Symferopol jest stolicą i zarazem największym miastem na Półwyspie Krymskim. To tutaj dociera większość, jeśli nie wszystkie pociągi jadące na Krym. To w tym 340 tysięcznym mieście, dla wielu rozpoczynają się krymskie wakacje, bo właśnie w Symferopolu każdy rozjeżdża się dalej, kierując się w stronę Eupatorii, Sevastopola, Jałty bądź Sudaka. Dworzec kolejowy jest tam okazały, pięknie zdobiony, majestatyczny i największy na całym półwyspie. Nasza z tym miastem przygoda rozpoczynała i praktycznie kończyła się na okolicach dworca – Symferopolu, poza przyjazdem i odjazdem, nie uwzględnialiśmy podczas tej podróży.
Na Dworcu Kolejowym w Symferopolu
Przeżyłem delikatny szok i poczułem się troszkę zagubiony patrząc na tych wszystkich pędzących i przepychających się ludzi, obserwowałem zupełnie nowe otoczenie i próbowałem się szybko odnaleźć. Gdybym znalazł się tam sam, to zajęłoby mi to pewnie więcej czasu, ale że było nas dwóch, w związku z tym zdołaliśmy ogarnąć całość trochę szybciej. Najważniejsze rzeczy, które musieliśmy na początku zrobić to:
– kupić mapę Krymu
– połapać połączenie z Bakczysarajem
– wymienić euro na hrywny
– coś zjeść
Mapa była rzeczą priorytetową, to dzięki niej mieliśmy się przemieszczać, to ona miała nam pomagać w orientacji i planowaniu, to na jej podstawie chcieliśmy podejmować decyzję i robić kolejne kroki. Miała być nieodzownym elementem podróży i przedmiotem ułatwiającym życie. Nieopodal dworca jest kolorowy, gwarny targ, na którym można kupić owoce, warzywa, wędliny, artykuły spożywcze, ubrania, pamiątki – praktycznie wszystko. Udaliśmy się tam, kupiliśmy mapę i kartę do telefonu. Z telefonem sytuacja była taka, że we Lwowie Daniel zaopatrzył swój telefon w numer ukraińskiej sieci LIFE. Później dokupowaliśmy doładowania 10, 15 czy 25 hrywnowe – trzeba było mieć jakikolwiek kontakt ze światem a taka opcja była znacznie tańsza niż gdybyśmy korzystali z naszych starych numerów. Potem nastąpił krótki marsz na dworzec autobusowy – tzw. Avtovagzal – w celu znalezienia jakiegoś połączenia z Bachczysarajem. Dworzec jest rzut beretem, dosłownie kilkanaście metrów od tego kolejowego. I tutaj nadeszło kolejne, szersze rozwarcie ust. We Lwowie zauważyłem lekki, drogowy nieład. Na avtobusnoi stantsii w Symferopolu panował nieporządek totalny: mnóstwo autobusów, maszrutek, jeszcze więcej ludzi łażących we wszystkie strony, głośno, z ciągłym używaniem klaksonów, z głosem informacyjnym wydobywającym się z głośników i z nami, podróżnikami z dalekich krajów, szukającymi właściwego środka transportu. Okazało się to trudniejsze niż myśleliśmy, pytaliśmy się kilku kierowców ale za każdym razem była ta sama odpowiedź: Mect Het! czyli: nie ma wolnych miejsc… Pierwszy raz zdaliśmy sobie sprawę, że trzeba z odpowiednim wyprzedzeniem kupić bilety aby gdzieś pojechać. Przyjście parę minut przed odjazdem autobusu okazuje się zdecydowanie za późne. Trzeba było zmienić plan.


