Wrobels

Koktebel – Podróże po Krymie cz.2

góry Karadah

Z jednej strony stepowa, niemal księżycowa kraina, nasiąknięta brunatnymi wzgórzami i pagórkami, a z drugiej błękit Morza Czarnego i piaszczyste plaże. W oddali panorama Koktebel, niedużego miasteczka, odwiedzanego namiętnie przez całe masy turystów, położonego w niewielkiej, spokojnej zatoce. Nad wszystkim góruje masyw wulkaniczny Karadah, objęty ścisła ochroną, rezerwat geologiczny. A w tej całej scenerii my; dwaj, trochę zmęczeni, aczkolwiek gotowi na nowe, ciekawe doświadczenia, podróżnicy…

Słodkie i leniwe spędzanie czasu podczas krymskiego podróżowania nie było naszym priorytetem. Gdyby tak właśnie miało być, zapewne wybralibyśmy inną formę wypoczynku, zapuścilibyśmy korzenie w jednym miejscu, w jakimś nadmorskim kurorcie i korzystalibyśmy z jego dobrodziejstw, wylegując się na plaży, kąpiąc się w morzu i wydając pieniądze na rozmaite atrakcje. Mieliśmy troszeczkę inną wizję, którą przez pierwsze 6 dni wyprawy udało się wyśmienicie wdrażać w życie. Przytrafiały nam się rozmaite sytuacje, często spontaniczne, ale ogół i nasz sposób bycia wyglądał dokładnie tak, jak sobie to wcześniej założyliśmy. Nie spodziewaliśmy się wygód, nie o nie zresztą chodziło, ale w Koktebel troszeczkę zwolniliśmy.

Tak byłoby najłatwiej, ale po co...

Tak byłoby najłatwiej, ale po co…

Nasza podróż delikatnie przyhamowała, oczywiście obyło się w dalszym ciągu bez ogólnopojętych, że tak powiem, rarytasów, niemniej jednak, jakby na to nie patrzeć, odpoczęliśmy. Praktycznie w ogóle nie chodziliśmy, a jak już to bez dźwigania ciężarów; nie mieliśmy niespodziewanych przygód, mówiąc kolokwialnie – siedzieliśmy na dupie cały jeden dzionek i przespaliśmy na plaży 2 noce.

Główna plaża w Koktebel nie jest jakoś szczególnie porywająca, nie ma szału ale gdyby udać się parę kilometrów za miasto, to można uświadczyć miłej niespodzianki. Daniel wiedział czego się spodziewać, ja z wiadomych względów wiedzieć nie mogłem ale żeby się o tym przekonać, należało popracować trochę dolnymi kończynami.

Kolejny marsz w nieznane...

…skoro można sobie pomaszerować 🙂

Nie martwiło nas to jednak, wręcz przeciwnie, przyświecał nam cel, że po ostatnim fizycznym zrywie w tym dniu przyjdzie czas na odpoczynek, nadejdzie długo oczekiwana morska kąpiel i że wyśpimy się w komfortowych warunkach (czytaj: na miękkim piasku). Z soczystymi brzoskwiniami w dłoniach szliśmy najpierw główną szosą a następnie zboczyliśmy na ziemno-piaszczystą, lokalną i fragmentami nieźle podziurawioną drogę. Zabudowania, które wcześniej i tak nie powalały gęstością, teraz praktycznie całkowicie zaniknęły. Minęliśmy się ze sporym zakładem przemysłowym, który swoje najlepsze dni mógł mieć już za sobą ale biorąc pod uwagę realia krymsko-ukraińskie, równie dobrze mógł działać w najlepsze, niemniej jednak nikogo tam nie widzieliśmy, przeszliśmy jeszcze nieopodal turystycznych domków (hoteli?), wzdłuż winnicy i pognaliśmy przed siebie.

