Miesiąc temu wyruszyliśmy po raz pierwszy w tym roku w plener. Tak jak pisałem, był to wyjazd bardzo spokojny, niezbyt daleki od Longford, typowo spacerowy. Nasza druga wycieczka miała miejsce prawie dwa tygodnie temu. Tym razem było troszeczkę ambitniej, było dalej i intensywniej.
O miejscu docelowym myślałem już wcześniej parokrotnie, byli tam moi znajomi, ja sam nie raz natrafiałem o nim w rozmaitych przewodnikach, więc postanowiłem, że rodzina Wróblowatych też tam prędzej czy później zawita. Jak wiadomo aby wyjazd był udany i satysfakcjonujący musi być w miarę ciepło i przede wszystkim nie powinno padać. Jako, że w Irlandii bywa z tym na prawdę różnie, więc gdy aura sprzyja trzeba ją bezwzględnie wykorzystać. Mieliśmy to szczęście, że dzień naszego wyjazdu był cieplutki, praktycznie bezwietrzny i bardzo słoneczny. Na rodzinny wypad lepiej być nie może.
W podróży
Z Longford wyruszyliśmy około godziny 11 i pierwszy etap podróży powiódł nas do Athlone. Odległość pomiędzy tymi dwoma miastami to 40 kilometrów i czas aby ją pokonać to mniej więcej 40 minut. Będąc już w stolicy hrabstwa Westmeath trzeba skierować się na drogę N62. Zresztą dojeżdżając do Athlone, tuż przy pierwszym rondzie widnieje już znak informujący nas o naszej docelowej miejscowości. Pokonując wyżej wymienione rondko, wjeżdża się na malutki fragmencik autostrady M6 (w kierunku na Dublin), następnie zjeżdża się na N62, która to prowadzi nas prosto do Birr. Longford i Birr dzieli 85 kilometrów i przy normalnej jeździe trzeba liczyć się z 1,5 godziny czasu spędzonego w samochodzie. Trasa nie jest trudna, nie trzeba GPS-u, wystarczy trzymać się znaków. Startując z Longford jedziemy przez hrabstwo o tej samej nazwie, następnie wjeżdżamy do hrabstwa Westmeath i kończymy w hrabstwie Offaly. Widoki za oknem nie są jakoś szczególnie powalające, co chwilę przejeżdża się przez maleńkie miejscowości, mija się domki jednorodzinne rozsiane wzdłuż drogi, przeważają łąki, gdzieniegdzie wyrastają kamienne murki, czasem pojawiają się małe jeziorka. Jedynym miejscem, które zwróciło szczególniej naszą uwagę było ogromne, bardzo rozległe torfowisko, parę kilometrów przed Birr. Widziałem już wcześniej kilkakrotnie miejsca, gdzie wykopuje się torf, jednak to biło je na głowę. Prawie nie było widać końca, aż po horyzont torf. Zrobiło to na nas spore wrażenie.
Birr – georgiańskie miasto naukowców
Istnieją dowody, że już w czasach prehistorycznych na tych terenach istniało życie. Jednak dopiero oficjalne udokumentowanie nastąpiło w 6 wieku, kiedy to Święty Brendan z Birr założył tu klasztor. Ważnym produktem tego klasztoru był tekst znany jako Ewangelia MacRegola, obecnie znajdująca się w bibliotece Bodleian w Oksfordzie. MacRegol był w Birr pisarzem, opatem i biskupem – zmarł około 820 roku. W 1170 roku wybudowano Anglo-Normandzki zamek. Birr aż do początku 14 wieku pozostaje pod kontrolą anglo-normandzką, wtedy to Dynastia O’Carroll na powrót zaczęła się osiedlać na terenach, które w przeszłości do niej należały. Północny Munster to było starożytne i średniowieczne królestwo znane jako Ely O’Carroll. Zamek w Birr stał się główną twierdzą Dynastii O’Carroll aż do początku 17 wieku. W 1619 roku przyznano Birr Castle 1277 akrów gruntów. W tym czasie na zamku rządził już Sir Laurence Parsons, który między innymi powoli zmieniał oblicze miasta Birr nadając mu georgiański wygląd. Od połowy 18 wieku aż do wieku 19 Birr powiększone zostało stopniowo w kilku fazach, oprócz wielu ładnych budynków, georgiańskie Birr znane było z intensywnego życia gospodarczego i społecznego. W 19 wieku miasto zaczęło być słynne, jeśli idzie o stronę naukową. Rodzina Parsonów, która była właścicielem zamku uchodziła za utalentowaną i ponadprzeciętną. Trzeci hrabia Rosse William Parsons, przewodniczący Brytyjskiego Stowarzyszenia Wspierania Nauki zaprojektował i wybudował wielkich rozmiarów teleskop (1841-1844), który przez 70 lat był największym teleskopem na Świecie. Za jego pomocą, jeszcze w latach 40 dziewiętnastego wieku odkryto Galaktykę Wir. Żona Williama – Maria – była pionierką fotografii. To właśnie d jej zdjęcia ukazywały budowę wielkiego teleskopu. Natomiast ich syn – Sir Charles Parsons – zbudował turbinę parową i skonstruował napędzany parą helikopter, za pomocą którego już w 1897 roku wzbił się w powietrze!
Teren zamkowy
Dotarliśmy do Birr od strony północno-wschodniej, minęliśmy Lidla, stację benzynową i wjechaliśmy do centrum. Birr nie jest wielkim miastem, liczy zaledwie kilka tysięcy mieszkańców ale ma w sobie to coś, idzie wyczuć opisywaną wyżej przeze mnie georgiańską architekturę. Domy wzdłuż ulic stare, pięknie wykończone, zadbane. Niestety nie zdecydowaliśmy się na spacer po tym starym mieście i od razu udaliśmy się w kierunku Birr Castle. Udało nam się go znaleźć bez większych problemów, podobnie jak w Trim, zamek jest najważniejszym i najbardziej popularnym miejscem w mieście. W momencie pojawienia się za oknami samochodu ogromnych, zamkowych murów chcieliśmy jak najszybciej gdzieś zaparkować. Darmowy parking usadowiony był tuż obok, małej bramy wprowadzającej wszystkich na teren zamku. Udaliśmy się tam, weszliśmy do środka, kupiliśmy dwa bilety (9 euro od sztuki), pan dał nam małą mapkę wraz z opisem po polsku i znaleźliśmy się w środku.
Otaczające zamek tereny są na prawdę sporych rozmiarów, na rodzinną przechadzkę jak znalazł. Niespiesznie przemieszczaliśmy się na przód, troszeczkę korzystając z wytyczonej trasy przez pana od biletów ale generalnie zdaliśmy się na własną inwencję. Dzisiaj, z perspektywy czasu stwierdzam, ze było to jak dotychczas najlepsze miejsce jeśli idzie właśnie o spacery i krótkie wędrówki. Było inaczej i chyba nie tak pięknie, zarówno w Lough Rinn Castle & Gardens, w Lough Key Forest Park, w Killykeen Forest Park, w Strokestown czy też w Ashford Castle… Każde z tych miejsc miało swój urok ale to jednak Birr wysunęło się aktualnie na prowadzenie w naszym rankingu. Chyba przez tą różnorodność, bo wędrując sobie po rozległym parku i ogrodach co rusz jest jakiś ciekawe miejsce do zobaczenia.
Są piękne tereny, wszechobecna przyroda, jest jezioro, rzeka, wodospady a to wszystko naszpikowane historią. A historia zamku jest na prawdę bogata. Co nas ucieszyło to to, że praktycznie w każdym momencie można się rozłożyć i coś zjeść, przeczytać książkę, posłuchać muzyki czy też po obcować z florą i fauną. Na taką piknikową wycieczkę nadaje się to znakomicie, oprócz mnóstwa trawy są również ławki i stoliki, przy których w spokoju można przycupnąć, odpocząć. Będąc tam jeszcze nie mieliśmy możliwości rozkoszowania się tym całym pięknem, bujną roślinnością, która dopiero budziła się do życia po kilkumiesięcznym zimowym śnie. Kolorowe kwiaty już widniały, drzewa również przyodziane były w coraz to większą ilość liści, jednak na pełen rozkwit należało jeszcze troszeczkę poczekać. Pierwsza rzecz, która rzuciła nam się w oczy to był ogromnych rozmiarów teleskop. Stał on dumnie na środku wielkiej łąki, niczym armata z lufą w poziomie, jak gdyby wycelowany w konkretny punkt.
Po chwili doszliśmy do małego mostku. Okazało się, że jest on najstarszym, wykutym z żelaza mostem wiszącym w Irlandii (z 1820 roku). Krocząc dalej po jednej stronie mieliśmy rzekę Camcor, która przecinała się z rzeką Little Brosna, po drugiej stronie było jezioro. Pierwotnie w miejscu tego jeziorka znajdowało się trzęsawisko, które na początku 19 wieku zamieniono w jezioro wađnie. Przeszliśmy przez parę małych drewnianych i kamiennych mostów i znaleźliśmy się w małym, jak gdyby lasku. Zaciekawił nas głośny szum wody. Okazało się, że jest tam wodospad, kolejny wąski mostek, wszystko to w otoczeniu skał i stromych, obrośniętych mchem ziemnych ścian. Klimatyczne miejsce, które bardzo nam się spodobało. Nieopodal tego wodospadu mieści się Shell Well (wybudowana nad studnią znaną jako Cuileann Tobar) – studnia ostrokrzewu, zainspirowana projektem 18 wiecznego architekta Samuela Chearnleya. Po przejściu może 200 metrów weszliśmy do Ogrodów Milenijnych (Millennium Gardens). Są one jednymi z najpiękniejszych w całej Irlandii, mają formę klasztornego krużganka z oknami skierowanymi do wewnątrz. Przysiedliśmy sobie tam na jednym z dwóch pięknych, rzeźbionych, białych krzeseł, które są dziełem Anny hrabiny Rosse. W ogrodzie, na samym środku stoją dwie, kamienne trzystuletnie urny z Bawarii. Ogród wydawał się być stale pielęgnowany, trawniki równo przycięte, małe krzaczki fantazyjnie wyrzeźbione przez ogrodników. Nieopodal wznoszą się dumnie w niebo największe na Świecie żywopłoty zaprojektowane przez sir Williama Parsonsa w połowie 17 wieku. Tak jak wyżej wspominałem, roślinność dopiero zaczynała budzić się do życia i jestem przekonany, że za parę tygodni ogrody milenijne mogłyby w 100 % pokazać swoją piękność. Bardzo byliśmy ciekawi jak wyglądałyby ubrane w liście, dookoła pociągnięte, swego rodzaju tunele z żywopłotów. W ogrodzie oprócz wymyślnych krzaczków i trawniczków stały sobie jeszcze gdzieniegdzie rzeźby.
Wyszliśmy z Millennium Gardens, na zegarkach wybiły godziny późno popołudniowe a że mieliśmy w planach, w drodze powrotnej do Longford, zobaczyć jeszcze jedno miejsce, toteż pomału udaliśmy się w kierunku wyjścia. Przebrnęliśmy przez wielką łąkę, przyodzianą w kwiaty, na której rosły ogromne drzewa i z której można było zobaczyć najpierw Lewiatana czyli słynny teleskop a w dalszej perspektywie Zamek. Po paru minutach staliśmy już u podnóża teleskopu, podziwiając jego rozmiary i zastanawiając się jak ten mechanizm funkcjonuje?
Była może 16:00, mieliśmy za sobą bardzo ciekawą, relaksującą przechadzkę, byliśmy niezmiernie szczęśliwi, że udało nam się tu trafić. Mieliśmy również niezwykłe szczęście, że aura była ciepła, słoneczna, niemalże bezwietrzna. Udało nam się zobaczyć większość tego, co było do zobaczenia. Umknęły nam tylko Wodospady, które były umiejscowione tuż powyżej wiszącego mostu, i które napędzały małą turbinę w dole rzeki. Turbina z kolei zaopatrywała w prąd zarówno zamek jak i miasto od lat 80 dziewiętnastego wieku do lat 50 wieku dwudziestego. Nie zobaczyliśmy Chłodni (Ice House), wybudowanej na początku 14 wieku. Chłodnia służyła w ciągu roku do przechowywania mięsa i lodu na użytek mieszkańców zamku. Lód brano w ziemie z jeziora bądź też kupowano od handlarza lodu. Aż do końca dwudziestego wieku był to podstawowy sposób zabezpieczania żywności przed zepsuciem. Nie zauważyliśmy Spirali Wir (Whirpool Spiral), czyli spiralnego układu drzew lipowych, upamiętniającego odkrycie Galaktyki Wir. Dwie ostatnie pozycje przez nas ominięte to wykuta z kamienia Wiktoriańska Paprociarnia oraz trawiasty amfiteatr Teatro Verdi. Warto również wejść do Irlandzkiego Centrum Historii Nauki (Ireland’s Historic Science Centre), urządzonego w miejscowych stajniach, naprzeciw miejsca gdzie kupuje się bilety. Nie daliśmy rady tego zwiedzić, mieliśmy na uwadze, że czas nas goni a po drugie Victoria odczuwała już pomału trudy tego dnia, więc duże prawdopodobieństwo, że byłaby marudna podczas oglądania ekspozycji.
Po paru chwilach staliśmy obok naszego samochodu, słońce dalej prażyło, pogoda sprzyjała trasie powrotnej, sprzyjała kolejnej penetracji miejsc nowych, przez nas jeszcze nie odkrytych. Co do Birr to polecam jego odwiedzenie wszystkim, którzy lubią tego typu miejsca. Birr Castle oferuje wspaniałe przeżycia, uczy historii i odpręża. Miasto Birr również zachęca. Nie wielkością ale przede wszystkim swoim georgiańskim charakterem, długą historią i klimatem, jedynym w swoim rodzaju.






















Rany, ja tam kiedyś Cię odwiedzę. Tyle pięknych miejsc…
Heh Cyfra, miejsc jest rzeczywiście od groma i jeszcze więcej. Dla osób mieszkających na co dzień w Polsce wydaje mi się, że Irlandia zawsze będzie kojarzona z ,,zadupiem” i ,,wsią”… Nic bardziej mylnego!Gro niezliczonych i niesamowitych miejsc, a wszystko w stosunkowo niewielkiej odległości czyni Zieloną Wyspę bardzo atrakcyjną jeśli idzie o turystykę i podróże.
pozdrawiam!
Pierwsze słysze że Irlandia kojarzy się Polakom ze wsią….
Wśród wielu wpisów docieram do Birr 🙂 W końcu coś co znam. Piękne miejsce, i to niedalko od nas, więc pozwalamy sobie od czasu do czasu na taki wypad, choć powiem Ci, że u mnie nie zajmuje on pierwszego miejsca. Jeśli idzie o ogrody(ale tu trzeba przymknąć oko, bo to skrzywienie zawodowe) to na razie Ogród Botaniczny w Dublinie jest w czołówce. Zaś jeśli idzie o niespieszne spacery z rodziną to naszym nr jeden jest Irish National Heritage Park. Praktycznie raz do roku zaliczamy obie pozycje z dziećmi:)
Zastanawiam się, czy te rozległę torfowiska nie łączyły się Lough Boora Parklands – też do połążenia(do pojeżdżenia na rowerach również) ale już nieco dziki i specyficzny. Mnie urzekł, ale “dzikość” się w środku odezwała, stąd takie odczucia.
W Birr nie mogliśmy nigdy w pełni skorzystać z muzeum – bo dzieci – ale park wykorzystaliśmy do granic możliwości.
Żonkil z zamkiem w tle – wpadło mi w oko to zdjęcie. Ładne ujęcie białego mostu. Nie kusiło Was/Ciebie żeby przejść na drugą stronę?
Szperaj, szperaj – przy okazji przypomnę sobie stare historie 🙂 Biały most był, jak pisałem: ,,najstarszym, wykutym z żelaza mostem wiszącym w Irlandii”, miał tabliczkę, że nie wolno wchodzić, więc posłusznie nie wchodziłem, bojąc się przy okazji, że jak taki stary to może się zawalić. Nie wiem czy miałbym wówczas uciekać czy co robić? 😀
Ogród, czy też cały ten teren parkowy w Birr jest fajny, ale jak mówisz, są lepsze. Tzn. ten jest wielki, można spacerować, ale może nie ma takiego klimatu? Ogólnie byliśmy zadowoleni, grzechem byłoby narzekać. I ma najwyższe żywopłoty w Europie i ten nieprzeciętny teleskop 🙂
Mówisz, że jesteś maniaczką ogrodów? Nigdy nie byłem w Dublińskim Ogrodzie Botanicznym, ale spróbuję rzucić mu wyzwanie 🙂 Mianowicie stwierdzam, że bardziej by Ci się podobało w Mount Usher Gardens (Ashford, Co. Wicklow) – nieprawdopodobne miejsce! Ja byłem zachwycony. Pojawi się na blogu, oj pojawi, mam nadzieję bardzo szybko, bo zdjęcia tylko czekają na uwolnienie 🙂
Drugi Ogród, który mógłby zburzyć Twoją hierarchię to Victorian Walled Gardens w Kylemore Abbey na Connemarze. Wejściówka do tanich nie należy ale warto zapłacić. Słyszałaś o tych miejscach?
Właśnie wiem, że nie wolno wchodzić 😉 ale mnie kusiło – z tym, że też nie weszłam. Piękny jest ten most i niezwykle fotogeniczny.
Oczywiście, że nie można narzekać na ogródy w Birr, są piękne, te wszystkie zakątki, ta architektura ogrodowa, studnia wyłożona muszlami… ale jakoś nigdy mnie aż tak nie oczarował. Ogród Botaniczny zaś tak, bo zawsze trafialiśmy na rozkwit czegoś tam… a to różaneczniki, a to róże, a to lilie… do tego szklarnie. I tu powtórzę się, ale tak to już bywa jak się ma dzieci – dla dzieciaków to ogromna frajda. Wszystko. dosłownie. Do odwiedzenia tego przybytku namówił nas nasz irlandzki przyjaciel, powiedział, że ja na pewno się nasycę roślinami.
W botaniku jest super kawiarnia/restauracja czy jakkolwiek to nazwać. To też punkt, który dzieci mają u nas dobrze obczajony i musi być zaliczony. Do tej pory nigdy nie zawiodłam się na deserach 🙂 A, i warto przeznaczyć sobie na tę wycieczkę dużą część dnia, jeśli chce się połazić na spokojnie.
Oczywiście, że słyszałam o tych miejscach! i mam je w planach. Usher Gardens prawie zaliczyliśmy, ale nie wyszło 🙂 Poczekam na Twoje spojrzenie, bo ja już się o tym naczytałam i naoglądałam.
A do Kylemore się wybieramy, bo to moje “must see”. Jestem z wykształcenia ogrodnikiem, kończyłam OiAK na SGGW 🙂 a specjalizacja to właśnie rośliny ozdobne. Każdy ogród i każda niemalże roślina przyciąga mój wzrok, stąd tyle tego u mnie na blogu.
Zapominasz zdaje się o Powerscourt Gardens? Też piękne, w taki może bardziej uporządkowany sposób. Czytałam, tylko jeszcze nie komentowałam. Podobnie, jak mam napisać o muzyce do filmu “Into the wild”.
pozdrawiam
Powerscourt Gardens oczywiście równie piękne. Tak delikatnie zmartwiła mnie ilość odwiedzających wtedy, gdy my tam byliśmy. Preferuję miejsca, mniej oblegane – dlatego też troszeczkę się zmartwiłem sytuacją w Glendalough i potwornym natłokiem turystów – takie gdzie mało kto dociera i gdzie można pobyć samemu. Wiem, że gdy coś jest mocno popularne, to nie ma szans aby nie było tam ludzi – takie uroki popularności 🙂
A ten Botanic Garden to jest w całości zamknięty, że w szklarniach? Nieśmiało myślałem aby tam pojechać, no ale się nie wydarzyło jeszcze. I to jest w Dublinie gdzieś prawda?
W Kylemore Abbey ten ogród wiktoriański jest największym tego typu w Irlandii. Bardzo malowniczo położony ale oprócz ogrodu samo opactwo i teren w okół bardzo piękne – warto wydać 12 euro (nie wiem jak dziś) za bilet. A do Mount Usher Gardens najlepiej pojechać samemu i te wszystkie wspaniałości zobaczyć na własne oczy. Żadne zdjęcia czy filmy tej niesamowitości nie oddadzą 🙂 Zaczarowane miejsce, jak w bajce normalnie, dzikie, kolorowe, mnóstwo roślin – dobra koniec bo zacznę się rozpisywać i zdradzać za dużo szczegółów 🙂 I oczywiście rzecz ważna: trzeba się tam udać wówczas, gdy większość tych roślin zakwita i gdy jest naprawdę kolorowo. Nie znam się aż tak bardzo na ogrodnictwie, ale chyba większość kwiatów pojawia się na wiosnę, w maju? My tam byliśmy w maju właśnie i ta cała roślinność wtedy właśnie wybuchła.
Nas, a zwłaszcza mnie, która robi zdjęcia, zawsze martwi sytuacja, gdy ludzi jest miliony! Ujęłabym to nawet mocniej, niż martwi, ale nie będę się wyrażać, wszak zabytki to dobro wszystkich i każdy ma takie samo prawo tam przebywać.
Ogród botaniczny ma kilka szklarni dla roślin z tropików i tych delikatniejszych. Tropikalna szklarnia powinna być super dla dzieci, bo jest jak taka namiastka dżungli. Jeśli Cię interesuje, to wpisz w wyszukiwarce na moim blogu(jest na samiuteńkim dole) hasło ogród botaniczny i dostaneisz pzregląda wszystkich wpisów i obraz sytuacji.
Usher Gardens zapewne zaliczymy najszybciej, bo Wicklow jest prawie obok i kilka razy do roku tam jeździmy. Tak, maj, czerwiec i lipiec(a jak piękny rok to nawet kwiecień już można zaliczyć do sezonu kwitnienia – tak bywało kiedyś) to miesiące najpiękniejszych kwiatów. Potem jest już wszystkiego relatywnie mniej.
No właśnie: wszelakie atrakcje są dobrem wszystkich 🙂 Jedyna szansa aby przynajmniej troszeczkę uniknąć tłumów to wyjazd nie w weekend, ewentualnie do takiego Glendalough na przykład, wcześnie raniutko (ale jak to zrobić, mieszkając 150 km dalej? :)) albo późnym popołudniem.
Sprawdziłem ten ogród botaniczny u Ciebie. Mieliście w to miejsce trochę wizyt, widzę 🙂 A zwierząt tam jako takich nie ma, tylko ptactwo przeróżnej maści? Nie ma co planować, ale wstępnie zapisuję to miejsce na maj tego roku.
Nie wiem czy Glendalough późnym popołudniem będzie mniej zatłoczone, chyba że już bardzo późno. Kiedyś zajechaliśmy tam(na drugi parking, ten płatny) w drodze powrotnejz Clara Valey, bo dzieci miały dostać nagrodę – czytaj lody – za dzielny 12km marsz 🙂 po 18 jeszcze wszystko działało, a ludzi było trochę mniej, ale na wycieczkowanie to jednak trochę za późno. Z kolei inne atrakcje zamykają o określonej godzinie i tyle. Trzeba żyć z tym tłokiem i już.
Do botanika jeździliśmy tylko 2 albo 3 razy, ale rozbiłam to na wiele wpisów. Zwierząt tam nie mają, a ptaki to tylko te, co po prostu zasiedlają teren. Jeśli kwiecień będzie łądny, to w maju już oczy się zachwycą, jeśli nie, to poczekajcie przynajmniej do połowy maja 🙂