W kolejnej podróży pociągiem
Zaczerpnęliśmy informacji w pobliskiej budce turystycznej. Siedząca w niej dziewczyna, poradziła nam po angielsku (tu miałem okazję się wykazać :-)), aby skorzystać z pociągu. Ta opcja wydała się rozsądna i w sumie jedyna, która nam została, tak więc poszliśmy z powrotem na dworzec i za kwotę 8,20 hrywien zdobyliśmy 2 bilety. Do odjazdu pozostało 1,5 godziny więc znaleźliśmy się znów na targu. Teraz już na spokojnie, bez stresów mogliśmy gdzieś przysiąść, wypić piwko i zjeść coś ciepłego. Na cel poszły czebureki, czyli pierogi robione z wody, mąki i soli, mające w sobie nadzienie z mięsa bądź sera. Czebureki są na Ukrainie bardzo popularne, osobiście nigdy o nich wcześniej nie słyszałem ale skoro pojawiła się okazja aby je lepiej poznać, to grzechem byłoby nie spróbować. Trochę posiedzieliśmy, trochę pokręciliśmy się po okolicy i przed godziną 17 poszliśmy na właściwy peron. Pociąg już stał, więc niezwłocznie do niego wsiedliśmy i oczekiwaliśmy startu.


Bilety umożliwiały nam dojazd tylko do Bakczysaraju ale większość pasażerów najprawdopodobniej jechała do Sevastopola (drugiego co do wielkości miasta Krymu, oddalonego od Symferopola o 80 kilometrów), bo takiej właśnie relacji był ten pociąg. Nasz odcinek liczył sobie 30 kilometrów, jechaliśmy jakieś 45 minut (z 15 minutowym postojem 3 kilometry od celu (!), ażeby przepuścić inny pociąg…) Osobowy, wielki wagon z drewnianymi ławkami (?) w całości się zapełnił. Niektórzy słuchali muzyki, inni grali w karty, jeszcze inni urządzali sobie pogawędki a my spokojnie siedzieliśmy i obserwowaliśmy. Dosiadło się do nas dwóch kolesi – trochę zmęczonych życiem i podejrzanie wyglądających – lecz jak się z czasem okazało, z przyjaznym nastawieniem i służących pomocą. Trochę nam opowiedzieli o Ukrainie, o Krymie, o Bakczysaraju i okolicach. My w rewanżu zdradziliśmy, że jesteśmy z Polski i przyjechaliśmy na tułaczkowe wakacje. Zdziwili się trochę jak im powiedzieliśmy, że chcemy spać w namiocie, w górach, gdzieś w Wielkim Kanionie, że mamy w planach właśnie takie górskie, leśne wędrówki. Oni na to, że bardzo łatwo jest się zgubić i żebyśmy uważali, bo z tej ciągnącej się kilometrami gęstwiny niełatwo się wydostać. Głównie na takich informacyjnych gadkach minęła nam ta krótka podróż. Prawdę mówiąc to Daniel dyskutował a ja słuchałem, wpatrując się co chwilę w okno, lustrując otoczenie i zastanawiając się co nas czeka?
Spokojny Bakczysaraj
W Bakczysaraju wysiedliśmy my, wysiedli nasi nowi koledzy i jeszcze parę innych osób. Dlaczego zdecydowaliśmy się akurat na to miasto? Wizję roztoczyliśmy sobie taką, że spędziliśmy tam maksymalnie 2 dni. Wiedzieliśmy, że są w okolicy jakieś kamienne miasta, że jest tatarski pałac – chcieliśmy to wszystko zobaczyć i ruszyć dalej. W następnych dniach miała być wizyta w Bolszoj Kanionie, w kolejnych kamiennych miastach a później już Morze Czarne i spędzenie nad jego brzegami paru dzionków. Oczywiście takie były pomysły. Modyfikowały się one kilkukrotnie ale zawsze udawało się wylądować na przysłowiowe cztery łapy.
Krótka historia miasta
Bakczysaraj liczy sobie obecnie około 33 000 mieszkańców i jest położony w południowo-zachodniej części Krymu. Dawna stolica Chanatu Krymskiego założona przez Chana Sahiba Gireja I w 1532 roku. W połowie 17 wieku w Bachczysaraju było 2000 domów, z czego około jedna trzecia należała do Greków. W 1736 roku miasto zostało doszczętnie spalone wojska rosyjskie pod dowództwem Christophera Antonowicza Munnicha. W 1794 roku w Bachczysaraju stało 5 młynów, 20 piekarni, 6 kuźni, zakład krawiecki, sklepy obuwnicze, 2 winiarnie z winami Gruzińskimi i Mołdawskimi, wiele domów handlowych oraz sklepów. Podczas Wojny Krymskiej, Bakczysaraj znalazł się w centrum wydarzeń wojennych – niedaleko od miasta, nad rzeką Almą odbyła się bitwa, w której wojska rosyjskie doznały dotkliwej klęski. Podczas obrony Sevastopola w mieście magazynowano żywność, organizowano rozmaite dostawy i przyjmowano rannych. W tym celu Pałac Chana i Klasztor Uspieński zostały przekształcone w szpitale. Pod koniec 19 i na początku 20 wieku miasto było centrum kultury i życia społecznego Tatarów Krymskich. Do 18 maja 1944 roku, kiedy odbyła się deportacja Tatarów, Bakczysaraj był jednym z trzech (obok Karasubazaru i Ałuszty) miast Krymu, w których dominowała tatarska populacja. Obecnie miasto stawia głównie na turystykę. Zwolennicy aktywnych form wypoczynku (turystyki rowerowej, pieszej czy wspinaczkowej) znajdą z pewnością coś dla siebie. W ostatnich latach znacznie wzrosła liczba hoteli i restauracji, głównie z kuchnią orientalną.
Stacja w Bakczysaraju okazała się malutka, nie mieliśmy pomysłu, w którą stronę się udać, jednak coś trzeba było robić. Wymyśliliśmy, że idziemy w kierunku Pałacu Chana. Zlokalizowaliśmy go na naszej mapie, spytaliśmy się o drogę napotkanych ludzi i rozpoczęliśmy marsz. Cały czas mieliśmy w głowach ideę, że będziemy gdzieś spać w namiocie na dzikolca, w jakiś krzakach, być może w lesie, czy też w górach. Najważniejszym było znaleźć się w ustronnym miejscu, tak aby nie rzucać się w oczy i nie kusić losu. W związku z tym musieliśmy wyjść poza miasto. Połykaliśmy kolejne metry, szliśmy cały czas drogą wzdłuż niewysokich budynków, obok domów i typowo muzułmańskich (bądź tatarskich) knajpek. Minęliśmy weselną imprezę, co jakiś czas mijaliśmy się z ludźmi, z kolei nas mijały samochody. Dzień powoli zanikał, jaśniej na pewno się nie robiło a odludnej miejscówki jak nie było, tak nie było. Niemniej jednak cały czas przemieszczaliśmy się do przodu. Po nie całych 3 kilometrach dotarliśmy do Pałacu Chana.
Była już mocna szarówa aż nagle zaczepiła nas kobiecina z tabliczką na temat wolnych pokoi. Wdaliśmy się w dyskusję, początkowo stawiając głównie na swoim, czyli na tym, że chcemy w dalszym ciągu iść przed siebie, lecz z czasem zaczęliśmy się zastanawiać. Babina produkowała się w najlepsze, zachwalała swoją kwaterę, zachęcała ceną i domową atmosferą. My z minuty na minutę miękliśmy, spoglądając a to na siebie, a to na nią, a to na coraz ciemniejsze otoczenie aż w końcu podejmujemy decyzję: idziemy na kwaterę. Wydało nam się to w owej chwili najrozsądniejsze , nie chcieliśmy błądzić w ciemnościach i postanowiliśmy trochę zmodyfikować plany. Zdaliśmy się na panią Ukrainkę i poszliśmy razem z nią. Zeszliśmy z głównej drogi, wchodząc w boczną, pomiędzy domy, trochę pod górę, trochę przez lasek, już praktycznie w zupełnej czerni. Po około 15 minutach znaleźliśmy się na jej posesji.
Okazało się, że nie byliśmy jedynymi lokatorami tego przybytku. Kręciły się po podwórku dwie Rosjanki, które podobnie jak my, również postanowiły spędzić urlop na Krymie. Wcześniejsze ustalenia z właścicielką tej ubogiej posiadłości troszeczkę się pozmieniały, być może nie zrozumieliśmy się ale na miejscu wyszło na to, że były 3 opcje na spanie. 80 hrywien (od głowy) za pokój w domu, 60 hrywien za nocleg w takiej dużej jakby altance , na wielkim łożu przykrytym folią, trochę na styl turecki i trzecia sposobność, za 40 hrywien (cena proponowana na ulicy) w naszym namiocie na jej placu za domem. Najdroższych kwot i to już na samym początku wyjazdu, nie mieliśmy zamiaru wydawać a i tak namiot miał być naszym głównym schronieniem, w związku z tym z tej wersji skorzystaliśmy. Pozostało nam szybko się rozłożyć, potem przyszła kolej na toaletę w dosyć ekstremalnych warunkach i do śpiwora.



Miałem jako takie wyobrażenie na temat ogólnopojętej biedy panującej na Ukrainie ale i tak zaskoczyły mnie warunki napotkane w tym małym gospodarstwie. To, że nie mieli tam łatwo, jest mało powiedziane. Według mnie, odbywała się swego rodzaju walka o każdy następny dzień, o kolejny tydzień, miesiąc, beż żadnych praktycznie wygód. Z tego co nam opowiadała pani Zina, kobieta najpewniej po pięćdziesiątce, o blond włosach i miłej twarzy, to żyje ona głównie z wynajmowania kwater. O prace w Bakczysaraju jest bardzo ciężko, ona z pochodzenia Tatarka (a właściwie Polska Tatarka, bo podobno parę pokoleń wstecz, jej przodkowie przyjechali na Krym z dalekiej Polski) i to jeszcze w wieku nie ułatwiającym podjęcia pracy miała jeszcze ciężej. Może źle sobie to przedstawiłem ale z jej opowieści wyszło mi, że Tatarzy są tam jakby prześladowani. Że jeśli pracodawca dowiaduje się, że ma zatrudnić Tatara, to go po prostu nie zatrudnia. Nie wiem czy jest to prawdą, po części może tak właśnie jest, nie mniej jednak ludzie żyjący w tamtym rejonie świata muszą się nieźle nagimnastykować.



Przespaliśmy ciepłą noc spokojnie, bez przeszkód i następnego ranka, skoro świt wyruszyliśmy do kamiennego miasta na spotkanie z przeszłością, na poznanie historii i z nadzieją na przeżycie interesującej przygody. Bakczysaraj otwiera przed nami swoje przygodowe wrota!





Odważna ta Wasza podróż. Szukanie noclegu tak w ciemno, nocowanie w takich warunkach…Ja to chyba jednak póki co wolę mieć dostęp do podstawowych środków żeby dbać o higienę. Zgodzę się jednak, że nawet nocka w takich warunkach daje do myślenia i pozwala docenić dobra, które mamy na co dzień. Pozdrawiam.
Z perspektywy, jak teraz to wszystko sobie przypominam to wydaje mi się, że wszystko mieliśmy pod kontrolą. Ale jak to bywa gdy jesteś w trakcie jakiś wydarzeń, to są momenty stresujące, czasami niebezpieczne, zaskakujące. Generalnie jednak było oki i tak jak napisałem, zawsze udawało się jakoś wylądować na cztery łapy :-). A ze spaniem w Bachczysaraju nie było tak w sumie najgorzej. To tam podczas całego wyjazdu mieliśmy dostęp do ,,normalnej” wody, mogliśmy się wykąpać, była toaleta. Później było z tym różnie, ale za to ciekawie i nie do zapomnienia.
pozdrawiam!
Tego typu miejsca wolę odwiedzać wirtualnie, oglądać zdjęcia w komputerze i czytać o wrażeniach. Jakoś mnie do Azji nigdy nie ciągnęło ani w kwestii czytania książek ani podróży i przez jakiś czas tak pewnie zostanie. Aczkolwiek podziwiam Was za tę wyprawę i za zwycięskie zmierzenie się z Bachczysarajem!
Hej Piotrze!
Jak kiedyś w jednym z komentarzy pisałem, ja również byłem na kierunki wschodnie nastawiony raczej sceptycznie. Ale zaliczyłem debiut, powąchałem tamtych terenów i ogólnie jestem usatysfakcjonowany. Wiadomo nie są to klimaty celtyckie, nie jest to ta urocza deszczowa i wietrzna aura 🙂 ale i tak było pięknie. Czasami warto, jeśli jest taka szansa, zobaczyć coś innego i przeżyć ciekawe przygody. Szczególnie jeśli się jedzie tak jak my jechaliśmy, bez szczegółowych planów, bez zarezerwowanego spania, z pełną improwizacją. Świetna sprawa! W Bachczysaraju dopiero się zaczęło, później było równie ciekawie i intensywnie.
pozdrawiam!
Witam, w Bakczysaraju byłem 2 razy. Przepiękne miasto i sporo zwiedzania. Tuż obok Chufut-Kale jest także stary, zniszczony znajdujący się prawie na szczycie góry, cały porośnięty lasem cmentarz Karaimów. Warto to zobaczyć na własne oczy. Za pierwszym razem, a był to długi weekend majowy w 2010 roku, spaliśmy na samym szczycie góry tuż niedaleko owego cmentarza. Drugim razem dokładnie tydzień po waszej wyprawie spaliśmy u pod nurza Skalnego miasta, bez namiotów na samych karimatach(pamiętam jak dziś że było bardzo zimno tej nocy. Także bardzo miło wspominam wypady na Krym. Pozdrawiam podróznika:)
Hej! A więc podróżniku nareszcie tutaj zawitałeś! 😉 Miasto rzeczywiście interesujące, inne niż wszystkie, które ogląda się na co dzień, przynajmniej dla mnie był to jednak inny świat. Samo w sobie jest raczej zaniedbane, widać, że się nie przelewa a ludzie próbują związać koniec z końcem. Co do tego starego cmentarza, to mieliśmy na niego chrapkę ale nie widzieliśmy gdzie dokładnie jest. Panie pracujące w Pałacu Chana też nie potrafiły nam pomóc i niestety odpuściliśmy. Jeśli o nockę pod gołym niebem chodzi, to również takową mieliśmy – w Jałcie, przy drodze, w takim małym skwarku zieleni, tuż pod kolejką linową. Było ciepło, ciekawie ale to jeszcze przyjdzie na tą opowieść czas 😉
pozdrawiam!
Such an interesting journey you must have had, cwirek. I admire your courage and sense of adventure, glad that it all turned out well for you. It is a very different mode of travel than my own trips through Ukraine and Crimea, but of course I have the great advantage of my wife being Ukrainian so language barrier does not exist! Easy for me, let her do all the talking and arranging of travels, hotels, etc. I will continue to read and enjoy your Crimean stories.
Greg
Greg, I’ll tell you honestly, I thought that your wife is a Slav. 🙂 I was wondering what led you to Ukraine? Now I know. 🙂 You’re right, knowing the Ukrainian or Russian language is much easier. We spoke Russian very poorly, a little Polish and English. Although English rather few people knew. Our trips were to be such a little survival, we did not want comfort, in fact we did not have much money. But so it is great and interesting. It is appreciated in these times, in which comforts we live every day. 😉
Cwirek