Otaczający nas krajobraz wydawał się spokojny ale też nie do końca przyjazny. W tym sensie nieprzychylny, że niemal całkowicie wyzuty z roślinności, naturalnie jakaś tam flora istniała, niemniej daleko jej było do soczystości, zieleni oraz bujności. Gdzie okiem nie sięgnąć, teren charakteryzował się falistością a wzniesienia w nim widniejące pokryte zostały trawą koloru brunatnego, która przy bliższym kontakcie stanowiła nie lada przeszkodę. O ile na ziemistej, ubitej powierzchni dreptanie wychodziło nam dość dobrze, to zejście z wytyczonych szlaków i wpakowanie się dzikie trawsko, w dodatku z górki, nie należało do łatwego zadania a już na pewno nie byłoby wskazane gramolić się tam w sandałach.

koktebel góry o wschodzie słońca

Mogliśmy dalej iść głównym traktem ale wybraliśmy inne rozwiązanie: w lewo i pod górkę. Z wierzchołka chcieliśmy rozejrzeć się po okolicy a być może skrócić sobie wędrówkę. Podejście, z którym się mierzyliśmy normalnie nie stanowiłoby praktycznie żadnej trudności ale z kilkunastokilogramowym balastem (Daniel z dwoma arbuzikami grubo ponad 20 kilo), który trzeba było dźwigać, szło nam to jak krew z nosa…. Powolutku, z małymi przerwami doczłapaliśmy jednak do szczytu. Z wysokości widzieliśmy wszystko, co było do zobaczenia i co prawda chmury próbowały pomału opanowywać niebo, niemniej jednak widoczność była znakomita. Sceneria zresztą również: morze, Koktebel, winnice, góry, pustkowia, gdzieś tam na dole plaża, w oddali maleńkie miasteczko Ordzhonikidze.

Jeszcze tylko w dół i będziemy na miejscu.

Jeszcze tylko w dół i będziemy na miejscu.

Był to taki punkt widokowy, w okolicy najwyżej położony szczyt, na który zmierzało sporo osób, o czym między innymi świadczyła solidnie wydeptana ścieżka, jednak w momencie naszego wejścia, było tam tylko kilkoro turystów. Na górze, po chwili odpoczynku wymyśliliśmy aby przejść kawałek grzbietem i potem prosto w dół, najkrótszą trasą w stronę plaży. Taki był pomysł ale nagle zauważyliśmy, że w dole przejeżdżające samochody zatrzymują się w jednym i tym samym punkcie. ,,O! Jakaś opłata za wjazd na plażę” – pomyśleliśmy. Jako, że za żadne wejściówek nie chcieliśmy płacić a wcale nie było powiedziane, że wpuszczą nas za darmo, w dodatku z wielkimi plecakami, co mogło sugerować, że chcemy na plaży spać w namiocie, to postanawiamy modyfikować prawie co wymyślony plan. Co robimy? Walimy prosto w dół zboczem, z drugiej strony górki, tak że najprawdopodobniej nie będzie nas widać z punktu pobierającego opłaty. Jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy.

Wejście/Wyjście na teren plaży

Wejście/Wyjście na teren plaży

Obniżaliśmy się szybko z górki, walcząc z kującą trawą, w towarzystwie wyskakującego robactwa po każdym jej nadepnięciu. Trawa była chyba tylko z nazwy, schodziło się mocno niekomfortowo, cechowały ją ostrość i suchość – daliśmy jednak radę i po paru chwilach staliśmy już na dole. Przeszliśmy jedną z drogowych nitek, widzianych przed momentem z góry, pokonaliśmy kilka zakrętów, ominęliśmy w oddali punkt strażniczy i co najważniejsze, doszliśmy w końcu na plażę. Okazało się, że nie będziemy jedynymi biwakującymi, zastaliśmy swoiste mini-plażowe miasteczko, z różnej wielkości namiotami, z zaparkowanymi samochodami, barami i toi-toiami. Ludziska najwyraźniej już zakotwiczeni, w taki właśnie sposób spędzali swoje wakacje. No nic, trzeba się podłączyć i przez najbliższy czas stać się częścią, tej obozującej na dziko społeczności.

Na plaży w Koktebel

Kawałek własnego podwórka

Kawałek własnego podwórka

Wybraliśmy lewą część plaży i rozłożyliśmy się jako ostatni w szeregu. Biorąc pod uwagę, że przeważnie optowaliśmy za nocowaniem w samotności, tak więc tym razem czuliśmy się troszeczkę nieswojo. Bliska obecność innych powodowała, że z jednej strony nie mieliśmy żadnej prywatności ale z drugiej, jakby nie spojrzeć, było bezpiecznie. Przynajmniej w teorii, bo nigdy nie wiadomo czy akurat nie trafi się na jakiś psycholów albo nie mających umiaru imprezowiczów :-). Na szczęście nie mieliśmy z tym problemów, ani z sąsiadami, ani z rozstawieniem namiotu. Podłoże w postaci piasku było miękkie, tak więc wbijanie śledzików poszło gładko – no, może nawet zbyt gładko, bo musieliśmy się poratować kamieniami aby przytrzymały naprężone, namiotowe linki. Wszystko ładnie się udało, powkładaliśmy cały nasz dobytek do namiotu, zrobiliśmy szybkie pranie i mycie garów w morzu i już na spokojnie, zajęliśmy się arbuzami…

Na początku, po pierwszych gryzach, a właściwie po pierwszych machnięciach małą, plastikową łyżeczką, różowy miąższ znikał błyskawicznie. Taki arbuz idealnie sprawował swoją funkcję, bo nie dość, że dodawał energii (nie jak kawał mięsidła ale zawsze coś :-)), to przede wszystkim, poprzez swoją niesamowitą soczystość – napajał. Potrzebowaliśmy wody bardzo i arbuz ją nam sprezentował genialnie. Daniel poradził sobie znakomicie i zjadł arbuza całego za jednym zamachem (!), ja ze swoim również walczyłem dzielnie ale połowę zostawiłem sobie na później. Na początku napawałem się tym arbuzem ogromnie, przede wszystkim korzystałem z tego, że dawał on ogromne ilości soku, później tempo nieco spadło, aż w końcu zatrzymało się na wspomnianej połówce.

Watermelon Time! Najpiękniejsza chwila...

Watermelon Time! Najpiękniejsza chwila…

Po arbuzie kąpanko w morzu. Niesamowicie orzeźwiające, przyjemne i niezapomniane spotkanie z ciepłą, morską wodą. Rzecz była na tyle ciekawa, że w wodzie było cieplej aniżeli poza wodą. Korzystaliśmy z tego i przesiedzieliśmy w niej spory fragment czasu. Na początku, tuż po wejściu, na odcinku paru metrów królowały kamienie, wchodziło się spokojnie i rozważnie ale zaraz po nich następował piasek. Dno równiutkie, piaszczyste, zdziwiliśmy się trochę, bo po spotkaniu się z kamienistą plażą w mieście parę godzin wcześniej sądziliśmy, że wszędzie jest tak samo. Na szczęście tutaj była zgoła inaczej. I jeszcze te fale! Sunęły równomiernie i mocno w kierunku brzegu, cieszyłem się jak dziecko skacząc i nurkując w nacierające, morskie jęzory. Piękne przeżycie po wcześniejszych trudach podróży, można powiedzieć, że było to takie wynagrodzenie za dotychczasową, dzielną postawę.

Po kąpieli nie było już czasu na wiele. Pomału nadciągały ciemności, także naszym zwyczajem szykowaliśmy się powoli do spania (było nie dalej niż 21 na zegarku). Władowaliśmy się do namiotu, co najważniejsze w tym namiocie schowaliśmy i po chwili leżeliśmy w śpiworach rozmyślając o tym co było i o tym co dopiero będzie. Zamieniliśmy ze sobą parę zdań i nawet nie wiedząc kiedy, zasnęliśmy.

Nocka na plaży była miłą i najważniejsze, spokojniejszą odmianą noclegów. Rzecz jasna, w żaden sposób nie neguję naszych poprzednich dwóch noclegów, bo były one jedyne w swoim rodzaju, spontaniczne aż do bólu i z pewnością nie do zatarcia w pamięci. Ten był po prostu inny, bardziej ,,cywilizowany”. Zapadliśmy w sen w mgnieniu oka, nawet nie wiedząc kiedy i dospalibyśmy zapewne bezproblemowo do rana gdyby nie pewien fakt, który według moich wcześniejszych wyobrażeń, w tym akurat miejscu nie miał się prawa wydarzyć.

Przebudziłem się nagle, Daniel już od jakiegoś czasu walczył z jedną ze ścian namiotu – okazało się, że przechodziła nad nami burza z dość mocnym wiatrem. Podłączyłem się czym prędzej i teraz we dwoje, siła pleców opieraliśmy się o ścianę – trzeba było stawić czoła żywiołowi i oprzeć się wichurze próbującej rozprawić się z naszym domkiem. Nie trwało to długo ale nagłe zerwanie się ze snu i niespodziewana walka sprawiła, że nastąpił mały przypływ adrenalinki. Podobnie jak kiedyś na Inishmore, tak i teraz przyświecał nam cel najważniejszy: uratować namiot. W momencie gdyby coś się z nim stało poważniejszego mógłby być problem. Pewnie w razie awarii zdołalibyśmy go w jakiś sposób postawić na nogi ale nigdy nic nie wiadomo, lepiej mieć namiot w 100% sprawny. Burza ustała. Zasnęliśmy.

Poławiacze ryb już działają

Poławiacze ryb już działają

Śpiąc w namiocie jest jedna fajna rzecz, którą ciężko byłoby zrealizować w domu, w czeluściach kołderkowych, w wygodnym łóżku. Budząc się rano, rach ciach, 2 minuty i już stoi się na dworze. Tak właśnie było po pierwszej nocce w Koktebel, do śpiwora wślizgnąłem się w majtalonach, koszulce i swetrze – po przebudzeniu się, wystarczyło założyć spodenki i już można wyłaniać się na zewnątrz, na boso, bo przecież jest plaża i bez zbędnych warstw ubraniowych, bo mamy lato. Pierwszy raz zdarzyło się to mniej więcej o 7 rano. Spojrzałem w bok i po mojej lewej stronie, w odległości może 20-30 metrów, dwie postacie (najprawdopodobniej rybacy) siedziały na małych krzesełkach tuż nad wodą, natomiast właściciel namiotu sąsiadującego z naszym kręcił się nieśpiesznie wokół swojego gniazdka. Widać, że ludzie nie leniuchują, że małe plażowe miasteczko budzi się powoli do życia.  Ogólnie w rejonie, w którym się rozbiliśmy było nas co najmniej 5 namiotów; troszeczkę dalej, kilkadziesiąt metrów obok, szósty. Nie rozmawialiśmy z nikim, nasza jedyna interakcja, to było wzajemne spoglądanie na siebie i oglądanie, kto co robi. Wszystko działo się raczej bez pośpiechu, na spokojnie, każdy w obrębie swojej bazy.

Nie mając żadnej konkretnej rzeczy do zrobienia wskoczyłem na powrót do środka. Daniel jeszcze odprawiał poranne drzemanko, ja się do tego dołączyłem – jest okazja, to śpimy! Nie ma sobie co żałować, trzeba wykorzystać moment. I tak minęły kolejne 2 godzinki.

Gdzie te upały ja się pytam?

Gdzie te upały ja się pytam?

9 rano – pobudka numer dwa. Tym razem wstaliśmy już obaj, choć tylko ja wychyliłem się w całości po za namiot. Nie daleko, zaledwie 2 kroki od wejścia, trzeba się było zaopiekować arbuzikiem, przecież została mi go jeszcze połowa! Na spokojnie, patrząc w plażowo-morską dal zjadłem ten wspaniały owoc ze smakiem. Gdy pojawiliśmy się już na terenie Ukrainy, to co jakiś czas widać było stragany z mnóstwem tych owoców. Przy drogach, w miasteczkach, wszędzie. Pomyślałem wówczas, że koniecznie trzeba takiego arbuza wmontować. Okazje podczas naszego przemieszczania były, bez problemu mogliśmy sobie jedną z tych okrągłych, zielonych kul sprezentować, jednak jakoś nam się to nie udawało. Raz nawet byliśmy blisko, w Bachczysaraju zapytaliśmy się dwóch młodych chłopaczków o cenę ale zaczęli coś kręcić, ewidentnie mieli ochotę nas finansowo okantować i w końcu się rozmyśliliśmy. Szanse się pojawiały ale byliśmy cały czas obok, nie potrafiąc się zdecydować. Jadłem moje śniadanko i zerkałem w górę, na niebo. Nie powiem, żebym był zachwycony… Niby zimno nie było, no ale też w ogóle nie widziałem słoneczka. Dzień do tyłu piękny, niemal upalny a teraz – gdy plaża stała się naszym domem, a wiadomo jak plaża to z definicji ma być ciepło i przyjemnie – taka historia! Wszędzie kłębiaste chmury, nad Karadahem wzmożona ich ilość, gdzie nie sięgnąć wzrokiem, niebo się nimi zasnuło. No ale może z czasem się to poprawi? Oby. Do namiotu.

Nasza skromna kawalerka...

Nasza skromna kawalerka…

Od chwili kiedy nasze stopy stanęły na peronie w Symferopolu minęło 5 dni, teraz rozpoczynał się szósty. I zdarzyło się chyba pierwszy raz, że ogarnęło nas takie lenistwo – praktycznie aż do południa spędziliśmy w namiocie, nie było żadnego problemu aby raz kolejny uciąć sobie krótką drzemkę – prawdopodobnie odsypialiśmy, a że na dzisiaj nic konkretnego do roboty się nie szykowało, to też chcieliśmy się trochę nacieszyć plażą i morzem. Tylko te chmury… Planowaliśmy ogólne nicnierobienie ale kto wie jakby się scenariusz potoczył gdyby aura była bardziej korzystna?

Z sąsiadami na wspólnej plaży

Z sąsiadami na wspólnej plaży

Pisałem wcześniej, że w Koktebel oprócz plażowania właśnie, przepłynięcia się stateczkiem i wejściu na Karadah (w moim odczuciu) nic więcej nie ma. Pierwsza atrakcja jakoś się tam spełniała, druga odpadła wczoraj a trzecia, pomimo, że mieliśmy się nad nią zastanowić posypała się z kilku względów. Po pierwsze odstraszyła nas pogoda i strach, że będąc już na górskim szlaku może lunąć, po drugie trzeba było przedostać się z Koktebel do Kurortnoje, skąd można było wychodzić na szlak, po trzecie nie wiedzieliśmy ile by nam to zajęło czasu i czy w odpowiednim momencie byłby przewodnik, bez którego wyruszyć się nie dało i po czwarte nie wiedzieliśmy co z naszym ekwipunkiem, bo ani zostawić tego wszystkiego nie było zbytniej możliwości na plaży, bez opieki, ani brać ze sobą i taszczyć przez kilka godzin po górach. W związku z tymi pytaniami i obawami zdecydowaliśmy dać sobie spokój. Być może gdyby był jeden dzień więcej w zapasie, to wtedy udałoby się to dobrze zorganizować. Niestety nie mieliśmy tego dzionka… Być może też inaczej by się to rozwinęło, gdyby odezwali się do nas dzień wcześniej poznani Magda i Michał, z którymi wstępnie próbowaliśmy się na tą wycieczkę wybrać, ale się nie odezwali, więc tylko ułatwili nam decyzję.

W drodze do Koktebel

Winnice, domki turystyczne, zatoka, Karadah...

Winnice, domki turystyczne, zatoka, Karadah…

Gdy słońce wgramoliło się już wysoko na górę i zaczęło coraz śmielej wyglądać spod, na początku grubego, teraz już bardziej poszarpanego, chmurnego płaszcza, należało odbyć wędrówkę do miasta po jedzenie i picie. Nie mieliśmy już nic konkretnego w spiżarni, owoce się pokończyły, wody też nie było, nie mówiąc o ,,normalnym” pożywieniu, więc tym razem ja, wybrałem się do Koktebel. Daniel został pilnować namiotu i spokojnie mógł korzystać sobie z polepszającej się z minuty na minutę pogody. Wziąłem plecak, baterię i ładowarkę do Danielowego aparatu, komórkę do ładowania, śmieci do wywalenia i podążyłem najpierw kawałek przez plażę a potem już drogą. W tym samym czasie, gdy pomału wydostawałem się z piasku, z plaży również wyjeżdżał samochód terenowy na rosyjskich tablicach. Parę chwil wcześniej chłopak z dziewczyną, tuż obok nas podjechali czarnym Jeepem, zatrzymali się a sami wskoczyli do wody. Niewiele myśląc podszedłem do auta i się zapytałem czy by mnie nie podrzucili. Koleś zaczął mi coś tłumaczyć, że nie mają z tyłu miejsca bo jedzie z nimi skuter wodny i generalnie, że nie da rady. Ok, nie to nie. Podziękowałem i poszedłem. Minąwszy inne namioty porozstawiane dalej od plaży, w zaroślach, obok zaparkowanych samochodów doszedłem do 2 barów. Głównie z napojami, alkoholem i przekąskami były tu jedynym miejscem, gdzie można cokolwiek kupić. Po przejściu kilkuset metrów dotarłem do szlabanu i postawionej na wysokości może półtora metra budki, w której ktoś siedział i czekał na nadjeżdżające samochody. Był to zauważony przez nas dzień wcześniej punkt pobierania opłat za wjazd na plażę. Przeszedłem jakby nigdy nic i po chwili minąłem kolejny szlaban, tym razem postawiony do góry i małą, zieloną budę – była ona opuszczona i wyglądała jakby wyjęta z jakiegoś pustkowia, z terenu ogarniętego wojną albo też pozostałości po wojnie zakończonej kilkadziesiąt lat temu.

Naprawa starej Łady

Naprawa starej Łady

Wielką ulgą był fakt, że tym razem dźwigałem praktycznie pusty plecak – odczuwalna zmiana w porównaniu z tym, że wcześniej mieliśmy zawsze do czynienia z plecakiem załadowanym do granic możliwości. Szedłem bez zatrzymywania się, spoglądając tylko na te dzikie i puste przestrzenie, na wysuszoną od słońca trawę, na zatokę i góry wyrastające tuż za nią. Minęło z pół godziny aż dotarłem do głównej drogi. Od tego miejsca już jest blisko, trzeba minąć stację benzynową, później okolice basenu, hotel po prawej stronie i po chwili  otaczają mnie pierwsze sklepy, targ i co raz więcej spacerujących ludzi. Najpierw chodziłem za kartą do telefonu, którą udało mi się znaleźć dopiero w którymś z kolei sklepie. Następnie usadowiłem się w tym samym barze co dzień wcześniej, poprosiłem o doładowanie dwóch baterii (z aparatu i komórki) i zamówiłem czeburieka z mięsem oraz kawę. Potem poszedłem w poszukiwaniu sklepu typu supermarket, w którym na spokojnie mógłbym sobie powybierać co chcę kupić. Po drodze spotkałem Magdę i Michała, którzy opowiedzieli mi gdzie się zatrzymali, jak spędzają czas i co mają w planach. Poradzili mi również gdzie się udać aby trafić do sklepu samoobsługowego, do którego dotarłem po paru minutach. W sklepie nie mogłem się zastanowić co kupić i po dłuższym namyśle padło, że wyniosę, oczywiście wcześniej płacąc: parówki, chleb i wodę mineralną. Powolutku kierowałem się już z powrotem ale postanowiłem, że wrócę na plażę z czymś jeszcze, z czymś nieplanowanym, z czymś ekstra…

Skusiłem się na winko. Co jak co ale winkiem trzeba się było co jakiś czas raczyć podczas tej podróży, a że Krym z wina słynie i wytwarza je naprawdę w większości wyśmienite, to też długo się nie zastanawiałem i stanąłem na przeciw małego stoiska oferującego różne rodzaje win. Chciałem czerwone i słodkie. Były droższe i tańsze, postanowiłem wybrać jakieś ze średniej półki i padło na litrowy kubłaczek. Sprzedawca wręczył mi plastikowy kubek i spytał czy chcę skosztować. Odparłem, że owszem, niech nalewa – na wszelakie, alkoholowe degustacje jestem zawsze chętny, więc z radością oczekiwałem. Nalał mi cały kubeczek, część wlałem w siebie (nie było aż tak słodkie jakbym chciał i trochę mniej mocne w porównaniu do tego Bachczyrajskiego), resztę kazałem przelać z powrotem do butelki, zapłaciłem 40 hrywien i się pożegnałem. Przed wyjściem z terenu miasta zakupiłem jeszcze pomidory i z napełnionym plecakiem pomaszerowałem w drogę powrotną. Misja w mieście zakończyła się powodzeniem.

Gdy szedłem już na piaszczystej drodze w stronę plaży, a było jeszcze spory kawałek, zauważyłem, że zbliża się jakiś samochód. Nie zrażony wcześniejszym niepowodzeniem pomachałem i się udało, koleś się zatrzymał i mnie zabrał. Nie, że nie chciało mi się już maszerować, ale postanowiłem skrócić sobie wędrówkę (skoro nadarzyła się ku temu okazja) i szybciej znaleźć u celu. Nasza rozmowa nie była specjalnie ożywcza, spytałem się czy jedzie na plażę i czy mnie weźmie, napomknąłem coś o jazzie, który sączył się cicho z głośników i zapytałem o nazwę małego miasteczka, który widać z plaży (Ordzhonikidze). Stary, czerwony ford z dziurami dawał sobie świetnie radę, pomalutku przejechaliśmy przez punkt pobierania opłat, obok barów, namiotów i po paru minutach dojechaliśmy akurat do wejścia na plaże, gdzie kilka godzin temu pytałem się ruska-cwaniaka o podwózkę. Podziękowałem serdecznie i poczłapałem po piasku w stronę namiotu.

Nie ma to jak groźnie wyglądające znaki ostrzegawcze.

Nie ma to jak groźnie wyglądające znaki ostrzegawcze.

Mieliśmy w końcu zapas jedzonka, chociaż parówki okazały się chybionym zakupem, bo ewidentnie z nimi coś było nie tak (średnio nam smakowały), mieliśmy wyśmienite winko, była też pogoda. Resztę dnia spędziliśmy na kąpaniu i nurkowaniu w morzu, na żłopaniu wspomnianego wina i na kręceniu plażowych filmów. Czas błogiego lenistwa przeciągał się pomału do wieczora, niektórzy z plaży się zawinęli, inni – młoda para z dzieckiem – dopiero co przyszli, my kręciliśmy się przed namiotem, spoglądając w bezkresny horyzont i myśląc już pomału o dalszej wędrówce, która miała się rozpocząć już następnego dzionka.

Koktebel miło nas spowolnił, usadowił w jednym praktycznie miejscu, dał troszeczkę odpocząć i podładować akumulatory. Nie poznaliśmy tej krainy dogłębnie, prawdę mówiąc oprócz plaży i dwóch przechadzek po mieście, nic innego nie udało nam się zobaczyć ale jako takie pojęcie o tym zakątku Krymu mamy.  Koktebel ma swój klimat, jest kurortem zapewne innym aniżeli jemu podobne, bardziej znane, gdzieś na południu Europy – nie zmienia to jednak faktu, że warto go poznać, warto w nim spędzić trochę czasu, po prostu dać mu szansę. Jedni będą zadowoleni, innym pewnie nie do końca przypadnie do gustu, cóż, ludzie postrzegają różnie ale generalnie Koktebel ma potencjał. Jeśli jeszcze do końca nie został on wydobyty, to są podwaliny na to, ażeby uczynić z Krainy Niebieskich Szczytów prawdziwą perełkę turystyczną.

To sen? Czyżby przyśniło mi się jak będzie wyglądał poranek następnego dnia? :)

To sen? Czyżby przyśniło mi się jak będzie wyglądał poranek następnego dnia? 🙂

Noc tym razem nie przyniosła nam jakiś nieoczekiwanych atrakcji, minęła wzorcowo i ranek przyszedł równie szybko jak zakończył się poprzedni dzień. Po przebudzeniu, jeszcze przed składaniem wszystkiego i przygotowaniem się do opuszczenia obozowiska udałem się na króciutki, fotograficzny rekonesans po najbliższej okolicy. Chciałem wszystko pięknie uwiecznić, a że dopisywała pogoda, nie zastanawiałem się długo i pognałem na dwie najbliższe górki, tak aby całą okolice mieć do dyspozycji.

Słoneczko rozbudzało się pięknie, niebo w przeważającej części było błękitne, poranne światło zachęcało do działania, wspaniale oświetlając plażę, morze i skały masywu Karadah. Po paru ujęciach (z niektórych byłem naprawdę zadowolony – na miarę moich możliwości rzecz jasna) wróciłem do namiotu i pomogłem Danielowi w całkowitym spakowaniu się. Dzień rozpoczął się dla nas już o 5:30, parę minut po godzinie 7 szliśmy już z całym ekwipunkiem w drogę powrotną do Koktebel. Najbliższy nasz cel: dostać się do Sudaka a następnie do Nowego Światu.

Po błogim i relaksującym czasie spędzonym na jednej z plaż w Krainie Niebieskich Szczytów czas było założyć plecaki i podążyć w kolejną wędrówkę…

Samotny wędrowca...

Samotny wędrowca…

Część pierwsza naszej podróży do Koktebel – tutaj

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Witaj, Wariacie 🙂 Uśmiałam się oglądając Twoje filmiki, dzięki za wywołanie uśmiechu. Pozytywnie zakręcony z Was duet!

    Jej, ale wspaniały powiew wakacji mi zafundowałeś. Rozmarzyłam się. Po tym zdjęciach plaży, morza i pagórków odwołuję to, co powiedziałam na temat namiotów. Wizja nocowania na plaży w tak wspaniałych okolicznościach przyrody bardzo mi się podoba. I tak, jak piszesz: rano budzisz się, wychylasz z namiotu, a tam taaaki widok. Namąciłeś mi w głowie. Chyba rozglądnę się za jakimś namiotem i piaszczystą plażą w ustronnym zakątku Irlandii. W końcu urlop zbliża się wielkimi krokami.
    A tak na marginesie, wcześniej wydawało mi się, że ten namiot nie jest zbyt duży, a na jednym ze zdjęć widać, że macie tam trochę wolnej przestrzeni.

    Super wyprawa, super wspomnienia!

  • Dzięki Taito! Miło gdy uśmiech pojawia się na twarzach 🙂 Oczywiście mogło się tak zdarzyć, że akurat byłoby 2 dni zachmurzone, a wtedy zapewne pięknie oświetlonych krajobrazów byśmy nie zobaczyli. Na szczęście pogoda dopisywała. Aby to wszystko zaobserwować i poczuć, koniecznie należało wyjść z namiotu skoro świt – inaczej nie byłoby tej magii poranka 🙂
    Namiocik ani nie był za mały, ani za duży, taki w sam raz. Dla dwóch osób bezproblemowo wystarczał i można go było w miarę normalnie nosić na plecach. Wyśpisz się w nim spokojnie, możesz usiąść, wszystko się zmieści i nie czujesz jakieś klaustrofobii. Polecam.
    I serdecznie pozdrawiam! 😉

  • Spinnerd, jeśli o Karadah chodzi, to wedle przysłowia miałeś już swoje 3 razy 🙂 Ale kto wie, może kiedyś trafi się taka wyprawa na Krym, co by tylko po Górach łazić? Tylko pamiętaj, 2014 rok zarezerwowany na coś innego 😉

  • „wspomnienia to jedyny wehikuł czasu jakim dysponujemy”
    czytając twojego bloga podróżowałam dziś takim wehikułem, wspominając te same miejsca ‚odkryte’ rok później.

  • Hello Ellu! 🙂
    Witaj na blogu. Fajnie, że od razu udało mi się obudzić Twoje wspomnienia 🙂 Mam nadzieję, że kiedyś w ten sam sposób będziesz odkrywała Zieloną Wyspę.
    pozdrawiam! 😉

  • czytam właśnie zdanie w artykule:
    Słodkie i leniwe spędzanie czasu podczas krymskiego podróżowania nie było naszym priorytetem. Gdyby tak właśnie miało być, zapewne wybralibyśmy inną formę wypoczynku, zapuścilibyśmy korzenie w jednym miejscu, w jakimś nadmorskim kurorcie i korzystalibyśmy z jego dobrodziejstw, wylegując się na plaży, kąpiąc się w morzu i wydając pieniądze na rozmaite atrakcje.
    I olśniło mnie. Bo ja właśnie w sumie zapuściłem korzenie, mam miejsce gdzie mieszkam, ograniczyłem podróże prawie do minimum by umysł rozwinął całkowicie inne sfery. Skutkuje to całkiem niezłe. Na fotach u Ciebie widzę świat jaki jest w zasięgu ręki, i dostęp do tego jest uzależniony nie od pieniędzy, ale siły umysłu. To poczucie daje właśnie chwilowe zapuszczenie korzeni.
    Taka mała dygresja.
    Ciekawe co czują ludzie którzy w głębi są całkowicie podróżnikami, i na chwile dłuższą lub krótszą się ubezwłasnowolnia. Fascynujący temat.
    Super fota:
    http://www.wrobels.pl/wp-content/uploads/2013/04/koktebel1.jpg
    w ogóle odżywają we mnie własne wspomnienia z podroży i wraca potrzeba zmian
    pisz, dzięki stary

  • Witaj!
    Jakby się czuł ubezwłasnowolniony podróżnik? Na pewno by się strasznie męczył. Na szczęście mnie nie dotyczy ten problem (oby nigdy nie dotyczył), bo z mniejszą lub większa częstotliwością sobie podróżuję :).
    Chyba każdy z nas jakoś tam zapuścił korzenie i tylko jego osobistą sprawą jest, czy będzie widział świat tylko na fotografiach, czy też będzie starał się go czynnie oglądać. Napisałeś ,,chwilowe zapuszczenie korzeni”, czyli wnioskuję, że obecnie ładujesz akumulatory do wyjazdów?:)
    Cieszę się, że akurat u mnie znalazłeś inspirację.
    pozdrawiam!

  • Pozdrowienia stary, teksty masz inspirujące. Kilka lat temu przejechałem środkową część Ukrainy, bez Krymu, dużą część Szkocji, Walii, i w ogóle Europy plus Stany, teraz buduje biznes, i jest to teraz zadanie życia. Wszystko się zmienia, twój blog nie pozwala mi zapomnieć o tym świecie pełnym innej rzeczywistości.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *