Wrobels

W poszukiwaniu EskiKermen – skalnego miasta-twierdzy

Po dniu i dwóch nocach spędzonych w Bakczysaraju musieliśmy ruszać dalej. Celem: kolejne skalne miasto, lecz aby się do niego dostać trzeba było się troszeczkę nagimnastykować. Na horyzoncie pojawiła się podróż, której się spodziewałem przed wyjazdem na Krym: nacechowana zmęczeniem, potem i pragnieniem. Z całym naszym tobołem na plecach, z mapą w ręku i przy pomocy siły fizycznej należało się przedostać do EskiKermen. Czekał nas męczący dzionek…Podczas podróży, żeby zrealizować wszystkie plany (o ile w ogóle da się to zrobić, biorąc pod uwagę ciągłą ich zmianę) koniecznie musisz budzić się jak najwcześniej jest to tylko możliwe. Na początku września rejony Krymu z nocą witają się o 20, tak więc po tej godzinie z reguły kończyliśmy jakiekolwiek wędrówki i lądowaliśmy w namiocie bądź przy ognisku. Wróćmy jednak do naszej kwatery i ciekawej sytuacji, której byliśmy świadkiem.

Poprzedniego dnia, gdy wędrowaliśmy do sklepu, zauważyliśmy na drodze motory. Wielkie, czarne motocykle, z polskimi flagami łopoczącymi na wietrze pojechały w stronę supermarketu. Pomyśleliśmy, że fajnie spotkać rodaków, którzy wybrali się w tak daleką podróż na dwóch kółkach. Następnie, będąc już przy Pałacu Chana znów usłyszeliśmy ten charakterystyczny turkot silnika i jeden z motorów mignął nam w wąskiej uliczce, chowając się gdzieś za budynkami. Weszliśmy na górę, otworzyliśmy metalowe drzwi naszej posesji, patrzymy: a cała motorowa ekipa gości się u pani Ziny! Okazało się, że również i ich udało się jej ściągnąć z ulicy, tak więc ostatnią noc mieliśmy tłoczną: nas dwoje w namiocie na podwórku, dwie rosyjskie turystki w domu a w przydomowej altance sześć nowych osób z Polski. Pani Zina musiała być zadowolona z niespodziewanego przypływu gotówki, która z całą pewnością pomogła jej w codziennej prozie życia.

Tent in private ground

Tuż przed opuszczeniem naszej kwatery w Bakczysaraju

W dniu odmeldowania się z kwatery zbudziliśmy się parę minut po 4. Wszyscy jeszcze spali, więc spokojnie pozbieraliśmy wszystko co nasze, złożyliśmy namiot i pożegnaliśmy się z panią Ziną, obiecując jej, że w miarę naszych możliwości rozreklamujemy jej przybytek. Na mapie zlokalizowaliśmy skalne miasto i doszliśmy do wniosku, że trzeba jakoś dojechać do Krasnyj-Maku.

Wyjeżdżamy z Bakczysaraju

Nie było na co czekać, toteż założyliśmy na plecy ciężkie plecaki i wystartowaliśmy. Zeszliśmy na dół i po kilku minutach staliśmy na przystanku naprzeciw Pałacu Chana. Planowaliśmy pójść pieszo ale podjechał autobusik jadący w kierunku dworca kolejowego, więc skorzystaliśmy z podwózki (w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo kierowca nie wziął od nas żadnej kasy za przejazd) i w parę minut byliśmy na dworcu. Co chwilę odjeżdżały stamtąd marszrutki do różnych miejscowości ale z nazwą naszej, nie pojawiała się żadna. Trzeba było się kogoś poradzić: podszedłem do jednej, która właśnie się pojawiła i pokazałem kierowcy na mapie gdzie chcemy jechać i czy możemy z nim? On, że oki, że nas weźmie. Szybka akcja i jechaliśmy w pełnym ludzi mini-busiku, z wielkimi plecakami, na stojąco, gdzieś w nieznane. Jazda nie trwała długo, choć niektóre pasażerki zdążyły się na nas zniesmaczyć podczas wysiadania i przeciskania się przez turystyczne plecory. Za kilkukilometrową trasę z dworca kolejowego do dworca autobusowego zapłaciliśmy 7 HRY. Najlepsze jest to, że pierwszy busik, którym tego dnia jechaliśmy, najprawdopodobniej również zawiózłby nas w to samo miejsce… Weszliśmy do głównej hali dworcowej i dowiedzieliśmy się, że autobus do Krasnyj-Maku jedzie ale trzeba kilkadziesiąt minut poczekać. W porządku, zaczekamy, nie ma problemu – najważniejsze, że w końcu wydostaniemy się z Bakczysaraju i będziemy kontynuować podróż.

Dworzec nie zionął nowoczesnością, hala jeszcze jako tako, ale już na zewnątrz wyglądało to gorzej. Autobus zjawił się o czasie, ludzie się załadowali i pojechaliśmy. Usiedliśmy tuż za kierowcą, tyłem do kierunku jazdy – w ogóle to dziwna sprawa, bo o ile siedzenia w środkowej i tylnej części wozu ułożono normalnie, to rząd siedzeń, na których ugrzęźliśmy my składał się z szeregu bodajże z 6 lub 7. Z boku, od strony przedniego wejścia też były fotele, obok kierowcy również – według mnie rozplanowanie takie trochę bez głowy, no ale potraktowałem to jako nowość i ukraińską ciekawostkę. Jechaliśmy z 30 minut, głównie wśród łąk i pól, cały czas ktoś wsiadał i wysiadał, tak że mieliśmy na pokładzie komplet. Dopiero jak dojeżdżaliśmy do celu, trochę się przerzedziło.

EskiKermen było żelaznym punktem, który bez względu na wszystko, mieliśmy zamiar zrealizować. Nie mniej jednak kotłowało się w naszych głowach od pomysłów gdzie jechać cały czas, a to, że znaleźliśmy się akurat w Krasnym-Maku, było częścią tych przemyśleń. Być może potoczyłoby się to innym torem, gdyby udało się znaleźć połączenie z Sokolinoye, bo ogromną ochotę mieliśmy na Bolszoj Kanion, a właśnie stamtąd można było się do tego wąwozu dostać. Chcieliśmy kilkukilometrowy kanion przejść i w nim przenocować, chcieliśmy także odwiedzić Mangup-Kale, kolejne skalne miasto – cały czas główkowaliśmy, nad najlepszą opcją. Na mapie wyglądało to, że uda się ogarnąć wszystkie te pozycje, ale rzeczywistość zweryfikowała wszystko. Zdecydowaliśmy się w pierwszej kolejności na EskiKermen, później jeśli czas pozwoli, to może i Mangup-Kale uda się odwiedzić, ale już Bolszoj-Kanion został niestety odstrzelony.

W Krasnyj-Maku

Pierwszą rzeczą w Krasnyj-Maku, którą zrobiliśmy to było zaopatrzenie się w wodę. Sprawa wagi państwowej przed zbliżającym się marszem po bezdrożach i w towarzystwie lejącego się z nieba słońca. Chyba pierwszy raz wypiłem na raz prawie 2 litry wody – było to jak najbardziej wskazane, bo nie dość, że okropnie byłem spragniony, to jeszcze trzeba było się dobrze nawodnić. Wypiliśmy, wzięliśmy również wodę ze sobą, spytaliśmy się miejscowych pijaczków o drogę (jeden z nich opowiadał z przejęciem, że służył w wojsku na Węgrzech) i pomału poszliśmy w wyznaczonym wcześniej kierunku.

Krasnyj Mak / fot. Дмитрий Cкляренко

Krasnyj Mak / fot. Дмитрий Cкляренко

W miasteczku poranne życie płynęło bardzo spokojnie. Ktoś szedł do sklepu, gdzieś przejechało auto, na szkolnym boisku dzieci miały lekcję WF-u a na wszystko spoglądał dumny pomnik Włodzimierza Lenina. Droga, po której kroczyliśmy, w momencie wyjścia poza miasto, z asfaltowej zmieniła się w ziemną. Po prawej stronie towarzyszyła nam strome skały, po lewej pojawił się las, było gorąco i strasznie sucho. Szliśmy dziarsko, choć nie powiem, ciężar na plecach dawał się trochę we znaki, ale nie było miejsca na narzekanie, trzeba było kontynuować wędrówkę bez względu na wszystko.

Mozolna wędrówka w kierunku EskiKermen

Po połknięciu paru kilometrów krajobraz troszeczkę się zmienił, pojawiło się o wiele więcej pustych przestrzeni i spalonych od słońca brązowych traw. W pewnej chwili zwróciliśmy uwagę na coś jeszcze. Co prawda od dłuższego czasu słyszeliśmy bezustanny śpiew koników polnych ale nie zdawaliśmy sobie sprawy z ilości tych koników. Dopiero wejście na łąkę uzmysłowiło nam, że musi ich być miliony! Poważnie, jeszcze nigdy w życiu nie widziałem takiej masy pasikoników nagromadzonej w jednym miejscu. Dosłownie wylewały się z trawy, w momencie  zrobienia kroku, wyskakiwało w górę co najmniej kilka. A przy tym niektóre były przerośnięte do granic możliwości, po prostu ogromne. Gdyby ktoś zdecydowałby się je wszystkie łapać, to przypuszczam, że tir by ich nie pomieścił. Śmialiśmy się, że Bear Grylls byłby  wniebowzięty. 🙂 Oprócz szarańczaków udało nam się zobaczyć (pierwszy raz widziałem na żywo) modliszki, bardzo ładne, niespotykane o brązowej barwie. Podczas robienia zdjęcia, spoglądała na nas ciekawskim okiem i pewnie się zastanawiała co to za kosmici próbują zakłócić jej spokój.

O tym, że dobrze idziemy powiadomił nas, mocno zdezelowany, żółty-czerwony znak  z napisem – ,,эски кермен”.  Z mapy wiadomo było, że mamy już ponad połowę drogi za nami a to już był dobry znak. Jak to ze mną bywa, w pewnej chwili odezwał się głód. Trochę od rana przeszliśmy i trzeba było skonsumować jakieś śniadanko. Przycupnęliśmy obok drogi i zaczęliśmy się delektować koreczkami śledziowymi w oleju 🙂 i chlebkiem. Do uczty daleko ale najważniejsze, że coś do brzucha wpadło. W takich chwilach cieszyłem się ze zwykłych kromeczek, z wody, z czegokolwiek co mogło mnie wzmocnić i dodać mi sił. Po mniej więcej 5 kilometrach od przystanku autobusowego w Krasnym-Maku, w którym rozpoczęliśmy marsz udało się dotrzeć na mały parking. Stał tam koleś, był również mały stragan i parę samochodów. Cel osiągnięty – znaleźliśmy się u stóp góry stołowej, na której wznosiło się EskiKermen…

 

   

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • Jak pamięć jest ulotna. Zaledwie 2 lata, a ja już widzę – jak wiele szczegółów wyparowało. Dziennik pokładowy to podstawa. Tak sobie myślę, bez fotek i notatek – z wyprawy pozostają tylko ogólne wrażenia. Czekam na Eski-Kermen.

  • 100% racji, że bez fotek mogłoby być trudno odtworzyć sobie przebieg danej wyprawy. Mi one bardzo pomagają w tworzeniu relacji, bardzo często właśnie na nich się posiłkuję i to one pozwalają odtworzyć w głowie relację oraz poszczególne etapy. A notatki swoją drogą, choć jak zapewne wiesz, nie zawsze jest na nie miejsce i czas 🙂 Myślę, że na przykład jakieś notatki głosowe może albo krótkie filmiki dokumentujące i opisujące dany dzień. Z tymi filmami to do dziś żałuję, że nie udało się ich nakręcić więcej – szczególnie z pierwszej części wyjazdu…

  • Podczas podróży, żeby zrealizować wszystkie plany (o ile w ogóle da się to zrobić, biorąc pod uwagę ciągłą ich zmianę) koniecznie musisz budzić się jak najwcześniej jest to tylko możliwe…
    dobrze powiedziane.
    A te pasikoniki, ze ich dużo, to pewnie ulubione jedzenie na miejscu 🙂 a jakie tam były ptaki?
    Fantastyczne przesycenie kolorów. Van Gogh byłby jak w domu
    Czekam na dalsza opowieść

  • Tak jak pisałem w tekście taki Bear Grylls czy inny survivalowiec byłby zapewne szczęśliwy widząc na swojej drodze taką ilość pasikoników. Kolejna opowieść już jutro, ewentualnie w niedzielę 🙂

    pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *