Wrobels

Szaleńcza podróż do Koktebel

 

Półwysep Krymski jest na tyle wielki, że aby się po nim przemieszczać i docierać do jak największej liczby ciekawych miejsc, trzeba korzystać z autobusów i busików. Takie rozwiązania powodują iż należy się liczyć z kilkugodzinnymi przejazdami oraz z wybieraniem różnych połączeń. Nasz plan zakładał, że drugą część wyprawy spędzimy nad Morzem Czarnym i trochę się tam pobyczymy. Na cel obraliśmy sobie okolice miasta Koktebel – ten gwarny kurort służyć nam miał przez dzień, może dwa i potem ostatnie chwile przeznaczymy na Nowy Świat.Noc pod klasztornymi, wykutymi w skale zabudowaniami przeleciała w mgnieniu oka. Nie było chyba dotychczas nocy, podczas której spaliśmy źle i która by nam się w jakiś sposób dłużyła. Wręcz przeciwnie, zawsze bezproblemowo i szybko. Nawet teraz kiedy to podłoże było wybitnie niewygodne, udało nam się zasnąć migusiem. Człowiek wymęczony i napompowany emocjami zamyka oczy błyskawicznie i z drugiej strony wczesne chodzenie spać skutkowało (21-22 siedzieliśmy w namiocie), co tylko potwierdza, że warto nie zarywać nocy. Kamienie w namiocie i nożyk w dłoni na szczęście się nie przydały, kolejny dzionek pojawił się momentalnie i my – dwaj strudzeni wędrowcy, spragnieni odkrywania i poznawania – byliśmy wypoczęci, z doładowanymi bateriami, stanęliśmy przed namiotem racząc się widokami, słoneczkiem, świeżością powietrza, cieniem za plecami i całą tą poranną otoczką. Była 5 rano – najlepszy moment na rozpoczęcie nowego dnia, na przedostanie się z miejsca, w którym się znaleźliśmy (Klasztor Shuldan) na miejsce, w którym znaleźć się chcieliśmy (Koktebel). Jak? Najpewniej autobusami ale nie wiedzieliśmy dokładnie iloma, skąd, ile czasu nam to zajmie i kiedy dotrzemy do celu?

Tuż przed opuszczeniem naszego obozowiska

Tuż przed opuszczeniem naszego obozowiska

Mniej więcej o 5:30 byliśmy już przygotowani do wyjścia, wszystko upchaliśmy do plecaków, uporządkowaliśmy palenisko i ruszyliśmy przed siebie. Studiując wcześniej mapę doszliśmy do wniosku, że aby dostać się do Koktebel, trzeba wpierw znaleźć się w Bałakławie, ewentualnie w Sevastopolu. Z tego, pierwszego co do wielkości miasta Krymu, w naszym mniemaniu połączenie z Koktebel na 100 procent być musiało. W gruzach legł pomysł aby przejechać (brak połączenia) bądź przejść (brak czasu) przez fragment Gór Krymskich i następnie wyjść w Jałcie. Taka opcja, w połączeniu na przykład z wejściem do Bolszoj Kanionu niosła by ze sobą wielką dawkę przygody i pozytywnego zmęczenia, ale niestety nie tym razem. Trzeba było znaleźć inny sposób. Na pierwszy ogień, aby w ogóle cokolwiek myśleć o kontynuacji podróży, poszła wędrówka w dół, do Terniwki. Tam chcieliśmy upolować autobus do wspomnianej Bałakławy lub Sevastopola.

Poranna kąpiel

Poranna toaleta to podstawa :)

Poranna toaleta to podstawa 🙂

Zanim na dobre przełączyliśmy się na tryb maszerowania, postanowiliśmy cofnąć się trochę i skorzystać z dobrodziejstw, znalezionych wczoraj – źródełka i leśnego stawu. Po emocjonującym poprzednim dniu, po długich marszach i wspinaczkach należało się – na ile to będzie tylko możliwe – odświeżyć. Byliśmy spoceni, brudni, osmoleni od ogniskowego dymu a w dodatku przydałaby nam się kolejna dawka świeżej wody, tak więc bez zastanowienia udaliśmy się w stronę leśnej łazienki. Na miejscu wpadliśmy na pomysł, że zrobimy sobie pranie a przy okazji sami się wykąpiemy. Nie było wiadomo kiedy nadarzy się taka okazja, może nie prędko? A jeśli nie prędko, to w perspektywie następnej wyczerpującej podróży, jazdy i wędrowania w palącym słońcu było pewne, że zarówno my czulibyśmy się mocno nie komfortowo ale i ludzie nas spotykający mogliby czuć (zapachowo również) dyskomfort. Nie chcieliśmy do tego dopuścić i wszystko ładnie sobie wypraliśmy, umyliśmy naczynia i w końcu sami władowaliśmy się do stawu. Małe jeziorko w żadnym wypadku nie przypominało jacuzzi: woda była zimna, pływały w niej jakieś różnego rodzaju roślinki, liście, paprochy, było mułowato i daleko do przeźroczystości. Mydełko poszło w ruch, parę zanurzeń i po kilku minutach poczuliśmy się jak nowo narodzeni. W takim momencie zrozumiałem, jak nawet pozornie brudny i trochę zaniedbany stawik może człowieka postawić na nogi. Z całych sił doceniłem możliwość wykąpania się i wcale nie przeszkadzały mi warunki. Na niedzielnym spacerze z rodziną w lesie, z całą pewnością nie zacząłbym się nagle myć w stawie ale to była zupełnie inna sytuacja. Nie można wtedy wybrzydzać i trzeba korzystać ze wszystkiego, z każdej możliwości, którą podrzuci natura. Nie była to wszakże sytuacja z rodzaju życia i śmierci ale bardzo nam pomogła, dodała nowych sił i nastawiła wyjątkowo pozytywnie. Bo nie tylko fizycznie poczuliśmy się dobrze ale również psychicznie i mentalnie dostaliśmy pozytywnego kopa. Z przyrodą należy być za pan brat, powinno się korzystać, nawet w najmniejszej formie, z jej każdego rodzaju dobrodziejstw.

 

Nie jest to jacuzzi ale wtedy ten stawik nas uratował

Nie jest to jacuzzi ale wtedy ten stawik nas uratował

Wyprane ciuchy porozwieszaliśmy na krzakach – część z nich wyschła, reszta wysuszyć się do końca nie zdążyła – i po może 2 godzinkach szliśmy na szlaku. Mocno kamienista droga wiła się ku dołowi, cały czas w lesie, choć już w nie tak bujnym jak wcześniej. Po paru zakrętach i kilkudziesięciu minutach posuwania się do przodu (w coraz mocniej dającym się we znaki słońcu) zostawiliśmy za sobą górę, wychodząc tuż obok jakiś domostw. O, cywilizacja! 🙂 – można by pomyśleć. Jednak nie tak do końca: domy w wersji Krymskiej, czyli raczej nie na bogato, charakteryzowały się tym, że budowano je z żółtych (glinianych? wypalanych?) pustaków. W większości nie miały żadnego tynku, posiadały różnego rodzaju dobudówki a na podwórkach panował delikatny chaos. Ludziom się nie przelewa i starają się wykorzystać wszystko co mają aby ich gniazdka były jak najlepsze. Po chwili dotarliśmy do ulicy, którą widzieliśmy spod Klasztoru i która prowadziła do Terniwki. Maleńka miejscowość miała być dla nas katapultą, mieliśmy poprzez nią się wydostać z Doliny Shulskoy i ogólnie z terenów, na których leżą skalne miasta. Terniwka, podobnie jak Krasnyi Mak emanowała spokojem, takim trochę jakby lenistwem, nie zauważyliśmy praktycznie żadnego pośpiechu. Ot, urok tego typu wiosek.

Terniwka

Ternivka - uśpiona, krymska mieścinka

Ternivka – uśpiona, krymska mieścinka

W centrum, na prowizorycznym ryneczku (no dobrze, lekkie nadużycie, bo żadnego ryneczku nie było :)) stał przystanek autobusowy – czyli nasz główny cel – były stragany warzywno-owocowe, mały sklepik z pieczywem, większy sklep a’la supermarket (zamknięty), szkoła, blok mieszkalny i parę innych budynków. Dzieci, gustownie ubrane w granatowe garniturki i ciemne spódniczki stały pod szkołą z tornistrami na plecach, garstka ludzi czekała na autobus, sprzedawcy czekali aż ktoś kupi ich warzywka i my podążający w stronę betonowego przystanku. Młody Ukrainiec poinformował nas, że za około 20 minut jest autobus do Bałakławy. ,,Świetnie” – pomyśleliśmy. Stamtąd spróbujemy złapać transport w kierunku Koktebel, a jak nic nie będzie to uderzymy do Sevastopola. Jako, że mieliśmy trochę czasu, to należało zaopatrzyć się w jedzonko. Ogólnie przyzwyczajeni do małych porcji żywnościowych, tym razem również nie poszło w wersji full: bochenek chleba i dwa pomidory powinny na jakiś okres wystarczyć. Oczywiście cały czas mieliśmy ze sobą jakieś pokarmowe pozostałości w postaci zbożowo-energetycznych batoników, płatek kukurydzianych, topionych serków do smarowania i cukru, także z głodu na pewno byśmy nie zginęli. Czekając na autobus próbowaliśmy skonsumować zakupione przed momentem mini-śniadanko. Okazało się to nie lada wyczynem, bo wygłodniały, zaniedbany, bezdomny pies też miał ochotę na darmowego kęsa. Nie odstępował nas na krok, od kiedy pojawiliśmy się w miasteczku, uczepił się na dobre i ani myślał odejść. Żadne straszenie i odganianie nie pomagało, uratował nas dopiero autobus, w którym usadowiliśmy się wygodnie, czekając na odjazd. Nawet nie przypuszczaliśmy, że właśnie zaczyna się nasza autobusowa przygoda…

Terniwkę i Bałakławę dzieli mniej więcej 20 kilometrów. Autobus nie śpieszył się zbytnio, jechaliśmy wśród wzgórz, winnic, wszędzie rozsypane były domki jednorodzinne i wydawało mi się, że dobroduszny kierowca wjeżdżał we wszystkie możliwe uliczki i zabierał na swój pokład każdego kto się napatoczy. Takim sposobem z przystanku na przystanek było nas co raz więcej, cały czas siedzieliśmy i pod koniec jazdy (30-40 minut) wielkie plecaki wylądowały na kolanach. Wjechaliśmy na większą i z pewnością ważniejszą trasę – podążało nią mnóstwo pojazdów i okazało się, że jest to ważna droga łącząca wszystkie większe miasta leżące na całym południowym wybrzeżu, zaczynając od Sevastopola na zachodzie a kończąc na Feodozji na wschodzie.

Bałakława

W Bałakławie wysiedliśmy na małym ale gwarnym placu, po którym kręciło się mnóstwo ludzi, jeździły samochody, odjeżdżały marszrutki – panowało takie malutkie zamieszanie. Pod szeregiem sklepów zlokalizowaliśmy miejsce, z którego startują busiki. Tam też podreptaliśmy. Przystanęliśmy na chodniku, ja zostałem przy plecakach a Daniel ruszył na szybkie rozeznanie po okolicy – wersja optymistyczna zakładała, że zaraz usadowimy się w autobusie podążającym do Koktebel; pesymistyczna, że trzeba będzie korzystać z przewózki do największego miasta Półwyspu Krymskiego. Po paru minutach pojawił się Daniel, gdzieś kogoś zapytał i wyszło, że o Koktebel musimy na razie zapomnieć. Na przystanku stała marszrutka, którą mogliśmy ruszyć dalej, do Sevastopola. Była już prawie pełna, jednak dwa miejsca udało się wygospodarować. Wszystko ładnie się pozazębiało, nie straciliśmy dużo czasu, a właściwie poszło bardzo błyskawicznie: Bałakława cieszyła się naszą obecnością zaledwie 30 minut.

Aż żal, że w Balaklavie nie zabawiliśmy na dłużej...

Aż żal, że w Balaklavie nie zabawiliśmy na dłużej… / fot. okryme.com

Marszrutka w porównaniu z autobusami (Bachczysaraj-Krasnyi-Mak i Terniwka-Bałakława) oraz marszrutką (Bachczysaraj), którymi jechaliśmy wcześniej, można powiedzieć, że była nowoczesna. Ciasna ale czysta i wizualnie zadbana. Pierwsza rzecz, jaka rzuciła nam się w oczy to to, że kierowca zabierał tylu pasażerów ile miał miejsc (dotychczas byliśmy świadkami innych zachowań: im więcej ludu = tym lepiej = więcej kasy). Zwracał na to uwagę przed odjazdem i pilnował podczas jazdy. W tak małej przestrzeni plecaki, z którymi podróżowaliśmy nie dodawały komfortu zarówno nam jak i innym podróżnym. Musieliśmy je trzymać przy sobie, co sprawiało, że czuliśmy się jak sardynki w puszcze a w dodatku należało uiścić za nie dodatkową opłatę. Nie przejmowaliśmy się tym jednak, grunt że podążaliśmy dalej przed siebie, realizując plan podróży.

Powiem szczerze, że momentami robiło mi się słabo patrząc jak kierowca naszego mini-busa prowadził swój pojazd. Niczym rajdowiec pokonywał zakręty, wymijał wszystkich na drodze i gnał bez opamiętania przed siebie. Wydawało mi się, że w ogóle nie zwraca uwagi na przepisy, tak jakby miał zawartą jakąś umowę z milicją. Dla miejscowych takie wyścigi to być może normalka – dla mnie wręcz przeciwnie – modliłem się aby bezpiecznie dotrzeć na miejsce. Przed Sevastopolem zrobiło się na drodze ciasno i nawet uczestniczyliśmy w kilkunastominutowym, małym korku. W środku gorąco jak w saunie i tylko spoglądaliśmy na siebie, z wymownymi grymasami na twarzach: ,,Chcemy na powietrze!”. Nasze pragnienia wydostania spełniły się po chwili. Żwawa przejażdżka swój finał miała na obrzeżach miasta.

Sevastopol

Port w Sevastopolu

Port w Sevastopolu

Stanęliśmy. Ludzie z marszrutki gdzieś się porozłazili a my zastanawialiśmy się co robić? Dokąd pójść? Zderzenie z Sevastopolem było dosłowne. Rzuciło nas na głęboką wodę, choć były to zaledwie rogatki miasta. Jednak wystarczyło, żeby zrozumieć, że jest to MIASTO w pełnym znaczeniu tego słowa. Na ulicy, na chodnikach, wszędzie pełno ludzi. Każdy gdzieś szedł, część stała na przystankach, podjeżdżały autobusy, odjeżdżały trolejbusy, jeździły auta osobowe, ciężarówki, pełno marszrutek – chaos totalny! Pierwsze oszołomienie minęło i zaczęliśmy kręcić się po najbliższym otoczeniu. ,,Najważniejsze to dostać się do centrum” – pada komenda. Jednak nie wiadomo było, w którą stronę, z jakiego przystanku i czym? Tuż za główną ulicą znajdował się wielki targ i tam też się skierowaliśmy. Na targowisku gwar, harmider. mnóstwo straganów, multum ludzi. Przeszliśmy się po nim, chcąc coś kupić, ale dokładnie nie wiedząc co. W międzyczasie wymieniliśmy kolejną część eurusów i zdecydowaliśmy się – może inaczej, była to głównie moja zachcianka – na kubeczek malin :-). Tak więc z malinami w jednej ręce, aparatem przytrzymywanym drugą i wielkim plecakiem na plecach, podążałem tuż za Danielem. Przedzieraliśmy się przez tłum ludzi, chcąc wyjść z tego tumultu i obrać jakiś kierunek. Przed samym opuszczeniem placu spytaliśmy się jednego z przechodniów gdzie jest centrum miasta i gdzie możemy znaleźć dworzec autobusowy? On podał nam numer marszrutki, którą można do dworca dojechać. Nagle przypomnieliśmy sobie, że taki właśnie busik stał na przystanku! Zwrot w tył i biegiem (ja z malinkami :-)) z powrotem. Ledwo udało się zdążyć i jako jedni z ostatnich weszliśmy do środka. Plecaki w górę, pod sufit, przeciskanie się małym, środkowym korytarzykiem (współtowarzysze podróży nie wyglądali na wniebowziętych, widząc nas wraz z targanym tobołem) i wreszcie przyklapnięcie na tylnych fotelach. Uff, znowu jedziemy!

Tak jak w poprzedniej marszrutce na trasie Terniwka-Bałakława, tak i teraz, ile było miejsc, tylu ludzi mogło jechać. Od pewnego momentu nasz skład się zapełnił i nie zatrzymywaliśmy się na przystankach. Nie miałem żadnego rozeznania gdzie jedziemy ale musiała to być jedna z głównych arterii, bo ciągnęła się bardzo długo w dół i była dosyć szeroka. Warto zauważyć, że komunikacja miejska bazuje głównie na autobusach (337 tras), trolejbusach (19 tras), minibusach (52 trasy), kutrach (?, 18 tras), promach (2 trasy) i express busach (15 tras). Sevastopol jest wielki (380 tysięcy ludzi), przejeżdżaliśmy zaledwie przez jeden z jego sektorów a i tak trwało to z pół godzinki. W pewnej chwili pojawiła się Zatoka Sevastopolska i ogromny (drugi co do wielkości na Ukrainie, zaraz po Odessie) port, w którym stacjonuje  między innymi rosyjska Flota Czarnomorska (do 2047 roku). Za statkami ciągnęły się pociągi, a na wzgórzach wokoło wyrastała masa niezliczonych domów. Bardzo widowiskowy krajobraz, z malowniczo położoną zatoką, która stanowi charakterystyczny fragment miasta – ciekawe jak ona wygląda nocą przy światłach? Pod koniec staliśmy już z przodu i czekaliśmy na komendę szefa wozu, kiedy wysiąść? Kierowca okazał się uprzejmy i pomocny, podobnie jak kobiety siedzące przy drzwiach. Każdy chórem zaczął informować w momencie podjechania pod dworzec, my wysiedliśmy a oni pojechali dalej.

Wchodzimy do hali dworcowej; pomieszczenie spore, choć nie jakieś przesadnie wielkie, z dużą ilością światła, z kilkoma okienkami biletowymi oraz ławkami. Od razu przystępujemy do działania. Dworzec autobusowy był najlepszym miejscem na wydostanie się z miasta, do tego momentu, pomimo że trochę na wariata, udawało nam się przedostawać z miejsca na miejsce w miarę bezboleśnie. Szczytem pomyślności byłoby, gdybyśmy w Sevastopolu zakupili bilety bezpośrednio do Koktebel. Niestety, taki wariant nie istniał – można by było do Sudaka, który także był jedną z naszych opcji. Jeśli to by się udało, byłoby świetnie, spędzilibyśmy tam noc i następnego dnia moglibyśmy ruszać dalej. W chwili gdy Sudak również odpada, zdajemy sobie sprawę, że czeka nas więcej kombinowania. Nauczeni doświadczeniem nie załamaliśmy rąk i wymyśliliśmy, że udamy się do Jałty i tam będziemy myśleć co dalej. Jedno było pewne, nie mieliśmy zamiaru zostawać w Sevastopolu, chcieliśmy się z tego wielkomiejskiego gwaru, jak najszybciej to tylko będzie możliwe, wyrwać. Nie żebyśmy to miasto całkowicie przekreślili, że nam się nie podoba i nas odpycha – było pewne, że można w nim znaleźć kupę interesujących pozycji, po prostu nie założyliśmy sobie, że spędzimy tu więcej czasu. W ogóle nie planowaliśmy wizyty w Sevastopolu, ona przyszła dość przypadkowo.

A więc z bilecikami w dłoniach zapakowaliśmy się do autobusu relacji dalekobieżnej i wyczekiwaliśmy odjazdu. Do Jałty z Sevastopola jest 83 kilometry – mamy co najmniej 1,5 godziny spokoju. Przyda się, wrażeń od 5 rano aż nadto! 😉

   

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Takie posty – z roznegliżowanymi, apetycznymi facetami – to ja lubię! 😉

    Maliny mnie rozczuliły! 🙂 Nagroda w ich postaci zdecydowanie Ci się należała. Smaczne były?

  • Uważaj, żeby Twój Połówek tego nie czytał 🙂 Och malinki… Miałem ochotę coś wtedy przekąsić ale nie wiedziałem co? Padło na te maliny, które były pyszne, lecz komfortu w ich degustowaniu nie uświadczyłem.

  • Wow! Jakże długa relacja! Tak się zastanawiam-ta wyprawa chyba dość dawno była. Masz ją gdzieś spisaną czy tak wszystko dobrze pamiętasz? Fajne te zdjęcia z toalety w stawie. Wam, facetom łatwiej w tych kwestiach. Czytając Cię zaczęłam się zastanawiać jak sobie radzą wspinacze na jakichś 7, 8 tysiącach;)Maliny musiały bardzo smakować, prawda? W podróży wszystko bardziej smakuje, szczególnie jak się ogranicza rarytasy do minimum i dzieli nimi z innymi stworzeniami. Podziwiam. Taka wyprawa to jest COŚ! Pozdrawiam:)

  • Witaj Rose!
    Masz rację, byliśmy tam we wrześniu 2011 roku, czyli dość dawno. Część tekstów pisałem już jakiś czas temu, z 2-3 zostały mi jeszcze do zrobienia (tak aby ładnie wszystko dopiąć). Trochę zapewne już się z głowy ulotniło, ale ogólnie nie mam problemów z pisaniem 🙂 Wspinacze na dużych wysokościach takie na przykład siusiu robią do butelek a z myciem to chyba jakimiś chusteczkami (przynajmniej na tych na prawdę dużych wysokościach, bo w bazach poniżej są zapewne troszeczkę lepsze warunki sanitarne). W naszej podróży wszystko mi smakowało, i malinki (które pochłaniałem w biegu), i śledziki z suchym chlebem, i płatki kukurydziane na mleku w proszku (gotowane na ognisku), i chlebek z ziarnkami słonecznika i dyni, a także pyszna z ogniska jajecznica oraz mnóstwo wina, którym co jakiś czas się raczyliśmy :). Jedliśmy skromnie ale byliśmy szczęśliwi, chociaż skłamałbym gdybym w tamtych momentach nie marzył o zwykłej pomidorowej, rosole czy krupniku… Wówczas tego typu zupy wydawały mi się daniami królewskimi 🙂 Czasem przydaje się takie poobcowanie z naturą, nabiera się wtedy dystansu i docenia rzeczy, które mamy na co dzień.
    pozdrawiam ciepło! 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *