sobie. Choć szczerze mówiąc, troszeczkę pesymistycznie do tego podchodziłem, wydawało mi się, że sporo harpaganów i mocarzy ruszy z kopyta do przodu i nie będzie żadnych szans, aby nawiązać z nimi jakąkolwiek walkę. No, ale co się okazało? Większość z nich biegła na 10 kilometrów, więc razem się niestety nie pościgamy. 🙂

Na starcie

Startu oczekiwało około 100 osób. Mniej więcej 200 metrów z przodu taka sama liczba biegaczy przygotowana była na swój 10 kilometrowy bieg. Po szybkim briefingu, paru nerwowych przestąpień nogami starter zatrąbił i towarzystwo ruszyło!

Tuż po starcie. / fot. Karl Grant/Sean Crossan

Tuż po starcie. / fot. Karl Grant/Sean Crossan

Ustawiłem się w pierwszym rzędzie, więc od razu tuż po starcie znalazłem się w czołówce. Bez przesadnego pędu, ale w miarę żwawo udawało się połykać kolejne metry. Na początku byłem czwarty, następnie trzeci – dwójka z przodu oddaliła się na tyle, że szybko zdałem sobie sprawę, że z nimi już nie powalczę. Czołówka naszego biegu ekspresem doszła ogon tych od 10 kilometrów i wtedy niestety zaczęły się małe problemy z przepustowością. Wyprzedziłem, co prawda kolejnych maruderów dość sprawnie, ale trzeba było przy tym wskakiwać, co chwilę na trawnik. Nie pomagało to w utrzymywaniu koncentracji, ale nie było innego wyjścia. W ten sposób przegoniłem z 50 osób i prułem w przyzwoitym tempie do przodu. Do około 3 kilometra utrzymywałem cały czas 3 pozycję, co wydawało mi się dość dziwne. Albo ja jestem taki mocny, albo rywale czają się tuż za moimi plecami? Nim pomyślałem, a już byłem na 6 miejscu… Trzech gości zaatakowało a następnie zaczęło się spokojnie oddalać. Nie udało się pod nich podpiąć, ale trzeba było biec i na tej 6 pozycji, co by jej czasami nie stracić. Zbliżając się do 4 kilometra mieliśmy do pokonania kilkusetmetrowy, delikatny zbieg. Upatrywałem w tym swoją szansę, aby trochę podgonić.

Na trasie

Na trasie

Jak to miało miejsce podczas licznych treningów, tak i teraz galopem pokonałem Battery Road, przegoniłem kogoś po drodze (pewnie jakiegoś biegacza na Dychę) i kilometr przed finiszem doszedłem grupki 4 biegaczy. Wiedziałem, że to już końcówka, byłem prawie, że pewien dobiegnięcia do mety na przyzwoitej pozycji, więc wyścig w tym momencie należało uznać za udany. Wspomnianą czwórkę zostawiłem za sobą i pełen werwy pognałem w kierunku finałowego 5 kilometra. Jeszcze tylko mały mostek i ostatnie 100 metrów na pełnym sprincie wpadłem na linię mety.

Kolejny rekord życiowy pobity!

Czas? 19:21, czyli bardzo fajny. Najważniejsze, że założony cel został osiągnięty, miał być kolejny personal best i był. Przy okazji udało się znaleźć w czołówce, więc satysfakcja jest jeszcze większa. Jednak trzeba wspomnieć, że w okolicach 1 kilometra byłem raczej sceptyczny, jeśli idzie o rekord. W dodatku nie pomagała ta kilkudziesięcioosobowa grupa, którą należało skutecznie i systematycznie pokonywać. Dopiero, gdy zrobiło się luźniej, mogłem nadgonić i to właśnie w drugiej części wyścigu zbudowałem ten świetny dla mnie rezultat.

Oficjalny plakat imprezy

Oficjalny plakat imprezy

Muszę tu teraz uczciwie przyznać, że trening i w miarę systematyczne bieganie sprawiają cuda. Porównuję moje trzy stary w zawodach i w każdym kolejnym jest lepiej. Zarówno, jeśli idzie o czasy, które udawało się z biegu na bieg poprawiać, ale również o samopoczucie. Pewnie, zmęczony byłem, bo to normalne – jednak zmęczenie z Abbeyshrulle i zmęczenie z drugiego startu w Longford , były nie do porównania. Wtedy przy 21: 42 prawie umierałem, teraz przy 19: 21 nie wyglądało to aż tak dramatycznie. Poprawa jest tez tego typu, że dziś myślę o zejściu poniżej 19 minut i wydaje mi się to całkiem realne – wówczas gdyby planował złamać 20 minut to sam siebie uznałbym za wariata. Dziś swoje w nogach mam, organizm również się przyzwyczaił to i rezultaty przyszły. Gdyby to teraz mądrze pociągnąć, to radość przy kolejnym łamaniu barier, byłaby niezwykle wielka. Takie pokonywanie granic, odkrywanie samego siebie i zdobywanie coraz to nowszych biegowych szczytów jest niezmiernie podbudowujące i dające pozytywnego kopa do działania. Bieg w Longford sprawił, że takiego właśnie kopniaka dostałem. 🙂

Bohater :)

Bohater 🙂

Na koniec gratulacje i podziękowania dla Gosi! Za dobry bieg i świetne zdjęcia. 🙂

      

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Witam! Dziękuje za odwiedzenie mojego skromnego bloga 🙂 A pro po twojego zdziwienia się faktem że ktoś w 2014 roku pierwszy raz przyjeżdża do Irlandii to muszę ci napisać że Ja w ogóle pierwszy raz z Polski wyjechałam na dłużej, nie licząc szkolnych wycieczek, nie znając języka 😀 a 10 lat temu to byłam chyba jeszcze na studiach i w ogóle o wyjeździe z Polski nie myślałam. 😀 Bardzo podoba mi się na twoim blogu, widać, że wkładasz w niego dużo serca. Dla mnie taki blog to wzór, ideał o którym na razie mogę pomarzyć. Twoje Longford to też małe miasteczko, stolica Hrabstwa, podobnie jak Carlow 🙂 Z przyjemnością poczytałam o twoim pobycie tutaj, a zwłaszcza o początkach w Longford i mam nadzieję, że i ja bez problemu zaaklimatyzuje się w Carlow, choć to miasteczko wielkości dzielnicy W-wy w której mieszkałam. Pozdrawiam serdecznie.

  • Cześć!
    Na pewno się zaaklimatyzujesz, jest nas tu Polaków całe multum, więc nie będziesz się czuła obco. Dziękuję za miłe słowa na temat bloga – co do wkładania w niego serca, to i owszem staram się wkładać, lecz niestety ostatnio strasznie zaniedbałem sprawę jeśli idzie o regularność. Mam nadzieję, że gdy będziesz się tutaj zagłębiać (a będziesz? :)) to pomogę Ci w wybraniu i zorganizowaniu fajnych wycieczek. Jeśli lubisz jeździć, to dotrzesz do naprawdę cudownych i interesujących miejsc. W blogosferze jest parę dobrych blogów przedstawiających i opisujących Zieloną Wyspę, na strony Taity i Kasi z Krainy Deszczowców już natrafiłaś – mogę Ci podrzucić jeszcze ten adres: http://www.around-ireland.blogspot.ie/. A powiedz, potrafiłaś się odnaleźć w tak małym społeczeństwie? Jak sama napisałaś, Carlow czy Longford to praktycznie dzielnice dużych Polskich miast 🙂

    pozdrawiam ciepło!

  • O tak! Jak burza 🙂 Taki mam plan: 10k, pół- maraton i maraton. Dwa pierwsze jeszcze w tym roku, to trzecie nie wiem 🙂 Dziękuję za namiary, zameldowałem się tam u nich a przy okazji odkryłem parę innych ciekawych blogów biegowych.

    do kliknięcia! 😉

  • Hey Ćwirku

    Gratulacje postępów. Czytam o bieganiu bez odczuwania ściany przed sobą bądź dźwigania ciężkich nóg z poczuciem lekkiej niemocy. Sam jestem po kontuzji kolana, i wciąż bieganie to odległa przyszłość.

    Ale za to doskonale Cię rozumiem w sprawie postępów małymi kroczkami. W biegu to dodatkowo łatwiejsze, widzisz tych lepszych obok, łatwiej się od nich uczyć.

    Czy biegasz też w klubie biegaczy?

  • Cześć Tomek! Dzięki. Małe kroczki i regularność są niezwykle ważne. Niestety z tym drugim u mnie ostatnio słabo i to nie tylko o bieganie chodzi. Nie biegam w klubie biegaczy, wszystko na własną rękę – sam sobie jestem trenerem, można by rzec 😉

  • Hej Ćwirku.
    Gratulację, na prawdę! podlinkowałem Twojego bloga u mnie aby więcej osób zobaczyło Twoje postępy w bieganiu. Cieszę się bardzo, że realizujesz postawione sobie cele i mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej.
    Nie śpiesz się z maratonem, na pewno zdążysz na niejeden.
    Pozdrawiam bardzo gorąco.Piotr

  • Cześć Piotrze!
    Niestety muszę Cię zmartwić, ale postawione przeze mnie cele na ten rok realizowane są strasznie ślamazarnie, coś jakby ślimak pełzał 🙂 Maraton rzeczywiście, chyba będzie taka opcja, że w tym roku nie uda się zadebiutować, ale z półmaratonem być może dam radę się zmierzyć. Na razie specjalizuję się w króciutkich, 5 kilometrowych dystansach. W najbliższą niedzielę mój czwarty wyścig 🙂 Dzięki za podlinkowanie!
    pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *