Wrobels

Wędkowanie w Oceanie

Lubicie ryby? Chyba każdy lubi. Lubicie je łowić? Większość pewnie woli pójść do sklepu. Ja nie jestem zapalonym wędkarzem, nawet nie jestem wędkarzem od święta, w ogóle nie połknąłem tego bakcyla ale po części stałem się troszkę rybakiem. Od połowów oceanicznych…Przedstawię Wam tutaj nasze 3 wyprawy nad Ocean, napiszę gdzie byliśmy, jak szukaliśmy najlepszego kutra, na kogo trafiliśmy i jak wyglądały same połowy.

Pomysł na tego typu wyjazd chcieliśmy zrealizować od dawna. W Irlandii wędkowanie w oceanie lub w morzu jest łatwo dostępne. Wystarczy spojrzeć na mapę i zobaczyć, że Irlandia jest wyspą i dookoła otaczają ją wody. Praktycznie wszędzie, w każdym mieście mającym dostęp do wielkiej wody można znaleźć kogoś, kto zabierze Was na połowy. My mieszkamy w Longford także zależało nam aby pojechać gdzieś w miarę blisko. Najbliżej jest od nas do Sligo – około 90 kilometrów – tak więc w tym rejonie postanowiliśmy szukać i coś wybrać. Najłatwiej w Internecie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce: ,,Fishing in Ireland” bądź ,,Oceanic fishing Ireland”, nie ważne co, fraza powinna jednak posiadać słowa związane z łowieniem, z morzem lub oceanem i Irlandią. Od razu wyskakuje nam lista, z której bez problemu można coś wybrać. Ja trafiłem na stronę www.fishinginireland.info (pierwsza w wyszukiwarce). Zawierała ona rodzaj połowów (połowy morskie, szczupaków, łososi, pstrągi) – wybraliśmy pozycję pierwszą i po chwili, w lewym rogu pojawia się kolorowa mapka Irlandii podzielona na regiony. Klikamy na region północno-zachodni, w którym mamy do wyboru:

  • Zatoka Clew (Newport, Westport),
  •  Wyspa Achill, Półwysep Bellmulet i Killala
  •  Zatoka Sligo, Zatoka Donegal i Killybegs.

Chcieliśmy obszar w Sligo, więc szukamy w pozycji numer 3. Wyskakuje nam lista zawierająca  adresy internetowe, numery telefonów i podstawowe informacje rybaków, którzy oferują swoje usługi związane z łowieniem ryb. Po przeglądnięciu paru pozycji na dłużej zatrzymaliśmy się przy Sea Star – www.sligoboatcharters.com – co z perspektywy czasu okazało się strzałem w dziesiątkę.

Sea Angling Sligo

Strona internetowa przejrzysta, sporo informacji, mnóstwo zdjęć, rodzaje połowów, wycieczek, cennik. Dla nas liczyły się dwie rzeczy: aby były ryby, najlepiej dużo (to było takie nasze marzenie, którego się trzymaliśmy i które nas wabiło na ten kuter…) i żeby nie było jakoś mega drogo. Niestety (albo może stety patrząc w przyszłość) ekipa troszeczkę nam się wykruszyła – zostaliśmy we czterech – także założyliśmy sobie, że jedziemy łowić tylko na 4 godziny. Cena: 250 euro. Po skontaktowaniu się z szyprem kutra, niejakim Darylem, i dogadaniu terminu czekaliśmy na wyjazd bardzo niecierpliwie i ze sporym entuzjazmem. Jedyne co mogło nam popsuć zabawę to była nieprzewidywalna pogoda, na szczęście Neptun miał nas w swojej opiece i trzymał całą aurę w ryzach.

O dziewiątej rano staliśmy już w Rosses Point. Stamtąd, w małym porcie wyruszają kutry i łodzie w kierunku Zatoki Sligo i Donegalskiej. Tam właśnie umówiliśmy się z Darylem. Przyjechał parę minut po nas, wszyscy się przywitaliśmy i pomaszerowaliśmy w stronę naszej łajby. Kuter nie był jakoś przeraźliwie wielki, ani za mały, taki w sam raz. Maksymalna ilość osób, którą zabierał na pokład to było 10 (oficjalnie licencje miał na 12). Wędki i cały wędkarski sprzęt czekał już na pokładzie. Władowaliśmy się sprawnie, zeszliśmy drabinką, przeszliśmy przez pokład innej łodzi i po chwili staliśmy na delikatnie bujającym się, niebiesko-białym Sea Star. Pogoda choć trochę zachmurzona, to stabilna – nie zapowiadało się na jej nagłe załamanie, chociaż oczywiście na morzu/oceanie niczego w tej kwestii wykluczyć nie można. Po paru minutach płynęliśmy.

Mewa – wierny druch każdych połowów

Każdy z naszej czwórki wziął sobie wędzisko, zaznajomiliśmy się z Darylem, z kutrem i wybraliśmy miejsca na łodzi, skąd będziemy łowić. Kuter jak wspomniałem mógł zabrać 10/12 osób. Pokład był na powietrzu, mała kabina składała się z miejsca, w którym szyper miał całe centrum dowodzenia i kolejnego pomieszczenia, od strony dziobu, gdzie można było usiąść/położyć się bądź skorzystać z toalety. Pozanosiliśmy tam rzeczy, z których korzystać nie zamierzaliśmy i sami usadowiliśmy się na górze, podziwiając widoki i czekając na moment wpłynięcia na pierwsze łowisko. Kuter rybacki demonem szybkości nie był, bardzo spokojnie, przy ciągłym dźwięku pracującego silnika pokonywaliśmy kolejne metry. Najpierw minęliśmy latarnie morską, następnie wzdłuż jednego z brzegów i obok maleńkich, skalistych wysepek dostaliśmy się na wody głębsze i oddalone od naszego portu macierzystego o co najmniej 15 kilometrów. Na pierwszym łowisku zameldowaliśmy się jakiś 45 minut od momentu startu.

Wędziska w dłoń!

Na jakiej zasadzie odbywa się takie oceaniczne łowienie? Na pewno wygląda to trochę inaczej aniżeli normalnie ale nie jest to na tyle skomplikowane, że nie do połapania. Skoro ja się nauczyłem, a zauważyć trzeba, że był to mój praktycznie debiut jakiegokolwiek łowienia, to z pewnością poradziłby sobie każdy. A więc mamy wędkę, kołowrotek, żyłkę i na jej końcu trzy haki oraz jakieś sztuczne muchy/robaki/błyszczyki + ołowiany ciężarek. Nie ma żadnego dalekiego rzucania, tylko puszczamy w głębiny haczyki z przynętami, regulując palcem żyłkę na kołowrotku a następnie, cyklicznie wciągamy wszystko na powierzchnię, charakterystycznie zarzucając do góry wędką. Gdy jakaś ryba się złapie od razu to poczujemy, jest takie delikatne drganie – wtedy szybko kręci się kołowrotkiem i wyciąga całość do góry. Jak jest ryba to fajnie, ściągamy ją i powtarzamy wszystko od początku – jak ryby nie ma – to też powtarzamy. Zero jakiegoś większego skomplikowania, łatwo wchodzi w krew i po godzinie łowi się już jak stary, zaprawiony w bojach rybak 🙂

Moje pierwsze w życiu ryby!

Najlepsza zabawa rozpoczyna się w momencie gdy rybki chętnie łapią się na nasze haczyki. Jeśli akurat natrafiamy na ławicę to co chwila ktoś wyciąga zdobycz. Czasem nawet po 3 ryby na raz i to pozaczepiane o grzbiety lub ogony! Uczucie piękne gdy wyczuwamy to charakterystyczne podrygiwanie… I ta myśl: ,,Ciekawe co się złapało? Czy coś wielkiego?” Nie muszę mówić, że każdy marzy o zdobyczy ogromnej, o morskim potworze, który ważyłby kilkanaście bądź kilkadziesiąt kilogramów. Tak cudownie jednak z reguły nie ma i trzeba się zadowolić o wiele skromniejszymi sztukami. Jednak najważniejsze było, że w ogóle coś łapiemy. Rzecz jasna oczekiwaliśmy obfitych połowów, w końcu byliśmy w królestwie ryb, w miejscu, w którym są ich miliony, z człowiekiem zajmującym się połowami profesjonalnie. To wszystko powiązane do kupy miało nam zagwarantować dobre łowy. I tak też w rzeczywistości było. Nasza pokładowa, plastikowa skrzynia zapełniała się w zastraszającym tempie, cieszyliśmy się jak dzieci w momencie wyciągania kolejnych ryb. Były to głównie makrele, mintaje, dorsze, kolenie ale udało się wyciągnąć również czerwonego kurka.

Szło nam w pewnej chwili tak dobrze, że spontaniczną decyzją postanawiamy przedłużyć ten cudowny czas z połowy na cały dzień. Nie dbaliśmy o koszta, liczyła się świetna zabawa. Gdy oznajmiliśmy naszą decyzję Darylowi, ten oczywiście się ucieszył i zabrał nas na następne łowiska. My byliśmy nie mniej szczęśliwi – zadowoleni, że tak dobrze nam idzie i uradowani w duchu, że zdecydowaliśmy się na ten wyjazd. Trzeba tutaj zaznaczyć, że szyper kutra (nasz rzecz jasna również) pomaga we wszystkim. Uczy jak łowić, potem ściąga z haków ryby, zakłada przynęty, nowe błyszczki, muchy i inne. Służy pomocą jeśli zaplącze się na kołowrotku żyłka, zakłada nową w momencie zerwania starej o jakieś oceaniczne skały – generalnie dba o to aby każdemu łowiło się jak najbardziej komfortowo. W myśl zasady: ,,Klient nasz pan”.

Z czerwonym kurkiem

Z czerwonym kurkiem

Jeszcze przed wyjazdem zastanawialiśmy się czy ocean będzie spokojny, czy fale będą duże i jak bardzo będzie bujało? Wiadomo, zaprawionego wilka morskiego nie jest to żaden problem, ale dla takich szczurów lądowych jak my, nie koniecznie. Sztormu co prawda nie było ale chwilami falę w stronę lądu szły żwawe i tylko unosiliśmy się w górę i w dół. Czy pojawiła się w związku z tym słynna choroba morska? U mnie na szczęście nie… 🙂

Na początku łowiliśmy na wodach w okolicach wyspy Inishmurray, później przenieśliśmy się na zachód Sligo Bay, bardziej w stronę Inishcrone i Killali. Rozciągał się z tych wszystkich miejsc świetny widok na dumnie stojącego Benbulbena, można było odnaleźć ogromne urwiska Slieve League, trochę bliżej, tuż za plażą w Strandhill spoglądaliśmy na Knocknaree, która wieńczyła się pokaźnym kopcem Królowej Medb. Zachmurzone, lecz na szczęście nie rozpłakane niebo dodawało krajobrazowi grozy, posępności, dramatyzmu…

Nawet nie wiadomo kiedy nasz czas się skończył. Połowy okazały się nad wyraz obfite, zapełniliśmy całą skrzynię i sporych rozmiarów wiadro. Spokojnie wyciągnęliśmy z wody 60 kg ryb. Około godziny 17 płynęliśmy z powrotem do portu w Rosses Point. Nasze pierwsze w życiu wędkowanie w oceanie udało się w pełnym znaczeniu tego słowa. Chociaż trochę mogliśmy liznąć rybołówstwa oceanicznego, poczuć ten specyficzny klimat, tę niepowtarzalną woń wody, ryb, wiatru i usłyszeć skrzeczące, wiecznie nienażarte mewy, które towarzyszyły nam przez niemal cały czas rejsu.

Poławiacze :)

Poławiacze 🙂

Na koniec chciałbym podzielić się uwagami i wskazówkami, które mogą przydać się w planowaniu takiej eskapady:

  • -warto zażyć przed wejściem na kuter jakiejś tabletki typu aviomarin,
  • trzeba ubrać się w ubranie przeciwdeszczowe/przeciwwietrzne, mieć kaptur lub czapkę. Bezwzględnie przyda się obuwie nieprzepuszczające wody (np. gumowce, buty turystyczne itp.),
  •  przyda się jedzonko, w postaci na przykład kanapek – chyba, że przytrafi się choroba morska – to wtedy jedzenie wydaje się ostatnią rzeczą, o której byśmy pomyśleli,
  • wracając z połowów do portu warto od razu wypatroszyć ryby. I tak płynie się prawie godzinę, więc o wiele wygodniej zająć się tym na pokładzie kutra aniżeli w domu,
  • można łowić własnym sprzętem, wówczas odpada dodatkowa opłata (€10) za wypożyczenie wędek,
  • jest możliwość łowienia rekinów, tylko trzeba pamiętać, że nie wolno zabierać ich ze sobą tylko trzeba wpuścić z powrotem do wody

Żeby nie było aż tak cukierkowo, przytoczę pokrótce nasze dwie pozostałe wyprawy kutrowe. Naładowani bardzo pozytywnie pierwszym wyjazdem, po jakimś czasie postanowiliśmy powtórzyć łowienie. Też z Darylem, też na cały dzień – wszystko bardzo podobnie w kwestii technicznej, czyli pomoc szypra, sposób łowienia itd. – ale… No właśnie, jak to bywa przy połowach, czasami ryba bierze, czasami nie. Tym razem brała słabiej. Również pojawiały się ławice (być może było ich rzeczywiście mniej), również wpływaliśmy na te same łowiska, lecz wyciągnęliśmy znacznie mniej ryb. Trzeba jednak zaznaczyć, że właściciel Sea Star poszedł nam na rękę i zapłaciliśmy mniej niż mieliśmy zapłacić (cena początkowa za cały dzień to €380 + €10 od każdej wędki).

Trzeci wyjazd odbył się pod koniec października. Byliśmy ostatnią ekipą, którą Daryl w tamtym roku (2011) zabierał. I w porównaniu do dwóch wcześniejszych wyjazdów (po 4 osoby) byliśmy zespołem niezwykle licznym (7 osób). Co mogę napisać o tej wycieczce? Ryb tyle co kot napłakał, troszeczkę na kutrze za ciasno i od połowy imprezy nieustający deszcz. Indywidualnie dla mnie także wyjazd średnio udany, tym razem dopadło mnie i parę razy musiałem wystawiać głowę za burtę… Pod koniec dałem sobie spokój z łowieniem, schowałem się pod pokładem i oczekiwałem zejścia na ląd. I znów udało się z finansami, bo zapłaciliśmy ponad połowę mniej – czyli jedyny pozytyw tego jakby nie patrzeć, mało udanego wyjazdu.

Sprzęt gotowy do pracy

Biorąc jednak pod uwagę całość, wszystkie te rybackie wypłynięcia w ocean, ja osobiście jestem zadowolony. Bywało różnie ale generalnie zaliczyć trzeba to nowe doświadczenie na plus. Oczywiście najwięcej emocji mieliśmy za pierwszym razem, nie tylko przez obfitość połowów, ale przez tą całą kutrową atmosferę. Polecam każdemu. A radość w momencie wyciągania ryby (albo i 3 na raz!) z wody – jedyna w swoim rodzaju. Emocje gwarantowane! 😉

O autorze Pokaż wszystkie posty Autor Strony

Cwirek

KomentarzyNapisz Komentarz

  • eh, zazdraszczam… Spining mój leży w szafie od 2-3 lat nieużywany kompletnie. chyba czas żyłkę przewinąć 😉 Wczesniej 3 inne wywiozłem do Polski, nie wiem po co? Jeszcze nie na dodtek aerlingus wykasował za nietypowy bagaż, br…. Chyba sie końcu wybiorę w tym roku, ale na połowy z brzegu.

  • Mnie jak mówiłem łowienie ryb, takie normalne na rzece czy jeziorze, praktycznie w ogóle nie porwało. Trochę dziwne, bo odkąd pamiętam zawsze w rodzinie u mnie łowiono, teraz również się łowi ale ja jakoś bakcyla nie połknąłem. A kuter, szczególnie jak rybka chce brać, to świetna przygoda, na pewno warto kiedyś się na takie coś skusić. Jeśli już nie patrzeć tylko na ryby, to dla samego popłynięcia i zażycia oceanu. Oczywiście może pojawić się choroba morska, niemniej jednak i tak polecam 😉

  • Dla samej przygody brzmi cudnie ale dla choroby morskiej i roboty patroszenia 60 kg ryb (no niech i będzie te 15kg na łebka) to już nie brzmi tak różowo 🙂

  • PIOTRZE, biedne nie biedne ale trzeba było im jakiejś rozrywki dostarczyć bo by się zanudziły tak pływając w tych głębinach bez celu 🙂
    KASIU masz rację, dolegliwości zdrowotne nie są najprzyjemniejsze ale nie jest powiedziane, że przytrafią się każdemu 😉 A rybki patroszyć trzeba jeszcze na kutrze, za jednym zamachem bo potem nie jest już tak fajne, jak się to robi w domu. My za pierwszym razem zrobiliśmy błąd i babraliśmy się z tymi rybami w domu, na podwórku, przy nieustającym deszczu… Za drugim razem już tego błędu nie popełniliśmy.

  • Biedne nie biedne, ale grunt aby na talerzu wyglądały jak trzeba 🙂 Szczerze mówiąc ich los nie obchodzi mnie za bardzo, tylko zaznaczyć chciałem, że wędkowanie też mnie nie rusza 🙂

  • Na razie nic w planach konkretnego nie ma, ale jakby się coś pojawiło, to naturalnie, będę miał Cię na uwadze 😉
    Pozdrawiam! (i witam na blogu) 🙂

  • Wędkowanie w Oceanie to jedna z moich pozycji na liście rzeczy do zrobienia 😀 To musi być fajna sprawa, zupełnie inne przeżycie niż wędkowanie w spokojnych Polskich rzekach 😀 Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Dokładnie, wędkuje się zupełnie inaczej. I chyba, nie dla każdego taka rozrywka, bo jak wiadomo na wielkiej wodzie czasami bardzo kołysze i ktoś kto ma z tym problem, mógłby trochę pocierpieć na kutrze. 🙂 Ale pomijając kołysanie, które oczywiście wcale problemem być nie musi, jest ogromna frajda z samego łowienia. A jak się trafi dobry połów to już w ogóle bajka. Osobiście cieszyłem się jak dziecko podczas jednego (pierwszego) z naszych połowów 🙂

    pozdrowionka!

  • Super sprawa,jak ja bym chcial jechac na taka wyprawe wedkarska,jestem amatorem spiningu,jednak nie ma co porownac z tym co piszesz. W Anglii troche lowie na kanalach a w Polsce raz bylem na kutrach lowic dorsze. Irlandia wyglada extra.

  • Nic tylko weź się w garść i wyruszaj w poszukiwaniu kutra, który mógłby Cię zabrać na połów! 😉 Nie wiem jak daleko masz w Anglii do morza – u nas nie jest z tym problem, 100 km i już jest ocean – ale jestem pewien, że w każdym nadmorskim miasteczku byłaby możliwość wypłynięcia.
    Irlandia wygląda ekstra podczas połowów oceanicznych czy ogólnie, jako kraj? 🙂

    pozdrawiam!

  • Hey!
    Niezłe zdjęcia, bardzo podobają mi się szczególnie te przedstawiające wodę i mewy, fajne ujęcia.
    Ostatnio czytałem na temat skorupiaków, małż, krewetek i tego typu żyjątek. Ryby tez w pewnym sensie są w podobnym stanie.
    Zatrważające fakty. Skorupiaki czyszczą wodę z nieczystości, zjadają glony, brudy itd. Maja w sobie to co zanieczyszcza wody.
    To oznacza również, ze jedząc je, zjadamy metale ciężkie, padlinę już przetrzęsioną, którą one się żywią.
    Może to prowadzić do zatruć. A ryby.. to już pozostawię w domyśle.

    Irlandia przypomina mi Szkocję, kiedy się tam wybierzecie?
    Pozdrowienia

  • Szkocję, jak już Ci kiedyś pisałem, mam gdzieś tam z tyłu głowy. Jeszcze okazji aby się do niej wybrać nie było, ale jestem pewien, że tak kiedyś przyjdzie, a wtedy wyruszymy na jej podboje 🙂
    Powiem Ci szczerze, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem, że morskie żyjątka mogą mieć w sobie jakieś zanieczyszczenia. Być może tak jest, ale je się takie rzeczy (może oprócz ryb) stosunkowo rzadko, więc chyba mała szansa, że może nam to w jakiś sposób zaszkodzić?
    pozdrówka!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *