Wrobels

Jałta – szalona wizyta w historycznym mieście

Jałta, znany czarnomorski kurort przyciąga do siebie corocznie całe masy turystów. Nie tylko wabi ich Morzem Czarnym, bliskością Gór Krymskich, licznymi kurortami czy plażami ale chyba przede wszystkim Jaskółczym Gniazdem – pięknym neogotyckim zamkiem zbudowanym na szczycie 40 metrowego klifu. Jałty nie uwzględnialiśmy na naszym Krymskim szlaku, ewentualnie chcieliśmy przez nią tylko przejechać i pognać dalej na wschód, do Sudaka i Koktebel. A jak się skończyło? Jak zwykle nieprzewidywalnie…Po dniach wędrówek, po wizytach w skalnych miastach i szalonych jazdach maszrutkowych miała przyjść kolej na spokojniejszą podróż. Relaksującą w sensie, że przynajmniej 80 kilometrów i mniej więcej 2 godziny spędzimy w autobusie, na wykupionych i przeznaczonych tylko i wyłącznie pod nasze zmęczone ,,cztery litery” (numerowane miejscówki w krymskich autobusach rzecz święta) fotelach. Nareszcie mieliśmy tak upragnioną styczność z morzem, nowe i piękne krajobrazy, różniące się od dotychczas oglądanych, a także pojawiała się perspektywa luźniejszego wypoczynku i penetrowania morskich głębin (w końcu po coś wziąłem ze sobą maskę do nurkowania).

Usadowiliśmy się wygodnie na naszych miejscach, główne bagaże schowane zostały w bagażniku i ciekawi widoków rozpoczęliśmy jazdę. Tuż po wyjeździe z Sewastopola pierwsze 25-30 kilometrów nie były niczym specjalnym, nie wjeżdżaliśmy do Bałakławy i pognaliśmy dalej drogą H19. Prawdę mówiąc dopiero w okolicach małych mieścinek Honcharne i Tylove zaczęło nam się podobać. W oczy rzucił nam się pierwszy piękny górski widok szczytu Ylyas-Kai znajdującego się w zachodniej części Gór Krymskich. Był to dopiero początek, tak na prawdę później rozpoczęły się spektakularne pejzaże gór, dolin, skał. Praktycznie przez całą podróż południowym wybrzeżem Krymu towarzyszą nam góry, osobiście uwielbiam taką kombinację: Góry nad Morzem. 🙂

Słynne Jaskółcze Gniazdo / fot. www.cruisingexcursions.com

Słynne Jaskółcze Gniazdo / fot. www.cruisingexcursions.com

Autobus jechał dosyć chyżo – na dziurawej drodze dawało to efekt nieustającego podskakiwania, tłuczenia, drgania i trzęsienia – wjeżdżał pod górkę bardzo ślamazarnie, następnie z tej górki pruł na złamanie karku i dopiero jak znaleźliśmy się na wybrzeżu troszeczkę ta podróż się uspokoiła. Momentami przemieszczaliśmy się nad samym morzem, zatrzymywaliśmy się w maleńkich mieścinkach i obserwowaliśmy ludzi nagromadzonych na kamienistych plażach. Te nie były wielkie, liczyły zaledwie po kilka metrów długości ale praktycznie na każdej ktoś urzędował. Nabieraliśmy apetytu aby się w takim morzu wykąpać, dla wymęczonych kilkugodzinną podróżą w tłocznych maszrutkach, autobusach i ciągłym kombinowaniem jak i czym dojechać, taka kąpiel byłaby bardzo orzeźwiająca. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później to nastanie, teraz w głowie mieliśmy tylko aby jak najszybciej się do tej Jałty dostać i najlepiej od razu z niej wyjechać. Oczywiście nie mogło zabraknąć małej burzy mózgów, bo jednym z pomysłów było szybsze zakończenie jazdy. Wymyśliłem sobie, że może lepiej wysiąść tuż przed Jałtą, zlokalizować gdzieś tam miejsce pod namiot i z samego rana udać się do Jałty. Przy okazji moglibyśmy zwiedzić słynne Jaskółcze Gniazdo (trzeba podkreślić, że ta atrakcja nie mieści się w samej Jałcie a w Liwadii, w osiedlu miejskim wchodzącym w skład Jałty). Pomysł jak szybko się narodził tak szybko umarł – postanawiamy przedostać się jednak do centrum Jałty, odpuścić sobie Jaskółcze Gniazdo i przy odrobinie szczęścia pojechać tego samego dnia dalej. Przejechaliśmy przez Simejiz, Ałupkę, Hasprę i dotarliśmy do Jałty

Zanim podjechaliśmy pod dworzec autobusowy musiało minąć 20 minut. Miasto okazało się dosyć spore, położone bardzo efektownie, z jednej strony morze a z drugiej ogromne, górskie ściany. Lokalizacja wyborna ale już zagospodarowanie miasta i budownictwo na kolana nie powalały. Niby  kurort znany, prestiżowy i dosyć drogi ale do nowoczesności Jałcie brakuje. Odniosłem wrażenie, że jeśli już o kogoś się dba to tylko o turystów, miejscowi są na uboczu. Tubylcy nie mieszkają w pięknych apartamentowcach – mieszkają w brudnych i odrapanych blokach, w obskurnych kamienicach i zaniedbanych domach. Od razu to zauważyliśmy,  rzuciło nam się w oczy, że wiele bloków rozpoczęto budować ale ich nie dokańczano – stoją teraz takie pustostany i straszą. A te, w których rezydują ludzie są poobklejane całą masą kabli, z powywieszanym praniem za okna, z różnoraką elewacją, są stare i w ogóle nie remontowane.

Wieczorna panorama Nocna panorama Jałty / fot. nationalgeographic.com

Wieczorna panorama Nocna panorama Jałty / fot. nationalgeographic.com

Po kilku kilometrach od wjechania w rogatki miasta podjeżdżaliśmy powoli na dworzec od autobusów. Wysiedliśmy z naszego pojazdu i od razu polecieliśmy do kas biletowych. Z tablic informacyjnych nie powiało optymizmem ale i tak trzeba było podejść do okienka i dowiedzieć się z pierwszej ręki. Opcje były takie, że:

  • mogliśmy od razu atakować Koktebel (nasza wersja bardzo optymistyczna)
  • mogliśmy jechać do Sudaka
  • mogliśmy wsiąść do autobusu udającego się do Teodozji i wysiąść, w którymś z powyższych miast

Wszystko jednak miała zweryfikować pani sprzedająca bilety. Okazało się, że do Koktebel nie idzie bezpośrednio z Jałty jechać w ogóle a do Teodozji autobusu już tego dnia nie ma. Trzecią i ostatnią możliwością był Sudak. Na horyzoncie pojawiły się dwie wiadomości: dobra i zła. Pierwsza brzmiała tak: jest kurs jeszcze tego samego dnia (coś w okolicach 20-30 minut do odjazdu) – myślimy – ,,super!”. Niestety wiadomość druga całkiem zabiła naszą radość gdyż biletów na ten autobusik już niestety zabrakło… Jeszcze desperackim ruchem chcieliśmy nabyć bileciki bezpośrednio od pana kierowcy ale z jego strony była szybka piłka: nie ma miejsc. Lekka konsternacja co robić i wymyślamy, że kupujemy bilety na najwcześniejszy kurs następnego dnia o 8 rano. A gdzie będziemy spać, to się zobaczy. 🙂

Musieliśmy podjąć jakieś decyzje, zostało nam ponad 2 godziny do zamknięcia dnia i nadejścia ciemności. Staliśmy na dworcu, chcąc się stamtąd wydostać i pójść w bardziej ustronne miejsce – nie uśmiechało nam się nocowanie w jego okolicach, w miejscu średnio do tego przystosowanym, gdzie kręcić by się mogły różne dziwne typy. Przekąsiliśmy jeszcze coś z naszych żywnościowych zapasów i następnie spojrzeliśmy do mapy. Wielkich pomysłów gdzie się udać nie mieliśmy, jedyne co nam wpadało do głowy, to pójście w stronę morza. Z mapy wywnioskowaliśmy, że dobrym miejscem jest spory park (według nas miał być to park) widniejący jako duża, zielona plama. W tym właśnie kierunku rozpoczęliśmy marsz.

Szybko przebieraliśmy nogami, chcieliśmy koniecznie gdzieś zakotwiczyć a najlepiej gdyby cała ta czekająca nocka zniknęła poprzez jedne pstryknięcie palca i nastał  już ranek :-). Szliśmy jedną z głównych ulic znajdującą się w północnej części i wychodzącą za miasto od strony wschodniej, Początkowo korzystaliśmy z chodnika, później chodnik się skończył i maszerowaliśmy poboczem bardzo ruchliwej ulicy, którą co kilka sekund, dosłownie w odległości może pół metra od nas, przejeżdżały samochody, autobusy i trolejbusy. W pewnej chwili szliśmy kilkudziesięcio-centymetrowym fragmentem pobocza, bo po lewej stronie wyrosła betonowa ściana – Daniel z przodu, ja tuż za nim. Trzeba było z ulicy zmykać, przynajmniej ja poczułem wtedy, że taki spacer bezpieczny nie jest, że w każdej chwili mogło nas trzasnąć auto. Udało się wejść na przystanek autobusowy znajdujący się tuż pod wysokimi, 10 piętrowymi blokami. Pisałem wcześniej o nienowoczesnej Jałcie ale w tym sektorze miasta, w którym akurat byliśmy, rosło sporo drzew, krzaków i ogólnie było zielono. Ale nie na tyle dobrze, żebyśmy się gdzieś zatrzymali.

Próżno szukać łóżka w krzakach, musi wystarczyć trawa. :)

Próżno szukać łóżka w krzakach, musi wystarczyć trawa. 🙂

Przedostaliśmy się na drugą stronę dynamicznej jezdni i postanowiliśmy skręcić. Tym razem uliczkami mniejszymi, wąskimi i krętymi, w towarzystwie jeszcze większej ilości krzaków, przesuwaliśmy się w dół. Chcieliśmy do morza, do plaży, pragnęliśmy uczynić to jak najszybciej, bo czas zmykał, jasność dnia pomalutku się ulatniała, ogarniało nas zmęczenie i myśleliśmy już o spaniu. Przed każdym nadciągającym zakrętem myśleliśmy sobie, że może to już, może gdzieś uda się zaszyć i zakończyć chodzenie – morze widzieliśmy od ładnych paru chwil ale domostwa nie chciały się skończyć. Przeszliśmy już ładny kawałek co zajęło nam to jakieś 40 minut i znaleźliśmy się przy wspomnianym parku. Ku naszemu zdziwieniu nie było możliwości aby się to niego dostać bo całość była ogrodzona wysokim murem a w środku znajdował się jakiś hotel. Jako że nie widzieliśmy sensu dalszego marszu, bo droga tak nas zaczęła prowadzić, że kierowaliśmy się w stronę centrum, postanawiamy szukać miejsca na spanie. Wpada nam w oko mały zagajnik rosnący sobie pomiędzy parkowym murem a ulicą, tuż obok kolejki linowej ciągnącej się od morza aż po góry wyrastające za miastem. Rozejrzeliśmy się czy aby nikt nie idzie i szybko przebiegliśmy ulicę, ładując się w krzaki i drzewa. Zarośla jakoś nas tam osłaniały ale wygoda szykowała się mizerna. Wleźliśmy na małą górkę, na której nie było ani fragmentu płaskiego podłoża. Na namiot nie było żadnych szans, więc po jakimś czasie wyciągnęliśmy śpiwory i gdyby nigdy nic wkomponowaliśmy się w otoczenie, czekając aż nastanie noc.

Wybitnie niewygodna miejscówka do spania

Wybitnie niewygodna miejscówka do spania

Szykowało się co najmniej 9 godzin leżenia w trawie, niecierpliwego wyczekiwania poranka, być może snu a na pewno niepokoju. Czarność nocy niby się pojawiła ale księżyc dawał na tyle światła, że widzieliśmy dobrze wszystko w okręgu kilku metrów. Spanie na górce powodowało,że mój śliski śpiwór non stop zjeżdżał w dół. Ciągłe poprawianie doprowadzało mnie do szaleństwa, ledwo co zapadłem w płytki sen a tu zjazd. W dodatku podłoże okazało się wybitnie niewygodne, jakieś kamienie, korzenie, cały czas coś mi przeszkadzało i uwierało, nie mogłem znaleźć komfortowej pozycji a w dodatku noc dłużyła się w nieskończoność. Nie chcieliśmy hałasować, więc każdą zmianę położenia, każdy przewrót na drugi bok wykonywaliśmy bardzo ostrożnie, aby zbyt głośno nie zaszeleścić. Rozbiliśmy się niedaleko budynku kolejki linowej i cały czas wydawało nam się, że ktoś tam łazi. Wyobraziliśmy sobie nocnego stróża z latarką i psem – bezustannie taka właśnie wizja trzymała nas w niepewności i strachu przed odkryciem legowiska. Bez przerwy słyszałem odgłosy, szemrania, szelesty, jakieś dźwięki dobiegające z krzaków… Czułem, że ogarniała mnie paranoja, wciąż coś mi przeszkadzało i aż dziw, że nawet parę razy udało się zasnąć. W całym tym zmienianiu miejsca niestety ucierpiał mój śpiwór, był bezradny w starciu z obrzydliwym korzeniem i w efekcie doznał obrażeń ogólnych  w postaci poprucia w kilku miejscach. Na szczęście jakoś udało się przetrwać tę nieoczekiwaną nockę i po kilku mega-niespokojnych godzinach budziliśmy się w porannym świetle wschodzącego słońca. Ogarnęła mnie ogromna radość, że to już koniec ,,spania” i pomimo tego, że odpoczynek i regeneracja sił w takich warunkach pozostawiała sporo do życzenia, to jednak czułem się zwarty i gotowy na stawienie czoła kolejnemu dzionkowi. Wydobyliśmy się z naszej ekskluzywnej miejscówki, ja zrobiłem zdjęcie (jak się okazało jedyne podczas tej wizyty) budzącej się Jałty i powędrowaliśmy spowrotem do dworca autobusowego. Była 5:30 i mieliśmy ponad 2 godziny na pokonanie tej samej trasy, którą włóczyliśmy się poprzedniego dnia. Tym razem pod górkę, równie żwawo i tymi samymi, znajomymi zakrętami po niecałej godzince staliśmy przed głównym budynkiem dworca.

Jako że do autobusu był jeszcze moment, to postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw przydworcowej knajpki. Zwykłe kanapeczki z serem i szynką smakowały wyśmienicie, do tego herbatka, która pewnie normalnie by mnie nie ruszyła lecz teraz była rarytasem. Doceniłem to śniadanko bardzo mocno i choć koleś nas obsługujący do najmilszych nie należał, to jednak wyszliśmy stamtąd zadowoleni. Skorzystaliśmy też z możliwości podładowania aparatu, co było równie istotne jak samo jedzonko. Autobus pojawił się punktualnie i jedynym momentem wartym odnotowania był fakt, że spotkaliśmy Magdę i Michała – jak się okazało dwójkę, która na co dzień mieszkała na Śląsku i na którą później napotykaliśmy się parokrotnie.

Jałta budzi się do życia...

Jałta budzi się do życia…

Jakie odczucia mam po tej krótkiej, jałtańskiej wizycie? Mimo, że wcześniej pisałem o spostrzeżeniach raczej negatywnych, to bez wątpienia trzeba by było dać Jałcie szansę. W zbyt niedogodnych warunkach się tam znaleźliśmy i przede wszystkim mieliśmy bardzo mało czasu na bliższe zapoznanie się. Z całą pewnością ma coś ciekawego do zaoferowania, w gruncie rzeczy każde miasto coś w sobie ma, należy to tylko odkryć – nam niestety dane to nie było. Oczywiście nie zmieniam zdania co do kiepskiej infrastruktury, ale jak mówię, aby do końca ocenić należy się temu bardzo wiekowemu, założonemu w 1 wieku miastu szansa i wtedy jestem pewien, że oprócz rzeczy nudnych i nie wartych uwagi, pojawią się też bardziej interesujące.

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Smuga światła z latarki strażnika plus wizja owczarka goniącego nas przez ten mini gaj oliwny raczej nie sprzyjały sielance. W kolekcji traumatycznych noclegów – ten przejdzie do historii, jak na razie na pierwszym miejscu 🙂

  • Witaj!
    Dla mnie ciężki wybór co do traumatycznych nocek, bo ta na Aranach również utkwiła mi mocno w pamięci 🙂 Ale fakt, strach przed odkryciem nas przez strażnika delikatnie paraliżował.

  • Zaglądam tu już po raz kolejny i jakoś do tej pory nie udało mi się zostawić komentarza. Zawsze coś mi w tym przeszkadzało.

    Jaskółcze Gniazdo przepięknie się prezentuje na tej zamieszczonej przez Ciebie fotce. Pewnie Cię tym nie zdziwię, ale gdybym tam była, zrobiłabym co w mojej mocy, by je zwiedzić. Perełka!

    Woda + góry to niesłychanie wymowne i piękne zestawienie dwóch potężnych elementów krajobrazu. Uwielbiam takie połączenie.

    Nie dziwię się, że zwykła kanapka jawiła się jako największy rarytas. W podróży nasze potrzeby z reguły maleją. Mnie do szczęścia potrzeba wtedy głównie wygodnego łóżka i łazienki. Jakoś nie do końca jestem niestety przekonana do namiotów. Chyba po prostu z nich „wyrosłam”. Kiedyś to była dla mnie atrakcja. Na starość robię się zbyt wygodnicka 😉 Taki mały metraż chyba zrodziłby we mnie klaustrofobię 😉

    Wspominałeś o tym niezapomnianym noclegu na Inishmore, więc odświeżyłam sobie pamięć wracając do wpisów poświęconych tej wyspie. Coraz bardziej myślę nad tym, by niedługo ponownie zjawić się na którejś z wysp. Przydałby mi się taka odskocznia od codzienności, by popatrzeć z dystansu na niektóre sprawy.

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Dzisiaj gdy siedzę sobie w domu i patrzę na to wszystko z innej perspektywy, pewnie część rzeczy i podejmowanych wtedy decyzji bym zmienił. Pewnie dałoby radę tak zmodyfikować plany aby do takiego Jaskółczego Gniazda pójść, ale jak pisałem, wtedy wybieraliśmy rozwiązania, które wydawały nam się najodpowiedniejsze. 🙂
    Woda+Góry piękne, mamy takie połączenie na szczęście tutaj, w Irlandii 🙂
    Ja z namiotowania nie ,,wyrosłem”, bo prawdę mówiąc w dzieciństwie praktycznie nigdy mi się spanie w namiocie nie zdarzało (na palcach jednej ręki mógłbym policzyć):) Jak już wspominałem, niewygodę z takiego typu podróży można znieść i się do niej przyzwyczaić; najważniejsze, że wtedy zmienia się optyka widzenia na różne, najbardziej błahe sprawy i czynności i wówczas doceniamy bardziej. I rzecz kolejna, równie ważna: jesteśmy znacznie bardziej mobilni, rządzimy czasem i poprzez spontaniczność przeżywamy fajne przygody 🙂 Czy tego się w podróży nie oczekuje?;) Oczywiście, można w bardziej cywilizowany sposób, ja tego nie potępiam i sam daję się temu porwać vide rodzinne wyjazdy po Irlandii czy nasza ubiegłoroczna wizyta we Francji.
    Arany? Również mnie ciągnie. Chciałbym też na 2 mniejsze wysepki, tak aby wszystko zobaczyć.

    pozdrowionka! 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *