Wrobels

Opactwo Dominikanów w Ballindoon

Z reguły czuję się mocny jeśli idzie o orientację w terenie. To samo dotyczy się prowadzenia samochodu – nie boję się zapuszczać w nieznane obszary, w dziewicze, nierzadko dzikie i słabo uczęszczane trasy. Ogólnie nie korzystam z GPS-u, a jeśli już to rzadko. Mam mapę bądź atlas i staram się czytać właśnie z nich. Jeśli nie ma mapy to są znaki drogowe, różne oznaczenia i tabliczki – wystarczy dobrze je odczytywać a na pewno trafi się do celu. Wydaje się proste, prawda? A czy takie jest? No cóż, jak się okazuje, nie koniecznie…

Ballindoon Abbey

Pewnego, bardzo wczesnego, niedzielnego poranka postanowiłem wyruszyć z domu. Nie miałem ze sobą nawigacji, nie miałem też drogowego atlasu ale cel, do którego zmierzałem wydawał mi się tak oczywisty do odnalezienia, że praktycznie nie posiadałem żadnych obaw, nie myślałem, że mogą być jakiekolwiek problemy. Odległość od domu w sumie niewielka, jakieś 70 kilometrów. Jedziemy trasą N4, mijamy znane już nam miejscowości Newtown Forbes, Carrick-on-Shannon, Boyle i docieramy do Castelbaldwin. Odbijając w lewo dotarlibyśmy do Cmentarzyska Megalitycznego Carrowkeel, tym razem jednak jedziemy w prawo, gdzie od razu zauważyć można znak informujący o Ballindoon Dominican Friary. Po około 5 kilometrach, przemieszczając się przez lokalną, wąską i krętą drogę powinno wyłonić się nam Opactwo. No właśnie – powinno, ale czy było? Było, jednak nie tak od razu.

Lough Arrow (fot. irelandupclose.com)

Ta krótka poranna wycieczka służyć miała dwóm celom: poznaniu kolejnego historycznego miejsca a przy okazji porobieniu jakiś fajnych zdjęć. Z tego też powodu postanowiłem pojechać tuż po 5 rano, bo jak wiadomo, poranne światło jest w fotografii najlepsze, a tak wczesna pora gwarantowała, że już na miejscu zastanę wschód słońca. Pisałem niedawno, że bardzo wczesnym rankiem w Irlandii z reguły nie pada ale tego dnia mieliśmy mały wyjątek. Co prawda po 5 było jeszcze wszystko w porządku, choć na niebie kłębiły się chmury. Gdy dojeżdżałem do celu wiedziałem, że nie będzie dobrze… Niebo zasnute wielkim, granatowym chmurzyskiem, które zwiastowała nadejście tylko jednego… Ale nic, jadę dalej. Chmura jak to chmura, pojawia się i znika, te tutejsze mają w dodatku tendencje do szybkiego przemieszczania się, więc miałem nadzieję, że troszkę popada i przestanie. Złapało mnie już na trasie lecz deszcz wydawał się być wtedy najmniejszym utrapieniem. Ku mojej rozpaczy zaczęło się długie krążenie i szukanie. Tak tak, człowiek, który się rzekomo dobrze orientuje w terenie, zaczął błądzić. 🙂

Zachód słońca nad Jeziorem Arrow, (fot. ballinafad.com)

Opactwo według mojego wcześniejszego rozeznania miało być gdzieś na północnych brzegach Jeziora Arrow. Na skrzyżowaniu skręciłem w prawo i podążyłem przed siebie – po 2 kilometrach, po mojej prawicy powinny się pojawić ruiny… Niestety nie pojawiły się, a może inaczej, ja ich nie zauważyłem. Przejechałem kilka kilometrów, jezioro zdążyło się skończyć i dotarłem do jakiejś głównej drogi. No nic, powrót do początkowej krzyżówki i myślenie co dalej? Wybrałem kolejną drogę, trochę powyżej tej poprzedniej ale ta dawała jeszcze mniej szans na pozytywne odnalezienie klasztoru. Jedyny plus był taki, że rozciągał się stamtąd świetny widok na Jezioro Arrow i dalej, na Bricklieve Mountain. Wróciłem na dół i powolutku obok jeziora wypatrywałem celu, zatrzymując się przy tym parokrotnie. Raz przeskoczyłem ogrodzenie pakując się w bagno po kostki; później stanąłem przy małym molu i przycumowanych do brzegu rybackich łódkach, znów wjechałem w następną uliczkę ale doprowadziła mnie ona do prywatnego gospodarstwa. W pewnym momencie uruchomiłem internet w komórce ale niestety, nic ta pomoc mi nie dała. Wschód słońca już dawno minął, w między czasie na zmianę zaczynało padać, przestawało i znów zaczynało. Pomalutku ogarniał mnie stres, bo czas mijał a ja jeździłem w aucie jak ten idiota, nie mogąc dotrzeć do Opactwa.

Ruiny Opactwa od frontu

Postanowiłem zaczerpnąć języka u miejscowych w myśl złotej zasady, że koniec języka za przewodnika. Cofnąłem się troszeczkę i zobaczyłem białego vana. Dwóch przyjaźnie nastawionych kolesi popijało kawę. Wytłumaczyli mi, że stary klasztor jest, i że na pewno zauważę go z drogi, wystarczy przejechać 2 mile. Z nowymi instrukcjami oraz nadziejami ruszyłem raz kolejny, po drodze chciałem się poradzić jeszcze jednej dziewczyny ale powiedziała, że nie wie nic na temat Opactwa, wjechałem na drogę, którą ponad 2 godziny (!) wcześniej rozpoczynałem poszukiwania i w pewnej chwili ku radości przemieszanej ze zdziwieniem i oplecionej zdenerwowaniem mam, znalazłem! Okazało się, że co najmniej kilkakrotnie przejeżdżałem koło Opactwa ale jakimś cudem go nie widziałem. Sytuacja doprawdy komiczna i nie zrozumiała. Najważniejsze jednak, że się udało, że wyjazd nie okazał się niewypałem. Stare Opactwo czekało aż do niego wejdę i się z nim zapoznam.

Ballindoon Friary, klasztor Dominikanów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny powstał w 1507 roku. Wzniósł go niejaki Thomas O’Farrell, który był najprawdopodobniej jego pierwszym opatem. I choć klasztor i jego ziemie, w późniejszym czasie zostały skonfiskowane przez Henryka VIII, to jego bracia nadal mieszkali w pobliżu kościoła. Ostatni z nich, ksiądz Michael Reynolds, który był także proboszczem Aughanagh-Ballinafad, zmarł między 1785 a 1789 rokiem. Samo Ballindoon Friary zakończyło swoją działalność znacznie wcześniej, bo już w 1585 roku. Wyjątkową cechą kościoła jest jest potrójny, łukowy ekran w środku nawy kościelnej, natomiast na górne piętro można się było dostać tylko poprzez zewnętrzne schody. Kościół ma prostokątny kształt z centralną wieżą i niewielkim transeptem zlokalizowanym w części północnej. U podstawy wieży są trzy łukowe sklepienia łączące wschodnią i zachodnią połówkę kościoła. Na wschodzie istnieją cztery wielkie okna zakończone tak zwanymi maswerkami (dekoracyjnymi, geometrycznymi wzorami architektonicznymi). Podobne, ale trzy, są na zachodzie. Dzisiaj dachu już nie ma, a wnętrze zostało wykorzystane do pochówków – najstarszy nagrobek znajdujący się w nawie pochodzi z 1717 roku.

Główne wejście do Opactwa

Wysiadłem z samochodu. Na pobliskim pastwisku gospodarz wraz z synem gonili bydło, przyglądając się mi z zaciekawieniem. Pozdrowiliśmy się na wzajem, oni zajęli się swoją pracą a ja spojrzałem w stronę Opactwa. Szybko sforsowałem żelazną bramę i powolnym krokiem udałem się w kierunku ruin. Od razu rzucił mi się w oczy bluszcz, który upodobał sobie w szczególności wschodnią oraz zachodnią część kościoła. Za 500 letnią budowlą rosły drzewa, za drzewami stało jezioro, za jeziorem Góry Bricklieve. Wokół a szczególnie od strony głównego wejścia, znajdowała się łąka a całość otoczona została niewielkim, kamiennym murkiem. Ciekawą rzeczą był fakt, że na całym terenie Opactwa, w jego wnętrzu a w szczególności na zewnątrz, porozrzucano groby, mnóstwo nagrobków. Większość pochodziła z ubiegłego stulecia, te nowsze odróżniały się wyglądem i generalnie dawało to taki kontrast na tle kilkusetletniego opactwa, takie pomieszanie historii z nowoczesnością. Groby w środku sprawiały inne wrażenie, były bardziej zaniedbane, trochę odrapane, widać, że starsze. Gdy znalazłem się już w środku poczułem ten charakterystyczny klimat, jaki można znaleźć w tego typu miejscach..

Po pierwsze cisza, gdzie się nie spojrzeć można było niemalże dotknąć tej ciszy. Było to takie dziwne odczucie, bo jednak poza murami opactwa ptaki w najlepsze sobie śpiewały ale już w środku było inaczej (jedyny odgłos wydobywał się podczas robienia kroków po chrupiących wszędzie kamyczkach). Czułem spokój i historię, wyobrażałem sobie jak w 16 wieku toczyło się życie w Ballindoon Friary, co robiono na co dzień, i jak przemieszczano się w murach tego Opactwa?

Opactwo od środka

Takie rzeczy intrygują mnie za każdym razem i za każdym razem mogę sobie tylko wyobrażać. Zresztą wchodzenie w zadumę w mocno wiekowych kościołach, czy też w ruinach tychże kościołów jest momentem, że tak powiem, prawie że mistycznym. Oczywiście ktoś kto wyobraźnie ma bardzo wyrazistą przeżyje taką klasztorną wizytę mocniej, inny zdąży się przespacerować nie doznając praktycznie nic. Ja powiedzmy jestem w górnej połówce tego mistycyzmu, no może, tuż nad kreską 😉

Opactwo Ballindoon nie jest duże, większą jego część stanowił kościół a nad wszystkim górowała wieża. Bracia najpewniej rezydowali właśnie w tej wieży. I jako wspólnota Dominikanów, która jak wiadomo, nie opływała w bogactwa, wiedli oni zapewne żywot ubogi, nie rzadko korzystając z zewnętrznej pomocy. Pewnym udogodnieniem musiał być dobry dostęp do jeziora, które w moim wyobrażeniu, stanowiło łatwe źródło pożywienia w postaci ryb. Jeśli nie sami mnisi się tym zajmowali, to pewnie byli okoliczni rybacy, którzy regularnie dostarczali świeże dostawy ryb.

Opactwo usiane grobami…

Rozstawiłem statyw, włączyłem aparat i spróbowałem wydobyć klimat panujący w tym miejscu. Po chwili zaczęło padać, na szczęście udało się znaleźć miejscówkę, która skutecznie chroniła mnie od deszczu i skąd spokojnie mogłem kontynuować zdjęcia. Skupiałem się na grobach, na fragmentach muru i na dwóch wejściach. Przeszedłem przez całość opactwa, obszedłem je dookoła, zobaczyłem praktycznie wszystko co było do zobaczenia i jedyną rzeczą, którą odpuściłem było wejście na górną kondygnację. Można było to zrobić ale nie chciałem ryzykować, bo nie dość, że schodom brakowało stopni, były mocno pogryzione przez czas i nie dawały żadnych gwarancji bezpieczeństwa w momencie wdrapania się na nie, to jeszcze zmoczone przez deszcz bez wątpienia stanowiłyby atrakcję z dreszczykiem emocji.

Nie zabrakło emocji podczas całej tej porannej wizyty nad brzegami Jeziora Arrow i choć początkowo były to takie trochę niezdrowe emocje w związku z błądzeniem po okolicy, to później stały się one jak najbardziej pozytywne i uspokojone, czułem się tam po prostu dobrze. Nie jest to znane opactwo, leży sobie gdzieś na uboczu, daleko od głównych dróg, daleko od miejscowości, takie niepozorne, ukryte. Pomijając to, że mnie przytrafiło się niezrozumiałe błądzenie, to jednak dojazd jest tam przystępny i łatwy. Z powodzeniem można się tam udać na krótką wizytę, jadąc na przykład do Sligo. Można zboczyć z N4 i spędzić fajny czas w Ballindoon Friary. Polecam. 😉

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Bardzo fajna lokalizacja, ruiny też ciekawe, ale wiesz co? Zdjęcia chyba nie do końca oddają uroku tego miejsca, dopiero filmik ukazał mi całą atrakcyjność tego zabytku. Kiedyś tam zaglądnę, jeśli będę w okolicy.

    Czytając Twój opis, myślałam, że to bardziej odludne miejsce. Filmik wyprowadził mnie z błędu – widziałam domostwa, więc jest tam jakaś cywilizacja 🙂

    Przyjemny głos 🙂

    PS. Błądzenie, brudzenie i „moczenie” to czynności chyba już na stałe wpisane w żywot turystów zwiedzających Irlandię 🙂

  • Hej Taito!
    Widzę, że udało się skomentować bez wpisywania www? 🙂 Rzeczywiście, film ogarnia więcej, z innej perspektywy można to wszystko zobaczyć. Zdjęcia również są inne, być może takie troszkę ,,zamknięte”? Dokładnie, domki jakieś obok są ale ogólnie nie jakoś drobno posiane, taka typowo wioskowa sceneria. Co do głosu narratora w filmie, to mam chyba jak większość: gdy siebie słyszę to mi się słabo robi 😀

  • Nie zdążyłeś na wschód ale udało Ci się wydobyć z zielonych bluszczów i mchów na murach ten specyficzny klimat starego opactwa, o którym piszesz. Mam podobnie, ta cisza, pustka, ptaki i kamienie oraz Historia, którą niełatwo czasem odczytać. Położenie opactwa jest świetne, dla porównania można się wybrać do centrum Sligo 🙂 Filmik już widziałem dużo wcześniej na YT więc teraz miałem wrażenie, że kiedyś już tam byłem… W przyszłości, kiedy będę w pobliżu – na pewno wstąpię. Co do GPS – używam go zawsze i pozwala mi to oszczędzić czas. Pozdro!

  • Hahaha, o mało co nie zakrztusiłam się herbatą. Coś w tym jest, mnie też nie podoba się mój nagrany głos. I też nie lubisz patrzeć na swoje paszportowe zdjęcie? 😉

  • Pendragonie ogólnie gps jest przydatny ale można spokojnie sobie poradzić bez niego. Oczywiście, żeby nie było, że całkiem go schowałem do szafy, również korzystam ale staram się czytać z map czy znaków :-). Akurat w przypadku Ballindoon Abbey mógłaby nawigacja nie pomóc, bo ja właściwie na miejscu byłem, tylko jakimś dziwnym trafem nie widziałem ruin. Także ciesze się, że udało się zrobić zdjęcia z tą zielonkawą barwą na murach (rzecz jasna same w sobie takie nie były, trzeba było te fotki w domu trochę podciągnąć 😉 ) W Sligo Abbey byłem w 2006 roku i pomimo, że tamto jest zachowane w lepszym stanie i jest większe to jednak lokalizacja tragedia… O wiele bardziej wole takie bardziej dzikie, w bliskości natury.

    Pozdrawiam!

  • Ten fragment który pokazujesz na filmie jakby krużganki jest szczególnie ciekawy. Duże okna, spore przestrzenie pomieszczeń wewnętrznych, w czasie jak opactwo funkcjonowało to było piękne miejsce.
    Piszesz ze Henryk VIII skonfiskował, i pewnie wtedy się tu wszystko skończyło?
    W ogóle nigdzie papierów i puszek po piwie, jak to możliwe? Jakiś cud chyba
    Marek vel Marencjo

  • Rzeczywiście śmieci nie było. Generalnie wędrując po różnych opactwach czy zamkach nie napotykam na śmieci, choć mogłyby tam spokojnie być biorąc pod uwagę, że niektóre są w opłakanym stanie. To konkretne powyżej w sumie nie wiem czy było takie wielkie? Są o wiele większe w Irlandii. Oczywiście nie oznacza to, że Ballindoon Abbey jest nudne, wręcz przeciwnie, mnie osobiście bardzo się podobało. Świetna lokalizacja, spokój, bliskość jeziora – był tam niewątpliwie klimat. W takich przypadkach zdani jesteśmy już tylko na wyobraźnię, jak to tam mogło kiedyś wyglądać:-)
    pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *