Wrobels

Doolough, wizyta w mrocznej dolinie…

Ciemno. Posępnie. Mgliście. Deszczowo. Melancholijnie. Po irlandzku. Wjechaliśmy w tę krainę mroku zupełnie nieświadomi co może nas spotkać. Domowy research przyniósł jako taki pogląd, ale wiadomo, na żywo sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tym razem było podobnie…
W Louisboroug skręciliśmy w lewo. O samym miasteczku zbyt wiele powiedzieć nie można. Moment i już nas tam nie było. Szosa, po której jechaliśmy charakterystyczna dla tego zakątka Irlandii. Wyspa Achill, Hrabstwo Mayo, Connemara, wszędzie tam krajobraz charakteryzuje się surowością, jest opustoszały i drogi wiją się w takiej właśnie scenerii. Sporo zakrętów, gdzieniegdzie domy, duże przestrzenie i pofałdowany teren. Bujna roślinność? Zapomnij. Na pewno nie w smaganej wiatrem krainie, gdzie królują kamienie, skały i brunatne torfowiska. Sznur ciągnących się w swoich, tylko dla siebie znanych kierunkach, samochodów? Nie ma szans. Jechaliśmy praktycznie sami, z rzadka mijając się z innymi podróżującymi. Pogoda, miejsce, czas – wszystko po trochu miało na taki stan rzeczy wpływ.

Doolough Lake

Doolough Valley

Najbardziej charakterystyczna rzecz w tej dolinie? Co najmocniej przykuło naszą uwagę? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Czy było to Doolough Lake malowniczo umiejscowione pomiędzy Mweelrea Mountain oraz Sheeffry Hills, ciągnące się z północy na południe i towarzyszące nam przez dłuższy odcinek trasy? Czy może może majestatyczne Góry skąpane we mgle, opatulone przez gęste chmury, groźnie wpadające do wód jeziora? A może droga, z jednej strony przytulona do skał , drzew i krzaków, wijąca się niczym wąż, ukazująca różne perspektywy tego posępnego miejsca a z drugiej sąsiadująca z jeziorem Doolough? Wszystko po trochu nas urzekło. Całością się zachwyciliśmy i aż dziw, że przez tyle lat Dolina Doolough umknęła mojej uwadze… Świetnie było ją odnaleźć, nawet (a może przede wszystkim) zanurzoną w mroku mgieł i chmur. Poczułem się trochę jak odkrywca nowego, interesującego miejsca, którego niewielu przede mną widziało.

Zatrzymaliśmy się na małym, żwirowym parkingu. Deszcz w formie grysiku cały czas padał. Jezioro, pomimo że delikatnie falowało, to było raczej spokojne. Po wyjściu z auta atakowała cisza, emanował swoisty spokój, niewątpliwie panowało bardzo przyjemne uczucie (na tyle przyjemne, na ile jest to możliwe w dzień chłodny i deszczowy…). Człowiek stał i podziwiał. Stał i sycił się widokami, karmił chwilą. W oddali, po drugiej stronie jeziora, na stromych zboczach pasły się owce, rybacy odziani w przeciwdeszczowe kurtki, z niewielkiej łódki, łowili ryby. Ogólnie nie działo się zbyt wiele.

Car

Obok nas stał zaparkowany zielony samochód terenowy. Na jego boku widniał napis: DELPHI LODGE.

Delphi Lodge.
Delphi Lodge..
Delphi Lodge…

Wybudowany w 1830 roku Dworek dziś jest wspaniałą posiadłością, prawdziwym irlandzkim skarbem ukrytym we spektakularnej scenerii. Urocze wnętrza, cudowne jedzenie i całkowity spokój. 13 dużych, wygodnych sypialni, nowoczesne apartamenty, aromatyczna jadalnia, sale bankietowe, pokój bilardowy i ciepło rodzinnego kominka… Brzmi świetnie i zachęcająco, prawda?

Delphi Lodge/ phot. delphilodge,ie

Delphi Lodge/ phot. delphilodge,ie

Tragedia w Doolough

Warto jednak zerknąć na ten majątek z troszeczkę innej strony. Cofnijmy się do połowy 19 wieku.

,,1849 rok. Louisborough. Około 600 ludzi, w tym kobiety i dzieci cierpią straszliwy głód. W tym czasie, zarówno w Hrabstwie Mayo, jak i w całej Irlandii panuje Wielki Głód – straszliwa zaraza ziemniaczana, która dziesiątkuje uprawy i uśmierca setki tysięcy ludzi. Zdesperowani mieszkańcy Louisborougha postanawiają wyruszyć do oddalonego o około 15 mil Delphi Lodge. Mają nadzieję, że bogaty właściciel zlituje się na nimi i da im coś do jedzenia. Maszerowali nocą, w okropnych warunkach, w strugach ulewnego deszczu, w zimnie i przeraźliwym wietrze. Kiedy wreszcie udało im się dotrzeć do Delphi Lodge powiedziano im, że żadnego jedzenia nie będzie. Biedacy zostali odesłani z kwitkiem i w drodze powrotnej padali jak muchy. Część z nich została znaleziona martwa na poboczu, z resztkami trawy w ustach, z ich ostatnim ,,pożywieniem” w życiu…”

Ofiary Wielkiego Głodu... / phot. mikidegoodaboom.com

Ofiary Wielkiego Głodu… / phot. mikidegoodaboom.com

Tak więc okolica piękna i urocza, jednak kryjąca również swoją mroczną tajemnicę. Posępna aura jak gdyby chciała nam przypomnieć o tej smutnej tragedii. Zachwycaliśmy się krajobrazami, tymi samymi, na które spoglądali głodni ludzie z Louisborougha… Oni nie myśleli o widokach, oni walczyli o życie…

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Ćwirku, ale wspaniały, liryczny opis! Bardzo lubię, gdy piszesz w takim stylu. Czuję się wtedy tak, jakbym czytałam ciekawą powieść, a raczej opowiadanie [biorąc pod uwagę rozmiary wpisu].

    Uwielbiam zwiedzać Irlandię w piękną i słoneczną pogodę, bo wtedy jest najpiękniejsza, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tylko w dni takie, jak ten opisany przez Ciebie, można doświadczyć jej mocniej i lepiej. Ta tajemnicza mgła, to stalowoszare niebo, nawet ten delikatny – lub nie 😉 – deszcz potęgują doznania i czynią wyspę wyjątkowo magiczną. Dzięki takim warunkom atmosferycznym czasami dostrzegamy to, czego w innym wypadku byśmy nie dostrzegli. Myślę, że wiesz, co mam na myśli. I myślę też, że nie raz i nie dwa Ci się to udało.

    A tak na marginesie, to bardzo lubię tamte okolice.

    Fajnie, że wróciłeś do pisania, bo bardzo lubię czytać o wyspie widzianej Twoimi oczami. Nie dość, że jesteś wrażliwy i czuły na jej urodę, to jeszcze potrafisz ciekawie opisać to, co przeżyłeś.

  • Witaj Taito! 🙂

    Wreszcie udało nam się spotkać. Ale lepiej późno niż wcale, jak się to mówi 🙂

    Co do Doolough Valley, to jak wspomniałem w tekście, to aż dziwne, że ona tam sobie cały czas stała a ja byłem nieświadomy co do jej istnienia. Zawsze się jechało gdzieś indziej, czasem po sąsiedzku ale nigdy nie tam. Dziś już wiem, że jest, i że warto wrócić w to niesamowite miejsce.

    Powiem Ci szczerze, odnośnie tego deszczu, że w tym konkretnym dniu, gdy stałem nad brzegiem Jeziora Doolough, to byłem załamany aurą. Dopiero z czasem, już w domu dostrzegłem dobre strony. Oczywiście dolina we mgle i chmurach była piękna, to nie ulega wątpliwości. Martwiło mnie to, że przyjechali goście z Polski, mamy 2 dniowy wyjazd a jeden dzień zupełnie się posypał. Trzeba było odpuścić Connemarę i wracać do Longford. Ten maj cały był do góry nogami. Na 8 dni urlopu, praktycznie tylko 2 dni pozwoliły na wyjazdy, reszta deszcz. No ale co zrobić? Nic się nie da zrobić 🙂

    Deszcz (nie rzęsisty!), mgła, zachmurzenie tworzą klimat, bez dwóch zdań. Myślę, że jeśli jest szansa, to warto dane miejsce przerobić 2 razy. Raz w mgłach i mroku a drugi raz w słoneczku i jasności :).

    Również się cieszę, że znów produkuję słowa. Nie wiem do końca czy wychodzi mi to czule i wrażliwie, no ale skoro tak mówisz? 😀 Zobaczymy jak dalej pójdzie, mam nadzieję, że już dobrze. Mam otwartych 6 wpisów, nad którymi pracuję, i które mam zamiar sukcesywnie publikować.

    Dziękuję za miłe słowa i do kliknięcia w najbliższym czasie! 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *