Wrobels

Klasztor Shuldan – nocujemy w kolejnym niesamowitym miejscu

Dla każdego urlop marzeń będzie wyglądał inaczej. Jeden powie, że wszystko czego potrzebuje znajdzie na plaży pod palmami, wylegując się codziennie w prażącym słońcu i korzystając z orzeźwiających kąpieli w turkusowym morzu. Dla innego wakacyjne minimum, bez którego obejść się nie będzie mógł to bieżąca woda, wygodne łóżko i obfite posiłki, najlepiej w wersji All-Inclusive. Jeszcze inny chętnie stałby się pasażerem luksusowego statku wycieczkowego, pływającego po morzu i odwiedzającego kolejne porty. Nie dla nas jednak były takie rarytasy, stąpaliśmy mocno po ziemi i cieszyliśmy się z o wiele bardziej przyziemnych przyjemności. Spanie w 5 gwiazdkowym hotelu? Dziękuję, nie skorzystam…W Eski-Kermen przeżyliśmy kolejny, niezwykle inspirujący czas, znaleźliśmy się w zupełnie nowym dla nas miejscu i poznaliśmy miasto, które tętniło życiem w odległej przeszłości. Mieliśmy jako taki pogląd w jak ciężkich i niebezpiecznych czasach przyszło żyć dawnym mieszkańcom skalnego miasta, byliśmy pełni podziwu w jaki sposób wykorzystywano teren i zaadoptowano go do zamieszkania. Chyliłem czoła przed tymi ludźmi, bo nie dość, że warunki bytowe delikatnie mówiąc nie były najwygodniejsze (a może po prostu przemawia przeze mnie pycha wygodnickiego z 21 wieku?), to jeszcze co jakiś czas trzeba było odpierać ataki wrogów. Cała wizyta zajęła nam kilka godzin, a od pobudki w Bakczysaraju minęło już godzin ponad 10. Mieliśmy już za sobą trochę chodzenia, nie mniej wspinania i pomimo, że na płaskowyżu minimalnie zwolniliśmy, to jednak w nogach odczuwaliśmy. W nogach i na grzebiecie.

Zejście z góry od strony południowej było o wiele bardziej przystępne i szybsze niż od strony północnej. Tak jak pisałem na początku, w tym miejscu nikt opłat nie pobierał (no chyba, że ktoś siedział tu rano i już poszedł?), my przynajmniej na nikogo nie natrafiliśmy. Po drodze, mniej więcej w połowie, przeszliśmy obok malutkiej cerkwi, zrobionej w naturalnej skale. Pop (mnich?), który ją akurat zamykał nie zwracał na nas żadnej uwagi, zajęty swoją czynnością, może był już znudzony turystami? Po zręcznym, może 10 minutowym zejściu, staliśmy na dole. Rzut okiem do mapy, szybkie przebiegnięcie wzrokiem wzrokiem po okolicy i wybór pada na jedną z piaszczystych dróg, ciągnącej się z jednej strony wzdłuż skalnych urwisk a z drugiej w towarzystwie lasu. Zanim na dobre wystartowaliśmy, skorzystaliśmy jeszcze z pobliskiego strumyczka, oswobodziliśmy wymordowane stopy i parę minut staliśmy w wodzie. Tego nam trzeba było! Dla strudzonych stóp jak znalazł.

Green-Car

Trasa, którą pokonywaliśmy z pewnością była jakimś szlakiem. Ledwo rozpoczęliśmy wędrówkę a już zdążyliśmy się minąć z kilkuosobową grupką piechurów zmierzającą w stronę Eski-Kermen. Pewien odcinek szliśmy w palącym słońcu ale po jakimś czasie droga schowała się pod drzewami, dając niezwykle przyjemny chłodek. Po chwili pojawiło się rozwidlenie, druga dróżka odbijająca od głównej i wchodząca do lasu. Był to moment, który w pewnym sensie pokierował całą naszą dalszą eskapadą. Wiadomo, każdy wybór niósł ze sobą zupełnie inny scenariusz i kto wie jak by się to wszystko potoczyło gdybyśmy kontynuowali marsz w wyznaczonym wcześniej kierunku? Nie dowiemy się. Wiem natomiast co wydarzyło się po decyzji wejścia w las i objęcia kursu południowego. Zimny strumyk szedł cały czas z nami, a raczej płynął w przeciwnym kierunku do naszego marszu. Jako, że słońce dawało się non stop we znaki, tak więc należało się znowu schłodzić. Głowa pod wodę i człowiek czuje się jak nowo narodzony, sprawdza się zawsze, postawi na nogi każdego.

Wędrówka pod osłoną drzew była o niebo lepsza, szliśmy w takim malutkim wąwozie, strumień płynął raz z jednej, raz z drugiej strony, cały czas słyszeliśmy jego szum. Teren delikatnie się wznosił, było mnóstwo kamyków, korzeni i dziur, w których tworzyły się kałuże – posuwaliśmy się tempem raczej żwawym i praktycznie wcale nie robiliśmy postojów. Mijaliśmy się z następnymi wędrowcami (wychodziło na to, że jednak nie jest to taka dzicz totalna jakby się mogło wydawać) i byliśmy ciekawi dokąd nas ta leśna droga zawiedzie. Dobrze, że nie skusiliśmy się wcześniej na picie płynącej obok nas wody, bo w górnych partiach przepływała przez takie kamienne kadzie i nie wyglądała na krystalicznie czystą. Przeszliśmy jeszcze kawałek i po prawej stronie zauważyliśmy staw. Przez staw przepływała nasza mini-rzeczka ale i tak nie powodowała ona, że było to oczko wodne, w którym ktoś chciałby się zanurzyć. Stawik zostawiliśmy w spokoju – zainteresowaliśmy się czymś innym.

Modliszka w pełnej krasie

Modliszka w pełnej krasie

Sprawa wydawała się priorytetowa, bo nasze zapasy wody zaczynały się kurczyć, nie wiadomo było, czy zdołamy napotkać jakiś sklep a na horyzoncie migotało co raz mocniej spanie, także woda była po stokroć wskazana. Nie obawialiśmy się, że nasze drogocenne znalezisko będzie w jakikolwiek sposób zanieczyszczone i nie zdatne do picia, bo źródełko wybijało prosto z ziemi. Nie czekając długo napoiliśmy się tą zimną i czystą wodą, napełniliśmy butelki i pomału weszliśmy z powrotem w rytm przebierania nogami. Obok jednego jeziorka widniało drugie, mniejsze. Oba porośnięte wodnymi roślinami, nad brzegiem tafli unosiły się gałęzie drzew, spokojne, praktycznie nieruchome – taki typowy, naturalny leśny zbiornik wodny. Tak po prawdzie, to mogliśmy śmiało zakończyć dzisiejsze wędrowanie właśnie koło tych dwóch stawów. Był tam teren przygotowany specjalnie pod namioty, otwarta przestrzeń, duże pole trawy i drewniane ławeczki. Można było zostać, ale nie zdecydowaliśmy się. Zbyt blisko drogi, jak się okazało regularnie użytkowanej, a takie rozwiązanie nas nie bardzo interesowało. Woleliśmy miejsca ustronniejsze, najlepiej dobrze ukryte, nie widoczne. Pokonaliśmy najbardziej strome podczas tej leśnej wędrówki podejście i wyszliśmy na otwarte pole. Tam odchodziła w lewo kolejna ścieżka, obok której wbity był w ziemię znak informujący (po Ukraińsku), dokąd ona prowadzi. Do zmroku co raz bliżej więc należało podejmować decyzję. Wymyśliliśmy, że pójdziemy kawałek tą nową dróżką i zobaczymy co tam będzie.

 

Wieża Klasztorna z charakterystyczną złotą kopułą

Wieża Klasztorna z charakterystyczną złotą kopułą

Od razu zauważyliśmy jedną, charakterystyczną rzecz: dużą wieżę na okolicznej górze, zbudowanej z białego kamienia, z wielką złotą (pozłacaną) kopułą na jej szczycie. Prawosławny krzyż widniejący na murze świadczył o tym, że było to miejsce religijne.

Klasztor składał się z dwudziestu jaskiń, w tym dwóch Świątyń. Główna Świątynia jest szczególnie dobrze zachowana, przestronna i wysoka. Ikonostas został wykonany z drewna, z kolei w absydzie Kościoła mieściło się krzesło biskupa, które ulokowane było w centrum, w najwyższym miejscu pomieszczenia. Na północnej ścianie widniały kiedyś ławy, a pod miejscem, gdzie ołtarz łączył się z rzeźbionym grobowcem w formie arkosolii – był grób.

Z głównej Świątyni można się dostać do Kaplicy. Na zachód od Babtysterium znajdziemy  szczątki innego pokoju z okrągłym otworem. Jedna z wersji zakłada, że mogła to być wcześniej chrzcielnica , a następnie po otwarciu nowej chrzcielnicy – stara została przekształcona w kaplicę.

Druga Świątynia Klasztoru Shuldan zlokalizowana jest na drugim poziomie jaskiń, od strony wejścia wschodniego. Aby się tam dostać, przechodzimy z naturalnej groty na kamienne schody i dalej do Świątyni. W jej środku, we wschodniej ścianie łukowej niszy jest tron, na półce w ścianie południowej – ołtarz, a wzdłuż ściany północnej mamy ławkę. Starożytny ołtarz od reszty Świątyni oddzielony był drewnianą barierą i stanowił główne sanktuarium. W Świątyni, zarówno wykonany z kamienia tron, jak i ołtarz, mogły być dotykane tylko przez duchownych.

Naukowcy uważają, że w 13-14 wieku, w skałach nad Doliną Shulskoy pojawił się niewielki Klasztor. W okresie rozkwitu Księstwa Theodoro był on przebudowywany i rozbudowywany. Krzesło episkopatu, zachowane w głównym ołtarzu Świątyni sugeruje, że Shuldan był rezydencją Metropolity.

Pod wieżą, na odcinku kilkuset metrów ciągnęły się skalne urwiska, jakich dużo w tej części Krymu, widzieliśmy rozległe jaskinie a pod nimi las. Właśnie w tamtą stronę prowadziła ścieżka. No nic, idziemy. Znów przez las, tyle że drożynką, na której ledwie mieścił się człowiek, w gęstwinie krzaków, drzew oraz atakujących nas z każdej strony gałęzi.

 

Widok na Klasztor

Widok na Klasztor

W całej tej roślinnej plątaninie udało nam się spotkać, po raz drugi już tego dnia, nietypowego gościa. Rzecz jasna dla nas nowość, ale na tych terenach rzecz raczej normalna. Stanęliśmy na chwilę, patrzymy a tu w plecaku siedzi sobie modliszka. Zielona, taka jaką wcześniej znaliśmy, patykowata, świetnie kamuflująca się wśród liści. Patykiem przełożyliśmy ją na drzewo, troszeczkę jeszcze na siebie popatrzeliśmy i się pożegnaliśmy. Bardzo fajne są te modliszki, trzeba przyznać, jak dla mnie o wiele bardziej przyjemniejsze aniżeli pająki. Zrobiliśmy z jakieś 500 metrów laskiem i wyszliśmy na skały. Były to takie jakby wielkie półki skalne, niby jaskinie z ogromnymi głazami, z mnóstwem kamieni i z nieprawdopodobnym widokiem na całą okolicę. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości: tutaj się osiedlamy.

 

Miejscówka na nasz namiot

Miejscówka na nasz namiot

Rozbijaliśmy już namioty w wielu miejscach ale ta lokalizacja była jedyna w swoim rodzaju. W moim prywatnym rankingu może się równać chyba tylko z Clogher Head na Półwyspie Dingle, które wizytowaliśmy równo rok przed ukraińską przygodą. Tutaj było troszeczkę inaczej jeśli idzie o krajobraz. Urwiska co prawda podobne lecz bez oceanu, zamiast wielkiej wody, widzieliśmy morze lasu. W miejscu gdzie rozłożyliśmy namiot nie uświadczyliśmy ani źdźbła trawy, jedynie jakieś pojedyncze, mniej lub bardziej gęste  krzaki, porozrzucane pod skałami. Podłoże było do granic możliwości suche, piaszczyste i twarde. Nad naszymi głowami wisiała ogromna skała, parę metrów przed namiotem ziemia się urywała i stromizną gnała kolejne parę metrów w dół. Miejsce, chociaż do spania może nie całkiem wygodne, to jednak miało coś co bardzo nam się przydało: skoro sucho, to można bezproblemowo rozpalić ognisko. Po ogarnięciu namiotu, zaczęliśmy szukać drewna.

Problemu z tym nie mieliśmy praktycznie żadnego. Wyzbieraliśmy wszystkie wyschnięte gałązki i patyki zalegające w najbliższym otoczeniu namiotu i po więcej ruszyliśmy w stronę lasu. Wróciliśmy z kupą mniejszych i większych drewienek i zabraliśmy się za układanie paleniska. Kamienie, których mieliśmy pod dostatkiem nadały się do tego świetnie. Misterna budowla stała po kilku minutach, przyozdobiona drewnem i czekająca na odpalenie.Z naszej bazy w odległości może 200 metrów widzieliśmy wielką, czarną pieczarę. Będąc w lasku postanowiliśmy ją odwiedzić. Była to ogromna jaskinia i czarna dlatego, że w całości prawie osmolona od dymu. Ku naszemu zdziwieniu zobaczyliśmy w niej garnki, miejsce na ognisko, miejsce na spanie, jakieś butelki – czyli, ewidentnie ktoś już tam urzędował. Nie spotkaliśmy co prawda nikogo ale wiedzieliśmy, że jacyś podróżni znaleźli już to miejsce i urządzili bardzo praktycznie, więc prawdopodobieństwo, że moglibyśmy kogoś spotkać, jakieś tam było.

Zasłużony odpoczynek...

Zasłużony odpoczynek…

Grota była pusta, za to po drugiej stronie namiotu ani chybi ludzie byli. Nad nami, w klasztorze. Na pewno był pies, bo przy bliższym podejściu ujadał, widzieliśmy fragment takiego jakby balkonu i okien, były barierki, liny, które prowadziły w górę, najpewniej do budynków klasztornych właśnie. Nam jednak nie w głowach było zwiedzanie klasztoru, być może w innych, bardziej sprzyjających ku temu okolicznościach uczynilibyśmy to. Teren, w którym się znaleźliśmy został w miarę zlustrowany także w spokoju, na ile jest to tylko możliwe w takim miejscu, mogliśmy oczekiwać nadejścia ciemności.

 

Noc przyszła jak zwykle, w okolicach godziny 20. Ogień palił się w najlepsze, oświetlając skały dookoła i dając przyjemne ciepło. Siedzieliśmy przy tym ognisku, gawędziliśmy, patrzeliśmy na światełka w dole, piliśmy kawę aż tu nagle, z lasu i w zupełnych ciemnościach zaczyna się w naszą stronę zbliżać światło. Zamarliśmy. Ja zdążyłem tylko z siebie wydusić jedno: ,,Ja pierdole!”. W razie czego byliśmy gotowi stawić czoła niespodziewanemu gościowi, mały nożyk i kamienie miały być orędziem w razie ewentualnej akcji. Koleś z wielką latarą w dłoni zbliżył się, w momencie mijania nas pozdrowił i poszedł dalej. Odetchnęliśmy. My byliśmy przestraszeni ale on był chyba przerażony. Przeszedł szybko, widać było po nim, że jest strasznie zdenerwowany, pobłądził trochę w krzakach i się oddalił. Najprawdopodobniej chciał jak najprędzej dotrzeć do klasztoru, chyba wiedział, że przed nocą nie zdąży, więc miał ze sobą latarkę. Koleś odszedł i wrócił spokój.

 

Chwila relaksu po ciężkim dniu

Chwila relaksu po ciężkim dniu

Żałowaliśmy jednego, że nie mieliśmy ze sobą żadnej kiełbaski czy kurczaka. Nawet zwykłe ziemniaki byłyby w tym przypadku potrawą wyśmienitą. Kolacja ograniczyła się do wspomnianej kawy oraz herbaty, a także płatków kukurydzianych zalanych mlekiem (wyprodukowanym z proszku) i kromek chleba podpiekanych nad ogniem. Dosyć skromnie, prawda? Nie przejmowaliśmy się tym, cieszyła nas chwila. Wyjątkowa, współgrająca z naturą, jakże inna od dni, w których funkcjonujemy na co dzień. W związku z sytuacją jaka się wytworzyła, czyli ciemno i fajne, ogniskowe światło, więc postanowiliśmy postawić statyw, odpalić aparaty i pobawić się trochę w nocną fotografię. Główny cel: ognisko i siedzące nad nim postacie (czyli my, naprzemiennie).

 

Skromne, namiotowe mieszkanko...

Skromne, namiotowe mieszkanko…

Dzień zamknęliśmy w okolicach godziny 21. Ogień ugaszony, zgliszcza zalane wodą, czas wgramolić się do namiotu. Było niesamowicie niewygodnie, moja cienka karimatka prawie w ogóle nie dawała zmiękczenia, spaliśmy na twardym i kamienistym podłożu ale byliśmy tak zmęczeniu, że zaśnięcie nastąpiło w mgnieniu oka. W razie czego zabraliśmy do środka parę kamieni i nóż, który zasypiał razem ze mną. Nigdy nic nie wiadomo…

 

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *