Wrobels

Namiot na Wyspie Achill

Croaghaun Cliffs czas było opuścić tak więc spokojnym tempem pomaszerowaliśmy w dół w kierunku Keem Beach. Dzionek zaczynał zbliżać się do końca choć oczywiście mieliśmy jeszcze parę godzin do zachodu słońca ale trzeba było myśleć nad miejscówką do spania, no i dobrze by było coś jeszcze na tej wyjątkowej wyspie zobaczyć. Nieśpiesznie opuściliśmy jedną z najpiękniejszych, irlandzkich plaż i pojechaliśmy w głąb Achill.

Jak wspomniałem wcześniej nasz nocleg miał być tam gdzie sobie to wymyśliliśmy. Namiot dawał właśnie takie poczucie wolności i nieograniczenia, było to dla nas bardzo ważne. Wybór był spontaniczny, decyzja podjęta w mgnieniu oka i miejsce według nas bardzo oryginalne. Wracając z Keem Bay pierwsza malutka wioska to Dooagh. Jest tam plaża a tuż obok niej mały, wyludniony półwysep, taki cypelek który miał sprawić, że będziemy niewidoczni, na czym nam zależało.

W opuszczonej wiosce

Deserted Village

Zanim jednak zabraliśmy się za rozbijanie chciałem koniecznie zabrać mojego współtowarzysza podróży do Deserted Village. W opuszczonej, 19 wiecznej wiosce zabawiliśmy około godzinki, tam również poszły aparaty w ruch, a że akurat słońce zaczynało swoją wędrówkę w dół klimat robił się na prawdę interesujący. Chmury na niebie dodawały uroku a kamienne ruiny domków niezmiennie od dziesiątków lat stały sobie, oświetlane promieniami i czekały na nasze fotograficzne strzały… Zrobiliśmy ich sporo, z różnych pozycji a że wspomniana pogoda nam sprzyjała byliśmy bardzo szczęśliwi. Wioska rzeczywiście była opuszczona, oprócz nas nie zauważyliśmy tam nikogo. Pora dnia i generalnie koniec wakacje sprawiały, że jedna z ciekawszych atrakcji turystycznych nie była aż tak oblegana jak choćby w lipcu, gdy byliśmy tam po raz pierwszy. Samo miejsce niezwykle interesujące. Ogólnie, przynajmniej dla mnie, tego typu budowle są bardzo ciekawe. Domki wzniesione tylko i wyłącznie przy pomocy nieociosanego kamienia intrygują i dają do zrozumienia, że w momencie ich budowy łatwo ludzie nie mieli w życiu. Deserted Village jest jedyna w swoim rodzaju, ilość tychże domków sprawia, że to miejsce można ochrzcić ,,stolicą kamiennych domków na terenie Irlandii”. Uroku dodaje położenie, u podnóża Slievemore, co sprawia, że widok stamtąd jest przedni…

Radosny zachód słońca

Widok widokiem, domki domkami ale trzeba było ruszać dalej. Podążyliśmy Atlantic Drive północną stroną wyspy, przejechaliśmy bez zatrzymywania się nieopodal piaszczystych plaż w Dugort i skierowaliśmy się na południe. Nie wiem ale chyba ta część Wyspy Achill, czyli Dugort i okolice są najmniej atrakcyjne. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Przemknęliśmy przez te tereny szybciutko zarówno w lipcu jak i teraz. Jedyną atrakcją wydają się być tylko plaże ale one najlepiej działają jeśli pogoda jest słoneczna i ciepła. Tym razem tego nie było, nie było również czasu ale i chęci na zwiedzanie tychże plaż. W pierwszym dniu naszej podróży pojawiliśmy się jeszcze w jednym miejscu: cały czas jadąc Atlantic Drive znaleźliśmy się niedaleko małej wioski Dooega. Bardzo dobrze wiedziałem o krajobrazowych możliwościach tej krainy, pamiętałem piękne urwiska, widowiskowe zatoczki i chciałem je pokazać Danielowi. Jako, że słońce w tym konkretnym momencie szykowało się do zaśnięcia, więc nie dało się zbytnio zaszaleć ze zdjęciami. Sam moment zachodu słońca został jednak spożytkowany należycie. Wijącymi się serpentynami wjechaliśmy na taki fajny punkt widokowy, z którego świetnie widać całą Zatokę Ashleam ale również fragment Achill Head znajdujący się przy zatoce Keem. Cała seria fotek, w których momentami pozowały nam pasące się tam owce pozytywnie zakończyły dzień. Postanowiliśmy, że rano zjawimy się tam ponownie i skorzystamy z porannego światła, które według naszych obliczeń miało padać na piękne klify przy Ashleam Bay. Teraz czas najwyższy było wracać do wcześniej upatrzonego miejsca na spanie. Chcieliśmy zdążyć zanim całkiem się ściemni, tak aby rozbijanie namiotu nie sprawiało nam jakiś większych trudności.

Rozstawiamy namiot

Nasz namiocik

Na Achill Island oprócz wyznaczonych do tego miejsc raczej nie można nigdzie biwakować. W Keel znajduje się ogromne pole kempingowo-namiotowe, teraz świecące pustkami ale w turystycznym szczycie pełne. Wedle wszelakich prawideł tam mieliśmy się udać… Jednak to byłoby zbyt łatwe, zbyt ogólnikowe i kłócące się z naszymi założeniami.

Chcieliśmy dzikości, obcowania z naturą tak bardzo jak jest to tylko możliwe ale jednocześnie tak aby było bezpiecznie. Padło na wspomnianą wyżej zatokę w Dooagh i sąsiadujący z nim półwysep. Jest tam plaża, obszerny przy niej parking, na którym się zatrzymaliśmy i zaczęliśmy się pakować. Auto miało zostać tam na noc (pomimo tabliczek informujących, że nocować w tym miejscu nie wolno… :-)) a my chcieliśmy troszeczkę podejść dalej. Zaopatrzeni w namiot, śpiwory, materac, pożywienie i całe potrzebne oprzyrządowanie opuściliśmy parking. Była już mocna szarówka, gdzieniegdzie w domach paliły się już światła, szumiał ocean ale było ciepło. Z daleka tenże półwysep wyglądał na strasznie przyjazny jeśli idzie o równe tereny, o zieloną trawkę i tym podobne rzeczy. Jednak wędrując po nim okazało się, że o równość terenu potrzebną do rozbicia się było dosyć trudno. Otaczało nas mnóstwo kamieni, miejscami było mokrawo, gdzieniegdzie znajdował się torf.

Wymyśliliśmy sobie, że dojdziemy do samego końca, tak aby nikt nas nie widział i nikt nam nie przeszkadzał, jednak ciemności pojawiały się co raz to większe, więc zatrzymaliśmy się mniej więcej w połowie. Rozstawienie naszego namiotowego domku nie nastręczyło nam większych kłopotów, choć było trochę wietrznie. Tuż przed spaniem skonsumowaliśmy po zupce chińskiej, wypiliśmy herbatę i władowaliśmy się do środka. Spało się bez większych wrażeń, choć wiaterek troszeczkę harcował i tłukł się po zewnętrznych ścianach namiotu, nanosząc przy tym fragmenty oceanicznej wody. Byliśmy niezwykle zadowoleni z dwuosobowego materaca, który idealnie nas izolował od ziemi. Świetnie zdał swoją rolę i już wiedzieliśmy, że w przyszłości będzie nam służył.

Widok na Dooagh, Achill Island

Następnego dzionka zbudziliśmy się w okolicach siódmej rano. Pierwsza rzecz, o której pomyślałem to to, jaka aura przywita mnie w momencie wystawienia głowy na zewnątrz? W nocy można było zaobserwować gwiazdy na niebie, tak więc pewne było, że nazajutrz będzie raczej klarownie. I tak też było. Świetną sprawą było wyjście z namiotu i zażycie tej porannej rześkości, poczucie zapachu oceanu i spoglądanie na uroczy krajobraz. Maleńkie Dooagh zdawało się jeszcze nie rozbudzić, tak samo słońce, które z mozołem wspinało się po nieboskłonie i niewinnie oświetlało kłębiące się, różnej wielkości chmury. Barwy na niebie zaczęły się robić przednie: troszkę fioletu, żółć, błękit, róż – przenikały przez siebie i cieszyły oko. Zrobiłem sobie małą przechadzkę po okolicy, pstryknąłem kilka porannych fotek, złożyliśmy namiot i wróciliśmy do auta. Zrealizowaliśmy nasz plan z poprzedniego wieczora i wróciliśmy nad zatokę Ashleam.

Atlantic Drive

Spędziliśmy w małej zatoczce drogowej, na jednej z serpentyn prowadzących do punktu widokowego na Ashleam Bay ponad godzinkę. Zanim rozstawiliśmy statywy, zjedliśmy spóźnione śniadanko w postaci, a jakże, zupek chińskich (marki Vifon). Bardzo fajna sprawa na takiego typu wyjazdy: szybko, sprawnie i całkiem smacznie. Mieliśmy ze sobą małą, jednopalnikową kuchenkę turystyczną; wystarczyło kilka/kilkanaście minut aby zagotować wodę i można było wcinać ,,Złotego Kurczaka” (nasz numer 1). Ale nie dla jedzenia się tam zjawiliśmy. Widok, który zastaliśmy wołał nas aby go uwieczniać. Słoneczko raz po raz się pojawiało i wtedy próbowaliśmy łapać jak najlepsze momenty. Zeszło nam na tym kilka kwadransów, wybraliśmy sobie najlepsze według nas miejscówki i bawiliśmy się w fotografów. Samo miejsce i ten konkretny widok na klify jest znany. W lipcu w jednym ze sklepików turystycznych w Achill Sound kupiliśmy sobie obrazek z identycznym krajobrazem klifów, który wisi sobie dzisiaj na ścianie w salonie.

Uwaga klif!

Wyjechaliśmy stamtąd o 10:45 i podążyliśmy na południe, w dalszym ciągu Atlantic Drive. Naszym celem było opuszczenie Achill przed godziną 12. Mieliśmy godzinkę z hakiem ale też nie było już jakiś konkretnych pomysłów na zatrzymywanie się. Po prostu w chwili, gdyby coś  nam się spodobało, mieliśmy przystanąć i się temu przyjrzeć. I był taki jeden momencik! Atlantic Drive w tej części wyspy jest niezmiernie urocza, piękne urwiska, głazy, skały, górki, zielona trawa, puste i odludne przestrzenie. Postanowiliśmy przystanąć i tymi magicznymi momentami jeszcze się nasycić. Znaleźliśmy pewien znak informacyjny, który nas zainspirował do fajnych i zabawnych fotek i jemu poświęciliśmy nasz czas. Jednak trzeba było przemieszczać się dalej, w związku z tym zameldowaliśmy się na powrót w aucie, objechaliśmy południowy kraniec wyspy i w końcu dotarliśmy do Achill Sound, czyli  miejscowości, od której cała ta przygoda się zaczęła…

Przygoda, która miała trwać dalej, która dopiero się rozkręcała i która naładowała nam nasze podróżnicze baterie do maksimum. Wyspa Achill była świetnym początkiem, dała nam mnóstwo wrażeń, podobała mi się identycznie a może nawet bardziej niż w lipcu. Myślę, że Daniel również był zachwycony, zresztą trudno byłoby przejść obok tej krainy bez emocji i obojętnie, jest to po prostu  niemożliwe. Przejechaliśmy przez most Michaela Davitta, wyjechaliśmy z Achill i skierowaliśmy się na Westport, który miał być naszym kolejnym przystankiem.

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Ciekawa panorama, podoba mi się też Deserted Village okiem Spinnera, grozą bije… Na Atlantic Drive gdzieś w pobliżu tego znaku „caution steep cliff” spadł kiedyś Polak, jest nawet tabliczka, dobrze że tym razem ktoś się znalazł i przytrzymał, bo trzeba by nową postawić… A nocki pozazdrościć 🙂

  • Od znaku ,,Caution Steep Cliff” dzieliło nas parę metrów, więc mieliśmy wszystko pod kontrolą w momencie trzaskania fotek. Z namiotową nocką nic trudnego, można poza wspomnianym do tego miejscem, rozbić się gdzie popadnie. Oczywiście najlepiej w miesiącach wiosenno-letnich, ja przynajmniej, szczególnie rankiem po wyjściu z namiotu czułem się jak nowo narodzony, hehe 🙂 Więc polecam.

  • A ja wczoraj oglądałam fajny i klimatyczny dramat nakręcony właśnie na wyspie Achill, jeśli się nie mylę to między innymi w Dugort 🙂 Nie wiem, jak Ty, ale je uwielbiam oglądać irlandzkie filmy i rozpoznawać miejsca, w których już byłam. Odczuwam wtedy swego rodzaju dumę i zadowolenie, że udało mi się tam dotrzeć i na własne oczy podziwiać ten krajobraz 🙂

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Musze koniecznie wziąć się za przeglądanie irlandzkiej kinematografii. Uprzedzając fakty to będąc w Dingle natrafiliśmy na tabliczkę informującą, że powstał w tym miejscu film: ”Córka Rayana”. Powoli żałuję, że nie wystartowałem w tym Twoim konkursie na temat tego filmu 🙂

    pozdrówka!

  • I słusznie 😉 Trzeba było startować, a nie krygować się 😉

    Jak widziałeś tabliczkę, to musiało być Slea Head 🙂 Piękne miejsce i bardzo ładna plaża – na niej między innymi kręcono pewne sceny. A w Dunquin byliście? Tam też toczyła się akcja filmu.

    Co do irlandzkiej kinematografii, to dla niektórych osób ciągle jest to terra incognita. Irlandzkie filmy nie są zbyt popularne w Polsce. A szkoda, bo wiele z nich to naprawdę ciekawe / poruszające / godne uwagi produkcje.

    Pozdrawiam i lecę, czas się zabierać do pracy 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *