Wrobels

Kylemore Abbey & Wiktoriańskie Ogrody

Los rzucił nas w miejsce, które swoim położeniem i pięknem może bez problemu kandydować do miana najbardziej urokliwego w Irlandii. Wiedziałem o nim wcześniej, parokrotnie podziwiałem je z oddali, lecz nigdy nie udało się zawitać do środka, na teren opactwa. Teraz wreszcie się to zmieniło.Kylemore Abbey i przylegające do niego ogrody zachwycają i rozpalają zmysły. Widziałem ten niepowtarzalny gmach z różnej perspektywy, przeważnie z daleka ale powiem szczerze, że nie przypuszczałem, że kryje on w sobie tyle ciekawych miejsc i że całość tego terenu to aż 15 000 akrów.

Kylemore Abbey

Historia Kylemore Abbey & Victorian Walled Garden nie jest długa. Zaczęła się stosunkowo niedawno, w porównaniu z innymi zamkami, opactwami i klasztorami to nawet młodzieniaszek. Nie jest to w żadnym wypadku ujma, bo mniej dojrzały wiek doskonale uzupełniają nieprzeciętne krajobrazy, bujna roślinność, cisza i spokój tam panujące oraz liczne wydarzenia, które miały tam miejsce.

Connemara od dawien dawna była uosobieniem spokoju, dzikości przyrody i czystości powietrza. Warunki te kusiły amatorów łowiectwa czy rybołówstwa. Jednym z nich był Mitchell Henry, anglik z wyższych sfer, który często gościł w Connemarze podczas sezonów łowieckich. Mitchell w 1852 roku poślubił Margareth Vaughan, dziesięć lat później umiera jego ojciec – bogaty kupiec bawełny z Manchesteru. Otrzymuje on wtedy spory spadek i postanawia porzucić karierę w medycynie i zajmuje się polityką oraz biznesem. Mitchell Henry wraz z żoną często gościli w pięknej krainie na zachód od Galway, zatrzymywali się w samym centrum Connemary, w Kylemore Lodge (pierwotny budynek obecnego zamku). I właśnie w tamtych czasach rodzi się pomysł wybudowania wymarzonego domu. Na zakup Kylemore Lodge i stworzenie pięknego zamku, wraz z kilometrami tras spacerowych, ogrodami oraz lasami wydano nieco ponad 18 000 funtów. W skład nieruchomości Kylemore wchodziła góra, jezioro i bagna, które za sprawą Mitchella, który kładł nacisk na rozwój i poprawę okolicznych terenów, zostawały systematyczne odzyskiwane. Nowy właściciel przez 40 lat, poprzez odzyskiwanie bagien zwrócił tysiące akrów ziemi. Rozwinął nieruchomości Kylemore pod kątem handlowym, wykorzystał swoje polityczne doświadczenie, co w rezultacie przyniosło wymierne korzyści materialne dla całego regionu. Pozostawił trwały ślad w krajobrazie oraz w pamięci miejscowej ludności.

Henry Mitchell wprowadził wiele usprawnień dla mieszkańców, którzy prawie co wyszli z okropnej epoki Wielkiego Głodu w Irlandii. Dawał pracę, dawał dach nad głową a w późniejszym czasie także szkołę dla dzieci swoich pracowników. Działał również w polityce, przez 14 lat reprezentował Galway w Izbie Gmin. Zmarł w listopadzie 1910 roku. Nie mieszkał już wtedy w Kylemore, opuścił Irlandię i wrócił do Anglii na początku 20 wieku. Miał 84 lata.

Mapa przedstawiająca tereny Opactwa

W dzisiejszych czasach Kylemore Abbey świetnie dostosowane jest do turystów. Zaczynając od tablic informacyjnych, porozstawianych dziesiątki kilometrów od Zamku, po całej Connemarze a kończąc na wielu udogodnieniach już na samym terenie Kylemore. Ciężko nie trafić, wystarczy trzymać się głównej drogi o numerze N59, a w pewnym momencie pojawi się znak, że należy skręcić w lewo (jadąc od strony Clifden) bądź w prawo (jadąc od strony Westport). Parking jest dość duży, mieszczą się na nim spokojnie autokary, vany, samochody i motocykle. Już z parkingu doskonale widać niebanalną budowlę Kyllemore Abbey, która dumnie wdzięczy się na tle ogromnej, 529 metrowej Druchruach Mountain. Zamek, choć w rzeczywistości jest duży, szczególnie gdy stoi się przed wejściowymi drzwiami, to jednak spoglądając z oddali, mając za plecami górę Druchruach, wygląda o wiele bardziej skromnie. Tak jakby wyrastało spośród drzew, których jest wokół mnóstwo, praktycznie połowa ponad pół kilometrowej góry jest zalesiona. Czuć majestat, pojawia się szacunek, widok robi wrażenie.

Aby dostać się na tereny KA trzeba liczyć się na wyrwanie z portfelowych czeluści 12 euro od osoby dorosłej. Kwota ta wydaje się dosyć spora, byliśmy już w paru tego typu miejscach i wszędzie było taniej. Chcąc nie chcąc musieliśmy wysupłać te dwa tuziny eurusów (dzieci do lat 3 za darmo) i ruszyliśmy powolnym krokiem przed siebie. Po naszej lewicy, paręnaście metrów za budką z biletami stoi pierwsza pokusa do wydawania pieniędzy: kawiarnio-restauracja, sklep z pamiątkami i mała galeria. Nie skorzystaliśmy (choć uprzedzając nieco fakty, pojawiliśmy się w tym sklepiku tuż przed opuszczeniem KA) i powędrowaliśmy dalej. Tym razem trzeba było przejść przez Visitor Center, gdzie miła pani zobaczyła nasze bilety, z grubsza wyjaśniła jak się poruszać i podarowała kolorową mapę z najważniejszymi informacjami oglądanych pozycji.

W pięknym, dziewiętnastoletnim Zamku

Kylemore Abbey oferuje zwiedzającym 4 główne atrakcje do oglądania: Zamek, Gotycki Kościół, Mauzoleum oraz Wiktoriański Kamienny Ogród. Zaczęliśmy przechadzkę właśnie w takiej kolejności. Na pierwszy ogień poszedł szary, kamienny, gustownie zaprojektowany Zamek. Obecnie służy on Siostrom Benedyktynkom lecz na początku swego istnienia był domem dla rodziny  Mitchella Henryego. Architektami tej niebanalnej budowli byli James Franklin Fuller i Usher Roberts. Pierwszy kamień położony został w 1867 roku a cała budowa trwała 4 lata i została ukończona w 1871 roku. Codziennie przy budowie pracowało 100 ludzi a koszty przekroczyły 29 000 funtów.

Główne wejście do Zamku

Wnętrze o powierzchni 3700 metrów kwadratowych posiadało ponad 70 pomieszczeń: 33 pokoje, 4 łazienki, 4 salony, salę balową, salę bilardową, bibliotekę, gabinet, pokój szkolny, palarnie, pokój pistoletowy, różne biura oraz domowe rezydencje dla kucharza, lokaja, gospodyni i innych pracowników. Główny mur wokół Zamku ma ponad 2 metry grubości a fasada to 43 metry długości, wykonana jest z granitu (z Dalkey) oraz wapienia (z Ballinasloe), które zostały przywiezione drogą morską do Letterfrack.

Zamek z bliska jest naprawdę duży, świetnie komponuje się z górą, która wyrosła tuż za jego plecami. Ma mnóstwo zakamarków, okien, zdobień a całość stworzona jest na nutę, że tak powiem kanciastą i kwadratową. Stalowa barwa powoduje, że jest on trochę posępny, tajemniczy, że bije od niego spokojem. Tuż przed głównym wejściem króluje wielka, betonowa przestrzeń. Nie wiem, być może lepiej by to wyglądało, gdyby wstawiono tam elementy zieleni, jakaś trawa, być może kwiatki? Obracając się w drugą stronę mamy gruby mur a pod nim drogę ze żwirkiem, trochę kwiecia i jezioro Pollacappul. Za jeziorkiem kawałek drogi N59, mostek przez który ta droga przejeżdża i piękną panoramę górskich szczytów.

Pollacappul Lake

Nie namyślając się długo przekroczyliśmy wrota dzisiejszego opactwa i znaleźliśmy się w środku. Gości wita pogrubiony napis PAX, co oznacza ,,Pokój”. Jest to zarazem pozdrowienie jak i błogosławieństwo. PAX to także motto Zakonu Świętego Benedykta. Pierwotnie istniały cztery wejściowe hole, dzisiaj pozostały już tylko dwa: zewnętrzny (Outer Hall) i wewnętrzny (Inner Hall). W obu holach podłoga z drewna dębowego jest oryginalna. Generalnie dla zwiedzających udostępniono 4 pomieszczenia: Salon (Drawing Room), Pokój Wspólnoty (Community Room) lub Pokój Środkowy (Middle Room), Jadalnia (Dining Room) oraz Hol Tylni (Rear Hall). W każdym z tych pomieszczeń można było zaobserwować przepych i piękno. Eleganckie meble, wielkie lustra, bogato zastawione stoły, obrazy na ścianach, okazałe dywany, wspaniałe żyrandole, ogromne kominki, rzeźby i misternie upiększone ściany wraz z sufitami były na porządku dziennym. Można było w ten sposób przenieść się w czasie i spróbować poczuć klimat i charakter jaki panował w zamku ponad 100 lat temu. W dniu dzisiejszym Kylemore Abbey zamieszkują Benedyktynki. Trafiły one tutaj w grudniu 1920 roku, w momencie gdy ich poprzednie Opactwo w Ypres (Belgia) zostało zniszczone podczas Pierwszej Wojny Światowej. W tym czasie zostaje otwarta międzynarodowa szkoła z internatem dla dziewcząt. Do roku 1959 prowadzono Pensjonat (został zamknięty z powodu pożaru). Obecnie, poza czterema pomieszczeniami udostępnionymi dla turystów, w zamku mieszkają zakonnice.

Jadalnia w Kylemore Abbey

Nieopodal Zamku stoi sobie następna, bardzo interesująca, niezwykle piękna i gustownie stworzona budowla. Aby do niej dojść należy przejść niewielki kawałeczek drogi, która ciągnie się wzdłuż wybrzeża jeziora Pollacappul, następnie wchodzi w krzaki, w drzewa, w zieleń, do królestwa Rododendronów. Tych fioletowych krzewów jest tam od zatrzęsienia, co prawda nie dane nam był zobaczyć kwiatów tej rośliny ale pewne jest, że w maju musi to być bajeczny widok. Na tym niedługim odcinku jest jeszcze jedna, dosyć charakterystyczna rzecz: co kilkanaście, kilkadziesiąt metrów porozstawiane są rozmaite, futurystyczne i modernistyczne rzeźby. Wydawało nam się, że była to praca artystów amatorów i prawdę mówiąc ta forma sztuki według nas średnio tam pasowała, była chyba zbyt nowoczesna. Minęło 10, może 15 minutek aż zza krzaków wyłonił się Kościół. Malutki ale piękny. Zachwycał z zewnątrz, jednak w środku porażał detalami, skromnością i klimatem. Zakochałem się w nim, poczułem jakiś nieopisany przypływ radości oraz pozytywnej energii.

Ghotic Church – miniaturowa Katedra

Jest to bardzo uroczy, Gotycki Kościół, zbudowany przez Henry Mitchella w celu upamiętnienia swojej kochanej żony Margareth, która niespodziewanie zmarła na czerwonkę w 1874 roku podczas wizyty w Egipcie. Kościół zaprojektował architekt James Franklin Fuller, który także był projektantem słynnego Ashford Castle w Cong. Prace budowlane rozpoczęły się w 1877 roku i trwały do roku 1881. Podobno wzorem tej miniaturowej katedry była piękna kaplica Świętego Szczepana w Westminsterze. Nie trzeba było nas specjalnie zapraszać i czym prędzej weszliśmy do środka..

Little Ghotic Church

Ciekawostką jest, że marmurowe kolumny będące po obu stronach stworzone zostały z 4 różnych rodzajów marmuru, które zostały przywiezione z czterech różnych prowincji. I tak: zielony marmur jest z Connemary (Connacht), czerwony marmur jest z Corku (Munster), czarny marmur pochodzi z Kilkenny (Leinster) a szary z Ulsteru. W południowej nawie widnieje pięknie  barwione okno, przedstawiające FORTITUDE, czyli wiarę, miłość, nadzieję i czystość. Z przodu ołtarza był właz, przez który obniżano trumnę aż do sklepienia poniżej. Mówi się, że Mitchell Henry nie mógł znieść, że jego ukochana małżonka została pochowana pod ziemią, toteż postanowił przenieść ją do Mauzoleun, paręset metrów dalej od Gotyckiego Kościółka. Z biegiem lat przez korozję oraz nadmiar wilgoci, Ghotic Church podupadł. Dopiero w 1991 roku Siostry Benedyktynki rozpoczęły renowację. Później przyszła pomoc z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego wraz z kredytami bankowymi i dotacjami od dobrodziejów i przyjaciół. Wszystko to sprawiło, że prace konserwatorskie ruszyły mocno do przodu. Prezydent Irlandii – Mary Robinson – ponownie otworzyła stylowy, odrestaurowany Kościół 28 kwietnia 1995 roku. Prace zostały docenione i otrzymały prestiżową nagrodę AIB – Lepsze Dziedzictwa Irlandii w 1998 roku.

Już wewnątrz usiedliśmy w drewnianych ławkach i zanurzyliśmy się w krótkiej modlitwie. Towarzyszyła nam piękna, uspokajająca, delikatna muzyka. Czas spędzony w murach tej mini-katedry był bardzo relaksujący. Wpadło mi do głowy nawet, że w takich okolicznościach moglibyśmy brać nasz ślub. Oczywiście jest już to niemożliwe ale gdyby była tylko taka sposobność, to jestem przekonany, że w ogóle byśmy tego nie żałowali.

Jakoby przedłużeniem Kościoła jest Mauzoleum, w którym zostali pochowani Margaret Mitchell (1874 rok), Henry Mitchell (1910 rok) oraz prabratanek Henry’ego – John Henry (1989 rok). Grobowiec otaczają drzewa i krzewy, jest w cieniu i tylko szum wiatru i odgłos szeleszczących liści zakłócają spokojny sen, w który zapadli wiele lat temu  pierwsi gospodarze Kyllemore Abbey.

Mauzoleum

Pozostało pójść nam już jedynie w jedno miejsce. W zupełnie innym kierunku niż się znaleźliśmy. Ogólnie spoglądając na mapkę, poruszać się można tylko wzdłuż jeziora, tak jakby w poziomej linii prostej. My stojąc przy Mauzoleum musieliśmy przejść kilka kilometrów aby dotrzeć do ogrodów. A trzeba zaznaczyć, że nie są to pierwsze lepsze z brzegu ogrody. Victorian Walled Garden to największy, kamienny, wiktoriański ogród w Irlandii. Na długą wędrówkę nie mieliśmy za bardzo ochoty, nie było też czasu, gdyż chcieliśmy uniknąć tłoków, bo z minuty na minutę pojawiało się co raz więcej turystów, tak więc skorzystaliśmy z okazji, oferującej szybkie przemieszczenie się do ostatniego celu naszej wycieczki. Tuż obok centrum informacyjnego jest przystanek. Z przystanku w odstępie 15 minutowym odjeżdża autobus, zabierając wygodnickich do ogrodu. Czas przejazdu to 4 minuty, chcąc pójść pieszo należy liczyć się z około 20 minutowym marszem. Mały autobusik przejechał ten 1,5 kilometrowy odcinek spokojnie i nieśpiesznie. Z głośników wydobywał się przyjazny, kobiecy głos opowiadający historie przeszłe i te obecne na temat wiktoriańskich ogrodów. Minęliśmy drugie, na terenach Kylemore jeziorko (Maladrolaun Lake) – znacznie mniejsze, zarośnięte, potulne… Widzieliśmy kolejną porcję nowoczesnych rzeźb, mijaliśmy drogowych wędrowców, z lewej strony spoglądaliśmy na wzgórza Dwunastu Benów, z drugiej gęstwinę roślin porastających Doughruagh. Na koniec szybki podjazd pod górkę i koniec trasy. Autobus zatrzymał się obok Tea House – obszernej kawiarni oferującej ciepłe napoje i świeże domowe przysmaki. Podczas sprzyjającej pogody można skorzystać z okolicznej łąki i przy piknikowym posiłku, w towarzystwie uroczych owieczek, cieszyć się widokiem Diamond Hill i Parku Narodowego Connemara.

W Wiktoriańskich Ogrodach

VICTORIAN WALLED GARDENS to rozległy, 6 hektarowy teren (24 000 metrów kwadratowych) ogrodzony wysokim murem. Ogrody stworzył Henry Mitchell w tym samym czasie, w którym budowany był zamek, czyli pomiędzy 1867 a 1871 rokiem. Był jednym z ostatnich, ogrodzonych murem ogrodów, zbudowanych w epoce Wiktoriańskiej w Irlandii i jedyny znajdujący się w samym środku bagna. W czasach swojej świetności porównywany był do słynnych londyńskich Kew Gardens.

Panorama pięknych Ogrodów Wiktoriańskich

Ogromnym wyczynem inżynieryjnym jak na owe czasy było ogrzanie 21 szklarni, w których hodowano egzotyczne owoce oraz rośliny. Te szklarnie ogrzewano za pomocą 3 kotłów, z których poprowadzony został skomplikowany, podziemny system rur z ciepłą wodą o łącznej długości 1538 metrów.

W późniejszych latach, gdy KA był pod władaniem Księcia i Księżnej Manchester a następnie Ernesta Fawke’a, ogród znacznie stracił na swojej atrakcyjności. Szklarnie w większości przestały istnieć, pozostawiając po sobie zaledwie ceglane fundamenty. Dopiero Wspólnota Benedyktyńska w 1996 roku rozpoczęła prace konserwatorskie. Udało się to głównie przy pomocy dotacji, dużych kredytów bankowych a także hojności darczyńców. Ogród został ponownie otwarty w 1999 roku, a 3 lata później zdobył prestiżową nagrodę Europa Nostra.

Po wyjściu z autobusu ominęliśmy kawiarnio-herbaciarnie i znaleźliśmy się przy wejściu do ogrodów z napisem ENTRY. Przekroczyliśmy próg drzwi i stanęliśmy oko w oko z niepowtarzalnym i do tej pory niespotykanym przez nas nigdzie wcześniej widokiem:

Dwa, prostopadle do siebie leżące trawniki. Ten pierwszy schodził w dół, ten drugi, kiedy na niego spoglądaliśmy, wznosił się delikatnie w górę. Na połaciach równiuteńko przystrzyżonej trawy , porozsypywane były misternie powycinane grządki, w kształcie półkola, okręgu czy zygzaków. W tychże fikuśnych konturach rosły sobie kolorowe kwiatki. Były różnorodne krzewy, małe drzewka, choinki, palmy  i żywopłoty. Po drugiej stronie stały szklarnie, tuż obok wolno stojąca ceglana ściana, troszkę dalej odrestaurowany dom głównego ogrodnika. Do poruszania się służyły żwirowe alejki, miejscami długie i proste, gdzieniegdzie pozawijane i kręte. Już samo wejście na teren tychże ogrodów budziło szybsze bicie serca i samowolne pojawienie się uśmiechu na twarzy tudzież szersze otwarcie ust w geście zaskoczenia. Mało kto pewnie, przechodząc przez te niewielkie, zielone drzwi spodziewałby się tak sporych i pięknych ogrodów. To zdumienie spowodowało, że czym prędzej chcieliśmy się przejść po wiktoriańskim cudzie ogrodowym z 19 wieku. Jak pomyśleliśmy, tak też zrobiliśmy…

Pierwszy trawniczek (ten lecący w dół) to tak zwane ,,krzewy graniczne”. Ten po drugiej stronie to ,,uroczysty ogród kwiatowy”. Powędrowaliśmy prosto, najpierw w dół, następnie w górę i doszliśmy do szklarni. Przylegał do niej wapienny piec, służący pewnie do ogrzania tego szklanego domku, w którym naszą uwagę zwróciło drzewko bananowe, z ogromnymi, zielonymi liśćmi. Bothy, rzut beretem od szklarni, to budynki gospodarcze wraz z domkiem, gdzie mieszkał pracownik ogrodów, na co dzień dbający i zajmujący się tym miejscem. Domek nie miał zbyt wielu wygód, tylko najpotrzebniejsze rzeczy: surowo wyglądającą kuchnię ze stołem stojącym po środku, z kredensem z jednej strony, schodami prowadzącymi na piętro oraz kominkiem tuż na przeciw wejścia. W niewielkiej izbie za kuchnią stały dwa, jednoosobowe łóżka i małe biurko w rogu.

Dom głównego ogrodnika

Dom w północnej części Wiktoriańskich Ogrodów należał do głównego ogrodnika. Znacznie bardziej bogatszy aniżeli ten wcześniejszy, z kilkoma pokojami, obszerną kuchnią, jasnym i rozświetlonym salonem, z częścią jadalną, w której zdobiony stół nakrywano porcelanową zastawą. Na ścianach wisiały obrazy i fotografie a półki uginały się od grubych książek. Head Gardener’s House był uroczy, mieszkało się w nim zapewne miło i przyjemne, nawet biorąc pod uwagę fakt, że w owych czasach wcale łatwo w Irlandii się nie mieszkało.

Ogólnie całość tychże nieprzeciętnych ogrodów podzielona jest jak gdyby na 2 części: kwiatowo-estetyczną oraz ziołowo-warzywną. Z pierwszej do drugiej przechodzi się przez malutkie mostki, pod którymi płynie sobie strumyczek. Tak więc pomaszerowaliśmy obok mini lasku, weszliśmy na jeden z czterech mostków i staliśmy już na terenie roślinek jadalnych. Tutaj również północna (większa) strona jest na górce, południowa (prostopadła) zbudowana została na innym, mniejszym wzniesieniu. Roślinność, bujna roślinność, posegregowana na równe, prostokątne sektory, ponumerowana i skrupulatnie opisana rosła sobie w najlepsze. Naturalnymi płotkami, oddzielającymi poszczególne sekcje roślin, są różnych rozmiarów żywopłoty. Równe, przycięte niemalże od linijki, długie i wszędobylskie, spacerowały wraz z nami, mieliśmy je w zasięgu wzroku niemal wszędzie. Gdy w zamkowej kuchni brakowało warzyw, dostarczano je z warzywnej części ogrodu. Piękne kwiaty, do przystrojenia pokoi lub salonów, ucinano ze strony ,,estetycznej” . A trzeba przyznać, że były one w całej palecie barw, rosły na prawdę urocze. Do wyboru, do koloru i w każdej dostępnej ilości.

Część ziołowo-warzywna

Zerkaliśmy na ogrody skalne, dyskutowaliśmy sobie, jakie roślinki są w naszym przydomowym ogródku a jakie mieć byśmy chcieli. W międzyczasie spadł deszcz – przelotny, parominutowy. Założyliśmy kaptury na głowy, otworzyliśmy naszą krwistą parasolkę i powoli zaczęliśmy się wycofywać w stronę wyjścia. Wędrówka przeniosła się na główną arterię ogrodowego organizmu, wzdłuż której spokojnie rosły sobie kwiaty. Przyjrzałem się im z bardzo bliska, bawiąc się przez chwilkę w makrofotografię. Kwiatki niebieskie, żółte i czerwone z możliwie jak najbliższej perspektywy prezentowały się wyśmienicie. Detale wyeksponowane do granic możliwości, z oddali niewidoczne, w makro podane na tacy, pozwalały, po części przynajmniej, zrozumieć piękno tych kolorowych roślin. Jeśli do wizualnych doznań, dodamy zapachy, które jak wiadomo, kwiatki wydzielają przednie, to można sobie wyobrazić w jak przyjemnym położeniu się znaleźliśmy. Ciągnęły się one po obu stronach tej głównej alei, która doprowadziła nas do pierwszej części ogrodu. Jeszcze szybkie spojrzenie na małpie drzewo, zerknięcie na równiutkie fragmenty trawników i trzeba było kierować się do bramy wyjściowej…

Piękne były te Wiktoriańskie Ogrody, na prawdę jedyne w swoim rodzaju. Zapewne odczucia mielibyśmy jeszcze lepsze (być może inne), gdyby udało się spędzić w nich więcej czasu. Tak z parę godzin, pochodzić, przysiąść na ławeczce, w patrzeć się w te roślinki, w te widoki, poczuć górski wiatr hulający wszędzie. Odpocząć. Mieć ogród tylko dla siebie…

To ostatnie wydaje się jednak niemożliwe do spełnienia. W momencie gdy my opuszczaliśmy tereny kamiennego ogrodu, w drugą stronę kierowała się kilkudziesięcioosobowa grupa turystów, chyba z Niemiec, rozgadanych, każdy z cyfrówką w dłoni. Odetchnęliśmy z ulgą. Podczas gdy my maszerowaliśmy alejkami tego roślinnego królestwa było względnie spokojnie, nie było tłoku. Teraz tłok zaczął już gęstnieć ale na szczęście już nas to nie dotyczyło. Po paru minutach siedzieliśmy w busiku i sunęliśmy powoli do bazy. W międzyczasie niebo zdążyło się dość porządnie rozpłakać. My wysiedliśmy a do środka władowała się kolejna, spora grupa ludzi. Następna, jeszcze większa rozlazła się po terenie Kylemore Abbey – mieliśmy bardzo dobry ,,timming”, zarówno jeśli idzie o częstotliwość odwiedzin, jak i pogodę, która niestety uległa załamaniu. W drodze na parking, zahaczyliśmy jeszcze o pamiątkową rozpustę, do dużego sklepiku, w którym można było zaopatrzyć się w różnego rodzaju souveniry z Kylemore Abbey, z Connemary, z Irlandii czy z Guinnessa.

Czas się pożegnać…

Parkingu, rankiem niemal pusty a teraz praktycznie cały zapełniony uświadomił nas, że wizyta w Kylemore Abbey dobiegła końca. Poznaliśmy kolejne, piękne miejsce, z ciekawą historią, z bogatą roślinnością i nieprzeciętnymi widokami. Warto było. Mam nadzieję, że opowieścią tą udało mi się Was zainteresować? Może kiedyś przyjdzie dzień, że i Wy również tam zawitacie?

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Cwirku, a kiedy pogoda nie załamuje się w Connemarze? Taki już jej urok, ale i tak uwielbiam tamte strony.

    Mój Połówek najwidoczniej jest mniej czuły na piękno Kylemore, bo przebąkiwał mi, że nudno tam było i za drogo. Z tym pierwszym się nie zgadzam, mnie się podobało, a z tym drugim nie sposób się nie zgodzić. Drożej jest już chyba tylko w Bunratty Castle & FP.

    Ogrody przepięknie ulokowane. Z tego, co pamiętam to miejsce na nie zostało specjalnie wyselekcjonowane – temperatura w tamtym zakątku jest wyższa niż na pozostałym terenie, no i dociera tam więcej światła przez co rośliny mają idealne warunki do rozwoju 🙂

    Kościółek jest uroczy – wzbudził we mnie bardzo pozytywne wrażenia. Bardzo kruchy i kobiecy powiedziałabym. Taka ponoć była Margaret.

    Na koniec chciałam dodać, że zawsze podziwiam w Tobie tę Twoją dbałość o szczegóły – mnie nigdy nie chce się wszystkiego opisywać. Ty rzadko kiedy pomijasz jakieś detale – nie pozostawiasz czytelnikowi miejsca na niedopowiedzenia, na nutkę tajemniczości 🙂

    Ps. Cieszę się, że wreszcie coś napisałeś!

  • Witaj!

    Też się cieszę, że udało mi się w końcu ruszyć z miejsca i coś poskładać. Normalnie wstyd a z drugiej strony źle (w sensie nadgonienia z materiałem tutaj), że zrobiła się prawie 2 miesięczna przerwa a zapowiada się jeszcze większy poślizg… 2 września wyruszam na Krym w Ukrainie, więc przypuszczam, że do opisywania będzie kolejna dawka. Ale nic, muszę to wziąć za pysk 🙂 i doprowadzić do ładu.

    Z ogrodami to prawda, że jest tam chyba 5 stopni więcej niż wokół ale to chyba związane jest z tym, że leżą one tam gdzie kiedyś były bagna? Co do samego KA rzeczywiście, w oczy rzuca się ta cała komercja tam panująca. Zarabiają na tym i to nie mało pewnie.

    ,,Kruchy i kobiecy” – fajne określenie Ghotic Church. Sprawia on takie wrażenie, nie wpadłbym na to. Niemniej jednak, zachwycił mnie i bardzo się cieszyłem, że miałem okazję go poznać. Świetny.

    Piszesz, że dbam o szczegóły? 🙂 Może trochę tak, choć doszły mnie słuchy, że potrafię ,,lać wodę”. Nie wiem czy brać do za komplement czy może zanudzam, hehe? Czasami jednak, chciałbym aby ta tajemniczość również się wkradła. Może z czasem się pojawi? Zobaczymy.

    pozdrawiam serdecznie!

  • Cwirku, to tylko mój subiektywny odbiór – być może u innych pojawia się ten element tajemniczości. Moja percepcja może być nieco inna, bo jednak większość opisywanych miejsc znam, a to dużo zmienia. Inaczej czyta się o czymś nieznanym, a inaczej o zakątku, który zna się jak własną kieszeń.

    Wiesz, że lubię Twój styl pisania, mówiłam Ci to nieraz. Mnie też ktoś kiedyś zarzucił, że leję wodę. Olać takie komentarze 🙂 Każdy ma swój styl pisania i wyrażania siebie. Ja bynajmniej nie mam zamiaru zmieniać mojego tylko dlatego, że komuś może się on nie podobać. Mój blog nie jest na spisie lektur obowiązkowych.

    Rozumiem Twój problem, bo też mam jeszcze co najmniej dziesięć rzeczy do opisania i nie mam pojęcia, kiedy to zrobię.

    Ps. Hehe, ale się nam urlopy zsynchronizowały 😉

  • Ja w żadnym wypadku nie stresuję się na temat lania wody. Mam nawet taki misterny plan – zobaczymy co czas przyniesie – ażeby podążyć drogą blogerki z Półwyspu Apenińskiego, którą najpewniej znasz 🙂 Jeśli jakimś cudem by się to udało, to dużo tekstu byłoby chyba wskazane.

    Też masz urlop na początku września? My czekamy z niecierpliwością i potem huuuura, witaj Ukraińska przygodo! 🙂

    pozdrówka!

  • Kilkakrotnie już odwiedzałam Twój blog.Jest bardzo interesujący , ale Taita opisuje więcej miejsc , które chciałabym zwiedzić w Irlandii.Bywam tam co roku , od 5 lat.Zatrzymujemy się z mężem u córuni , która mieszka w przepięknej miejscowości , jaką jest Killarney.
    Czytając o wyprawie na wschód pomyślałam , że jesteś odważnym facetem.Ja muszę mieć wszystko zaplanowane , no prawie ze szczegółami , a już noclegi muszą być wcześniej zarezerwowane. Na Ukrainie byliśmy (zorganizowana wycieczka)w maju w ub. roku.Zwiedziliśmy Lwów i kilka małych, znanych z historii miejscowości.Na Krym chyba wybierzemy się w przyszłym roku.
    Wspaniale opisałeś Kylemore i chyba umieszczę je w planach zwiedzania wyspy w tym roku.
    Dziękuję za wpis na blogu Taity , skierowany do mnie.Uwierzyłam w zapewnienia o urodzie Connemary i dam się skusić na wyprawę do tej dzikiej krainy, ale to jeszcze za parę miesięcy.
    Zmobilizuj się , proszę i opisz trochę więcej ciekawych miejsc w Irlandii, bo robisz to wspaniale.
    Serdecznie pozdrawiam.
    Bawa

  • Witaj Bawo!

    Cieszę się bardzo, że tutaj u mnie bywasz i jeszcze bardziej się cieszę, ze pozostawiłaś po sobie ślad 🙂 Komentarze napędzają do działania!
    Taita rzeczywiście opisuje swoje podróże z większą częstotliwością ale zapewniam Cię, że ja również mam w zanadrzu parę interesujących wypraw do opisania 🙂 Niestety czasami bywa ciężko z mobilizacją, czasem i samozaparciem. Nie piszę regularnie i się zakopuje w tym wszystkim. A poza tym jak zauważyłaś trochę tego na blogu jednak jest, więc może się czymś zainspirujesz?
    Killarney świetne miasto, byłem i spodobało mi się. Szczególnie fajne jest to, że mają tam blisko na Półwysep Iveragh i Pętlę Kerry, na Półwysep Dingle, na Półwysep Beara i do Corku (choć akurat w tym mieście jeszcze mnie nie widzieli). Niesamowity kawałek Irlandii tamte południowo-zachodnie tereny.
    A Ukraina? Nie przypuszczałbym jeszcze rok temu, że tam pojadę. Wykluł się pomysł i skorzystaliśmy. Polecam Krym, zresztą większość tam jeździ, więc coś w tym półwyspie jest. My nie chcieliśmy żadnych udogodnień, taki lekki surwiwal nam się zamarzył, zresztą mieliśmy ze sobą ograniczoną ilość gotówki co skutecznie nas oddaliło od luksusów 🙂
    Obiecuję, ze do Waszego przyjazdu parę relacji tutaj się pojawi!

    pozdrawiam serdecznie! 😉

  • cwirek, great site, lovely photos, lots of nice detail on the beautiful gardens and Abbey. I am looking forward to reading and viewing more of the articles on your site. Ireland is definitely on my list of places to visit when the time and opportunity arises. The only drawback for me here is that the translator doesn’t work perfectly so although I’m sure your writing is well done some of it is lost in the translation and a bit hard to decipher. The photos are outstanding though and need no translation! Will you be posting articles about your Ukrainian Crimea adventures? Would love to hear your impressions from there as I have been several times and always want to go back more. Best to you and keep up the good work.
    Greg

  • Hi Greg!

    It’s great that you showed up! Kylemore Abbey is really beautiful and worth a visit. The only drawback there is a price. The entrance, souvenirs – really expensive place. I hope that my Irish adventure will encourage you to visit this beautiful country. It’s really worth it, everyone who likes to travel and explore new places, will be delighted. Translator can not translate everything as it should but it’s better than nothing. 🙂 This, will give you more or less an idea of ​​what I write. Well I guess I should start writing in English? 😉 Ukrainian adventure will be, in addition to what already is, I’m going to add another 11 entries. I hope that, I can do this quickly. Good Luck Greg and see you later!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *