Wrobels

Boyle i jego 12 wieczne Opactwo Cystersów

Pomiędzy Sligo a Longford znajduje się pewne miasteczko. Nie wielkie, podobne to wielu innych w Irlandii, położone nad rzeką, która nazywa się tak samo jak owa miejscowość. Ma w swoich granicach jednak coś, co czyni je interesującym, nastrojowym i do którego z całą pewnością warto zawitać…

Historia Opactwa w Boyle

Boyle Abbey

Boyle to przede wszystkim 12 wieczne cysterskie opactwo założone przez mnichów przybyłych do Boyle z Mellifont. Po założeniu pierwszego opactwa cystersów w Irlandii, które stanęło właśnie w Mellifoncie (1142 rok) mnisi chcieli rozszerzyć swoje wpływy i postanowili, że wybudują je w hrabstwie Roscommon. Przybyli oni do Boyle w 1148 roku w poszukiwaniu miejsca na nowe opactwo. Podekscytowali się oni wizją spartańskiego, lecz pełnego miłosierdzia życia podczas wizyty we Francji. Spodobało im się zdyscyplinowany i pozbawiony wszelkich przyjemności żywot zakonników z klasztoru św. Bernarda.


Po raz pierwszy z Boyle zetknęliśmy się w pierwszej połowie 2006 roku. Była to zarazem jedna z naszych debiutanckich wypraw po Irlandii. Przyjechaliśmy tam autobusem, który kursuje na trasie Dublin-Longford-Sligo i spędziliśmy w tym miasteczku parę godzin. Tak więc podczas mojej niedawnej wizyty historia zatoczyła koło. Od 2006 roku stałem się bardziej doświadczonym podróżnikiem, zauważam więcej ciekawych miejsc i chyba lepiej rozumiem ten kraj. Przynajmniej staram się. Zmieniło się również to, ze obecnie bez problemu możemy się wszędzie dostać, mając samochód jest z wycieczkami o niebo łatwiej i przede wszystkim wygodniej. Taki wyjazd do Boyle to mniej więcej godzina jazdy z Longford, więc mogłem poświęcić na to zaledwie pół dnia. Zapewniam, że tyle właśnie w zupełności wystarcza.

Trawiasty wirydarz

Boyle skusiło mnie Opactwem. Będąc tam za pierwszym razem nie było nam dane zobaczyć opactwa od środka, więc koniecznie chciałem to naprawić. Okazja nadarzyła się 15 czerwca. W pracy miałem dzień wolny, za oknami pogoda była ciepła i słoneczna, więc postanowiłem z tego faktu skorzystać i pojechać. Po paru kwadransach byłem na miejscu. Auto zostawiłem tuż obok Boyle Abbey. Nie wjeżdżałem do ścisłego centrum tej małej miejscowości, główna atrakcja leży troszeczkę na uboczu i można wszystko zobaczyć przemieszczając się pieszo. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to sporych rozmiarów remonty w jednej części opactwa. Zmartwiło mnie to troszkę, wyobraziłem sobie, że kolejny raz nie będzie mi dane przejść się po dziedzińcu klasztoru. Remont remontem ale sprawdzić i tak poszedłem. Informacja znajdowała się w postawionym kontenerze, pani rzekła, że spokojnie można wchodzić, zapytała z jakiego jestem kraju, dała broszurkę, która miała mi pomóc w oglądaniu i skierowała do wejścia. Spojrzałem najpierw na lewo, tablice informowały jak tu kiedyś było, co zdołano wykopać a wszystko okraszone starymi fotkami.

Na terenie Opactwa Cystersów

Prace restauracyjne

Na prawo panowie robotnicy zajmowali się koszeniem trawy, teren wokół był dość rozległy więc trudniło się tym aż 3 osoby. Przekroczyłem kamienną bramę, w której jest mały sklepik z pamiątkami i spojrzałem przed siebie. Pierwszy ruch głową poszedł w lewą stronę, zobaczyłem wielki kościół, po części romański – surowy, po części gotycki – troszeczkę bardziej dekoracyjny. To tutaj właśnie trwały jakieś prace konserwacyjne i niestety nie można było się dostać do środka. Kościół ów był największą budowlą w całym klasztorze, grube, starannie wykończone kolumny podtrzymywały całość. W centralnej części znajdował się trawiasty wirydarz, czyli ogród otoczony niskim murkiem. Obszedłem powolnie tą sporą połać trawnika i starałem się oczyma wyobraźni zobaczyć opactwo, kiedy było one ruchliwe, zamieszkiwane przez mnichów i nietknięte przez ząb czasu. W południowej części były kuchnie z ogromnymi paleniskami, tuż obok wielki refektarz, w którym to mnisi spożywali posiłki. Działo się to w całkowitym milczeniu i przy dźwiękach czytanego Pisma Świętego. Warto dodać, że od połowy września do Wielkanocy jadali tylko raz dziennie. Pracami w kuchni, sprzątaniem i całą niewdzięczną robota zajmowali się ludzie świeccy. Stanowili oni liczny personel Opactwa i pomagali a jego funkcjonowaniu. Jako, że mnisi modlili się nawet osiem razy dziennie toteż taka pomoc z zewnątrz była nie do ocenienia.

W pobliżu kuchni, na trawie poukładane były fragmenty murów, mniejsze lub większe kawałki ścian, pooznaczane i ponumerowane. Z pewnością były one przygotowane do zrekonstruowania kościoła. Wróciłem do głównego wejścia, wszedłem do środka stróżówki i powędrowałem schodami na pierwsze piętro. W niewielkim pomieszczeniu zrobiono małą salkę historyczną, przedstawiona tam była makieta klasztoru z najlepszych czasów, na ścianach widniały zdjęcia i opisy, były również figurki mnichów. Wpisałem się do księgi gości i wróciłem na dół. Czas było się pożegnać. Wyszedłem poza teren klasztorny, trawnik został już w całości skoszony, porobiłem końcowe fotografie, oddałem przewodnik i oddaliłem się w kierunku ulicy. Troszeczkę pooglądałem wszystko z oddali i powędrowałem w stronę centrum tego niewielkiego miasteczka.

Kościół, widok z ulicy

Boyle Abbey w swojej historii nie zawsze sprawował funkcję religijne. Od 13 do 15 wieku owszem, był to świetny czas. Boyle władało  wielkimi połaciami ziemi a wspólnota klasztorna liczyła 400 zakonników. 100 lat później była już ich tylko garstka, niestety klasztor postanowiono zlikwidować… Klasztorne włości zostały przekazane przez królową Elżbietę I rodowi Cusacków, którzy pozwolili nielicznym zakonnikom wegetować w opactwie. Później, w 1603 roku kolejny angielski władca – król Jakub I – ofiarował majątek Johnowi Kingowi. Przekształcił on opactwo w siedzibę garnizonu, znaną jako zamek Boyle. Przez półtora stulecia pełnił rolę koszar. Przyszedł rok 1788 – nowymi mieszkańcami stali się Connaught Rangers (88 regiment pieszy), czyli najgorsze łotry i rabusie w armii brytyjskiej. Wtedy to zaczęło się rabowanie i rujnowanie obiektu, które trwało do 20 wieku.

Boyle – małe, spokojne miasteczko

Boyle, jako miasteczko nie zachwyca. Nie jest jakoś szczególnie piękne, porywające i ciekawe. Mieszkać by tam było prawdopodobnie nudno, być może spokojnie i cicho ale nudno. Główna ulica wspina się delikatnie pod górę, generalnie teren centrum jest pofałdowany, uliczki wąskie, sklepy ciasno zabudowane. Płynie przez nie rzeczka Boyle, sprawia ona, że miasteczko staje się troszeczkę mniej bezpłciowe, fajnie pomyślane są restauracje i knajpki usytuowane tuż nad rzeką. Przepływa ona przez nie duży park, w którym jest plac zabaw do dzieci, małe boisko i nutka cienia, ciszy i spokoju. Można tam przycupnąć na moment, coś zjeść, odpocząć, wsłuchać się w nieśpiesznie płynącą i miło szumiącą wodę…

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Akurat dziś przypomniałem sobie Mellifont i kilka innych miejsc w pobliżu, taki wspomnieniowy weekendowy wyjazd. Bardzo ładne słowo – wirydarz – zupełnie zapomniałem że takie istnieje chociaż wirydarze zdarza mi się oglądać z bliska dość często. Spodobało mi się Boyle Abbey, zachęciłeś mnie. Pozdrawiam.

  • Powiem szczerze, że z wirydarzem zapoznałem się dopiero podczas tworzenia tego wpisu 🙂 Co do Boyle i tamtejszego opactwa to z całą pewnością warto się tam wybrać, nawet jadąc do Sligo można te parę chwil poświęcić na Boyle.

    Trzymaj się!

  • Witaj, Cwirku 🙂 Twój post sprawił, że postanowiłam sobie odświeżyć pamięć i przeglądnąć moje fotki z opactwa Boyle. Szukam albumu, patrzę, a tam data 09/08/2009 🙂 Całkiem przypadkiem odkryłam, że dzisiaj wypada moja pierwsza rocznica wizyty w tym miejscu 🙂 Co mogę z tej okazji powiedzieć? Panowie robotnicy zbytnio się nie spieszą. Rok temu też trwały prace renowacyjne. Miejsce nawet fajne, szkoda tylko, że oszpecone rusztowaniami.

    Przesyłam poranne pozdrowienia i lecę na śniadanie 🙂

    Trzymaj się ciepło 🙂

    Mam nadzieję, że komentarz się opublikuje także i tym razem 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *