Wrobels

Croaghaun – najwyższe klify w Irlandii

Warto było się wspinać...

Ogrom tego miejsca może przytłoczyć. Robi wrażenie. Z jednej strony jest pięknie i spektakularnie ale z drugiej niebezpiecznie i potencjalnie nawet śmiertelnie. Zerka się z góry na dół, patrzy się niemal w nieskończoność. Dostrzegam skały, wydają się strasznie malutkie. Fale suną spokojnie, niczym w zwolnionym tempie, rozbijając się gdzieś w dole o skaliste nabrzeże. I ten stłumiony huk, to wycie Oceanu, ten ryk wody… A przecież Atlantyk dziś taki łagodny, taki zrównoważony, gdzie mu tam do wściekłości, do sztormu? Zlitował się, tak samo jak zlitowała się nad nami Góra Croaghaun, pozwoliła nam na siebie wejść, odsłoniła swoją ukrytą, drugą stronę, ukazała groźniejsze oblicze: wspaniałe, pędzące w otchłań urwiska, przepaści trudne do ogarnięcia…

Początek nieoznakowanego szlaku.

Początek nieoznakowanego szlaku.

Z czym na Górę Croaghaun?

Od razu uspakajam. Zdobyć tę górę nie jest rzeczą niewykonalną. Nie jest to wyczyn, z tak zwanych impossible. Normalny człowiek, sprawny fizycznie na poziomie podstawowym, wlezie bez większych problemów. Należy mieć tylko dobre buty, do chodzenia po górach, kurtkę chroniącą przed deszczem i wiatrem, czapkę, bądź jakieś nakrycie głowy oraz wodę a także coś wzmacniającego do jedzenia. Podejście w skali od 1-10 oceniłbym na jakieś 5.

Gdzie jest start?

Będąc już na Wyspie Achill należy główną drogą udać się na sam koniec wyspy, przejechać Keel, Dooagh i zakończyć jazdę na malutkim parkingu przy zatoczce Keem. Mając ocean za plecami trzeba zerknąć na górę po prawej stronie i na nią właśnie zacząć się wspinać. Jeszcze tylko 200-300 metrów z powrotem po drodze, którą przejechaliśmy i wchodzimy na szlak Nie jest oznakowany w żaden sposób, nie ma żadnej tabliczki, informacji czy też znaku, można gdzieniegdzie zauważyć wydeptane miejsca poprzednich wspinających się, ale zapewniam, że była ich zaledwie garstka.

Jedno z pierwszych ujęć Zatoki Keem.

Jedno z pierwszych ujęć Zatoki Keem.

To nie są Klify Moheru, gdzie co roku zjawia się milion odwiedzających i gdzie można bez żadnego problemu dojechać samochodem, nie wspinając się w ogóle. To nie są Klify Slieve League, do których również można podjechać autem, chociaż aby patrzeć na wszystko z góry należy jednak trochę się wspiąć. Kto nie chce, żałować nie będzie, bo z dołu urwiska i tak prezentują się spektakularnie. Przepaście Croaghaun są inne. Są dziksze, o wiele bardziej niedostępne a co za tym idzie zdają się być znacznie bardziej interesujące. I piękne, jedyne w swoim rodzaju. W moim odczuciu, w moim prywatnym rankingu, najlepsze w Irlandii.

Gdy jest się już na górze, w głowie kołacze się myśl, że tą możliwość podziwiania wspaniałych widoków sami sobie podarowaliśmy. Nikt nas tu nie przywiózł, na grzbiecie nie przywlókł, własnymi siłami tego dokonaliśmy, trochę zmęczeni ale szczęśliwi. Smakowało jak dobra zupa, którą pieczołowicie się przygotowuje a następnie ze smakiem zjada.

Skały, skały, zewsząd skały.

Skały, skały, zewsząd skały.

Jak wspomniałem szlaku się nie uświadczy, żadnej ścieżynki nie ma, już od samego początku idziemy własnymi ścieżkami, stawiamy stopy tam gdzie najwygodniej, omijamy nierówności, przeskakujemy dziury, zatapiamy buty w mchu, zaznajamiamy się z ostrymi krzaczkami, cały czas pod górę, wyżej, wyżej, z każdym krokiem wyżej. Co jakiś czas zerkamy za siebie, odwracamy się i podziwiamy. Zatoka, plaża, parking, samochody, ludzie… To wszystko się zmniejsza, w oczach kurczy ale za to powiększa się ocean, wyłaniają zza gór kolejne, ukryte wcześniej krajobrazy. Momentami stromo, trzeba sobie pomóc rękoma. Poruszamy się powoli, zastanawiamy się nad każdym krokiem, lecz idzie to sprawnie, automatycznie. Wyciągamy aparaty, łapiąc i uwieczniając co lepsze sceny. Mniej więcej w połowie zatrzymujemy się, przysiadamy na kamieniach, na trawie i ładujemy kanapkami baterie. Przeszliśmy już sporo ale cały czas mamy kawałek do pokonania. Nie poddamy się, nic nas nie zatrzyma. Jesteśmy szczęśliwi…

Niespodziewane spotkanie

Już parkując samochód przypuszczałem, że dojdzie do fajnego spotkania. Czułem, że po wielu, wielu latach uda się w końcu zrealizować to, co jakimś dziwnym trafem zawsze było odkładane, zawsze omijane, zwał jak zwał ale generalnie nie trafialiśmy na siebie. ,,Nie tym razem” – pomyślałem. Od wiosen dobrych kilku czytałem irlandzkie historie Pendragona z niemałym zainteresowaniem. Śledziłem jego bloga, nierzadko komentowałem i tak po trosze zazdrościłem tych wszystkich jego wyspiarskich wojaży i przygód. To wszystko jednak było w świecie wirtualnym. Tym razem spotkanie na żywo miało się w końcu ziścić.
Zaparkowaliśmy obok firmowego auta ,,Pendragon Tours”. ,,A to ci heca!” – od razu wpadło mi do głowy. ,,Pendragon jest w pracy i pewnie zabrał swoich gości na Klify Croaghaun”. Znając życie, pewnie uda nam się gdzieś na szlaku spotkać. Gdyby jednak jakimś cudem miało się to nie udać, w razie czego zostawiłem mały liścik za wycieraczką jego samochodu. Już podczas wspinaczki zlokalizowaliśmy 3 postacie powoli wchodzące na górę. Z każdym metrem nasz dystans się zmniejszał i w pewnej chwili zmniejszył się do tego stopnia, że w 100% byłem pewien, że Pendragon to Pendragon a nie na przykład jego firmowy kolega – drugi przewodnik.

-,,Hello! How Are You?” – popłynął standardowy tekst z ust gościa w czerwonej kurtce (Czyli Pendragona).
-,,Witaj! Nareszcie się spotykamy” – odpowiedział (z pewnością w głosie) po polsku gość (czyli ja) w czerwonej kurtce.

Friends

Pamiątka z nieoczekiwanego spotkania dwóch podróżników :)

Przycupnęliśmy wszyscy na moment, racząc się kanapkami i ucinając przy tym miłą pogawędkę. Stała się rzecz nie do pomyślenia. Spotkaliśmy się po dobrych paru latach, daleko, niemal w dziczy, na Wyspie Achill, na zboczach Croaghaun, akurat w tym konkretnym momencie. Widocznie los tak chciał. Czysty przypadek. I jak tu w te przypadki i zrządzenia losu nie wierzyć? No normalnie nie da się 🙂

Keem Beach

Nasze ulubione ujęcie podczas wspinaczki :)

W górnych partiach ostra trawa zanika, podłoże również jakby staje się trochę mniej podmokłe, pojawia się więcej kamieni. Stromizna też zelżała, choć w dalszym ciągu poruszamy się dość ślamazarnie, daleko nam do zwinnych górskich kozic czy nawet do owieczek. Powolnie, lecz do góry, a to jest najważniejsze. Apropo owiec, to oczywiście również mamy przyjemność je spotkać. W Irlandii są chyba wszędzie: na drogach, na pastwiskach i wysoko w górach. Z reguły płochliwe i wystraszone, ale zawsze fajne. Beczymy na siebie wzajemnie, one idą dalej skubać trawę a my przed siebie, na szczyt.

Został nam już ostatni fragment do pokonania, ostatnie podejście. Znajdujemy się w krainie skał, weszliśmy na terytorium kamieni – niemych władców górnego odcinka Góry Croaghaun. Patrzę ze siebie, obracam się i przede mną, w całej okazałości wdzięczy się kilkusetmetrowa, niemal pozioma płaszczyzna terenu, jakże dziwny fragment, gdzie dotąd było tylko i wyłącznie pod górę. Moja głowa obraca się w lewo – nie ma krystalicznego powietrza ale zauważam zatokę w Keel, Dooagh, domki jako maleńkie białe punkciki czy też Klify Minaun majaczące na ostatnim planie…

Widok w stronę Dooagh, Keel i Klifów Minaun.

Widok w stronę Dooagh, Keel i Klifów Minaun.

Po około 2 godzinach wreszcie udaje nam się dotrzeć na szczyt. Jest wietrznie, ale nie przeszkadza nam wiatr, nie dajemy się zimnu, kręcimy się po szczycie, co rusz podchodząc do krawędzi klifu i podziwiając otaczające nas widokowe wspaniałości. Krajobraz, w którym się znaleźliśmy wyzuty jest z roślinności, bez nasyconych barw, raczej stonowany, ogołocony, niemal księżycowy. Co prawda teren miejscami mocno podmokły i grząski lecz trawa cały czas zgniłozielona, prawie że brunatna. I naokoło skały, głazy, ostre kamienie wyrastające z podłoża, tysiące lat tkwiące na tym bezludziu. A wśród nich my podróżnicy, jedyni którzy wspięli się w tym momencie na Urwiska Croaghaun. Trzy malutkie postacie wędrujące po grani i wchłaniające wszystko to, co było do wchłonięcia… Tu i teraz: ,,Czerp ile wlezie! Upajaj się! Łaknij!”

 

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • No nareszcie! 🙂 Już myślałam, że się nie doczekam nowego wpisu. Poproszę o więcej 🙂

    Ale czaderska wyprawa! I te widoki! Mmmm…

    Uwielbiam Mayo, jak pewnie wiesz. Uwielbiam Achill, te jej urocze plaże, tą jej surowość i to jej piękno. Mimo tego nie miałam jeszcze okazji wspiąć się na szczyt tych urwisk. Miałam właśnie pytać, ile czasu zajmuje podejście, ale dzięki zawartej informacji, już wszystko wiem. Kto wie? Może za jakiś czas wyruszę Twoim szlakiem?

    A zazdrościć nie masz czego. Twoje podróże nie są w niczym gorsze! Zobaczyłeś już OGROMNY kawałek Irlandii. I choć może sam tego nie widzisz, potrafisz bardzo fajnie przelać swoje odczucia na „papier”. Ja osobiście bardzo lubię czytać o Twoich irlandzkich [i nie tylko] wyprawach, choć z wiadomych względów, te wyspiarskie najbardziej mnie interesują.

    Dzięki za fajna lekturę.

    Explore. Dream. Discover 🙂 And keep blogging 😉

  • Szybka odpowiedź! Żeby nie było 😉

    Podobnie jak Ty, ja również bardzo sobie cenię Wyspę Achill. Jest świetna i oferuje naprawdę sporo fajnego. Byłem tam 3 razy i wydaje mi się, że znam ją bardzo dobrze. Piszesz, że macie w planach wspinaczkę? Nie zwlekajcie i gdy nadarzy się ku temu okazja, to skorzystajcie z niej. Potrzeba tylko aby nie padało, aby dużo i długo nie padało, bo takie przelotne załamania pogody nie są straszne. My również mieliśmy takie chwile gdy szczyt całkowicie został spowity przez chmury ale już u góry chmury zniknęły i mogliśmy podziwiać widoki 🙂

    Będąc już u góry warto udać się granią w kierunku kolejnej wielkiej góry – Slievemore. Niesamowite widoki, wspaniałe urwiska i ukryte jeziora. Będziecie zachwyceni.

    Trochę rzeczywiście udało się zobaczyć, ale człowiek chce jeszcze i więcej! 🙂 Dlatego między innymi warto odwiedzać blogi, dowiadywać się nowych historii, korzystać z nich a następnie eksplorować nowe tereny. Osobiście w ostatnim czasie to podróżowanie u nas troszeczkę się uspokoiło, zwolniło i chciałbym do tego wrócić z większą częstotliwością. Zobaczymy, mam nadzieję, że tak się właśnie stanie.

    Dziękuję za miłe słowo! Cóż mogę odpowiedzieć? 🙂 Miło mi, że tak właśnie postrzegasz moje pisanie. Jeśli chociaż jedna osoba jest zadowolona, to warto blogować.

    Keep blogging? I will! 😉

  • Zadowolonych osób jest z pewnością więcej. Na pewno nie jestem osamotniona w moich odczuciach. Tylko wiesz, jak to bywa z czytelnikami. Nie każdemu chce się aktywnie uczestniczyć w życiu bloga. A szkoda. Coś o tym wiem 😉

    Wielkie dzięki za wszystkie wskazówki. Na razie nie mam konkretnych planów co do irlandzkich wyjazdów i niech tak zostanie. Niech życie samo mnie zaskoczy. W zeszłym roku np. dwukrotnie byłam w Mayo mimo że jakoś tego szczególnie nie planowałam. Czas pokaże, gdzie wiatr mnie wywieje w tym roku.

    Bardziej główkuję nad jakimś zagranicznym wyjazdem, ale tu też nie mam sprecyzowanych planów. Przeważnie na początku nowego roku rezerwowałam jakieś loty na drugą połowę roku, ale w obecnej sytuacji na świecie, raczej nie będę zbyt daleko wybiegać w przyszłość. A Wy macie jakieś plany na zagraniczne wyjazdy? Może Francja ponownie? A może długo wyczekiwana Gruzja?

    • Jakie plany podróżnicze? Prawdę mówiąc nie mam żadnych sprecyzowanych. Pewnie latem wylądujemy na jakiś moment w Polsce i znając życie będzie to nasza jedyna zagraniczna podróż w tym roku 🙂 Francja byłaby rzeczywiście fajna, o Gruzji nawet nie marzę, bo prawdę mówiąc temat utknął w martwym punkcie i nie zanosi się abym w najbliższym czasie się tam pojawił. Czasem się zastanawiam czy swego czasu, w momencie gdy planowaliśmy tę eskapadę, to czy nie była to tylko mrzonka? Niby kraj łatwo dostępny ale jednak parę czynników musiałoby się ze sobą zgrać. Może kiedyś? Na razie wstrzymane 🙂

      Zobaczymy co się wydarzy, w tamtym roku tak luźno dyskutowaliśmy nad Angielskim Legolandem, może to udałoby się zrealizować? Taka parodniowa, samochodowa wycieczka. Jeśli idzie o Anglię, to ucieszyłbym się niezmiernie, gdybym na wiosnę znalazł się na jakimś meczu Premier League; taki 2 dniowy szybki trip 🙂

      Irlandia? Podobnie jak Ty, nie chcę robić wielkich planów. Gdzieś się wybierzemy na pewno i niech to będzie trochę spontan, jakaś niespodzianka 🙂

      Czytelnicy rzeczywiście są u mnie bardzo leniwi, bo oprócz paru rodzynków, nie dzieje się za wiele. No ale moją rolą jest aby tych czytelników uaktywnić w jakiś sposób a nowych przyciągnąć. Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie 🙂

  • Achill było pierwszym miejscem wycieczkowym, jakie odwiedziłam krótko po przyjeździe tutaj. Nie mam tak spektakularnych zdjęć, więc jak kiedyś zdecyduję się opowiedzieć o naszej „wyprawie”, podlinkuję Twój post. Coś w stylu „tak miało być, a tak nam wyszło” :D.
    Za to kolegę Pendragona miałam okazję gościć w swoich skromnych progach!
    Pozdrawiam!

    • My na Achill pierwszy raz trafiliśmy w lipcu 2010 roku. Później byłem tam we wrześniu tego samego roku i w maju 2015. Miejsce urocze i pewnie nie raz się tam jeszcze pojawię. A co do pierwszych naszych irlandzkich wycieczek, to o ile dobrze pamiętam, zdarzyło się to w grudniu 2005 – pojechaliśmy do Galway. Jakoś w tym samym momencie, być może na wiosnę 2006 wizytowaliśmy Boyle i Sligo.

      Ja Piotra spotkałem tylko raz na tych Achillskich klifach. Mieliśmy nawet w planach aby wspólnie powspinać się na Carrantuohill, ale skończyło się na planowaniu.

      Ja mam zdjęcia z wycieczek a Ty masz super fotografie kulinarne 🙂 Nie planowałaś nigdy aby połączyć podróżowanie z gotowaniem? Coś na kształt Makłowicza, pojechać w jakieś fajne miejsce, wyciągnąć kuchenkę i pichcić? 🙂 Połączyłabyś 2 w 1 podczas takiego wyjazdu.

      pozdrawiam! 🙂

  • OMG! że tak to ujmę!Wyprawa niesamowita, widoki dech zapierają, a zdjęcia po prostu fantastyczne. Bardzo bym chciała – i zapewne kiedyś to zrealizuję – pojeccać w takie miejsca. Klify Moheru(zaliczone w końcu po ponad 10 latach pobytu na Wyspie :)) są powalające, ale tłumy ludzi tam obecne… także. Naszej rodzinie bardziej odpowiada dzicz i pustka, tyle, że na takie wyprawy jak Twoje, to moje młode muszą jeszcze podrosnąć, ale trenujemy je systematycznie 🙂
    pozdrawiam z Laois

    • Moje dzieci także do tego typu wspinaczek rzecz jasna się nie nadają, ale podobnie jak Ty chcielibyśmy aby w przyszłości aktywnie poznawały Zieloną Wyspę.
      Klify Moheru fajne ale nazbyt oblegane. Nie ma takiej swego rodzaju magii jak na Croaghaun. Warto zobaczyć raz i tyle.

      W moim prywatnym rankingu klifów irlandzkich wyglądałoby to tak:

      1.Croaghaun Cliffs
      2.Slieve League Cliffs (Co.Donegal)
      3.Cliffs of Moher

      pozdrawiam serdecznie! 😉

      • Więc właśnie, te tłumy ludzi na najbardziej chyba popularnych irlandzkich klifach trochę mnie odrzuciły, ale cieszę się ogromnie, że mogłam to wszystko zobaczyć, bo wrażenie robią, jak odciąć się od rzeczywistości. Teraz będę podczytywać systematycznie Twój blog i podpuszczać małżonka na kolejne wyprawy 🙂
        Pozdrawiam

        • Czytaj, czytaj – uszczęśliwisz mnie tym 🙂 Na Klify Moheru rocznie zjeżdża się milion turystów. Druga po Browarze Guinnessa najczęściej odwiedzana atrakcja turystyczna w Irlandii. Także nie ma się co dziwić, że są tam tłumy. Trzeba by chyba pojechać na 6 rano, to może byłoby trochę prywatności 🙂

  • Czesc.
    Bardzo fajny blog. Tych klifow jeszcze nie znamy. Trzeba bedzie sie wybrac 🙂
    Pozdrawiam z Cork.
    Janusz
    P.S.
    Czytalem w innych komentarzach, ze planowales wyprawe na najwyzsza gorke. Byles juz ?

    • Hej Janusz!

      Niestety na Carrantuohill nie dotarłem, mam nadzieję, że stanie się to w przyszłości. Z Cork masz tam w sumie rzut beretem 🙂
      Jeśli wyruszylibyście kiedyś na Croaghaun Cliffs, to sama Wyspa Achill jest bardzo piękna. Warto!

      pozdrawiam! 🙂

  • Ćwirku, nasze spotkanie było z jedną fajniejszych rzeczy jakie przytrafiły mi się w tamtym roku i najbardziej zaskakującym spotkaniem w ogóle 🙂 Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na szlaku 🙂

    • Nie będę oryginalny, jeśli napiszę, że również było to dla mnie najbardziej zaskakujące spotkanie w moich irlandzkich dziejach 🙂 W życiu bym nie przypuszczał jadąc wówczas na Achill.
      Myślę, że damy radę kiedyś pogawędzić dłużej niż kilka minut.
      Trzeba wierzyć!
      Pozdrawiam 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *