WROBELS

The Final Frontier World Tour, Dublin 2010

Dziewica w bardzo dobrej formie! Dublińskie O2 niemalże odfrunęło, hala była naładowana niesamowitą dawką emocji, fani rozemocjonowani do granic możliwości a ja wśród nich, podczas tych niemalże 2 godzin – chyba najszczęśliwszym człowiekiem na planecie.

Piętnasty studyjny krążek Iron Maiden zbliża się wielkimi krokami. 13 sierpnia fani z całego świata (konkretnie ci z kontynentalnej części Europy) ruszą do sklepów muzycznych i kupią długo oczekiwaną płytę. Będzie ona historyczna bo najdłuższa, w dotychczasowej historii zespołu nie zdarzyło się jeszcze aby jakikolwiek album miał aż  76 minut i 34 sekundy. Z tej nadchodzącej płyty znane jest już co raz więcej szczegółów: światło dzienne ujrzał singiel promujący El Dorado, jest już również teledysk Satelitte 15… The Final Frontier, jest znana lista utworów. Pojawiły się również krótkie, 30 sekundowe sample piosenek. Zespół uchylił rąbka tajemnicy, rozgrzał fanów, którzy toczą teraz gorące dyskusje czy płyta będzie porównywalna do tych najlepszych w historii czy może nastąpi ogólne rozczarowanie? Można sobie oczywiście mniej więcej wyrobić zdanie na ten temat, niemniej jednak myślę, że warto poczekać jeszcze te 2 tygodnie i wtedy wszyscy będziemy mądrzejsi.

Sektory w hali o2

Tymczasem jak już zapowiedziałem na wstępie, giganci heavy metalu przyjechali do Irlandii. Był to pierwszy europejski koncert z aktualnej trasy The Final Frontier World Tour a zarazem 26 podczas tejże trasy. Dziewica koncertowała w Ameryce Północnej także rozgrzana już była, setlista została przećwiczona bardzo dobrze i osobiście upatrywałem w tym szansę na jeszcze lepsze show (biorąc pod uwagę ten półtora miesięczny trening ale również 10 dni przerwy na zmianę kontynentu). Miało to być moje drugie spotkanie z Iron Maiden, debiut nastąpił 5 lat temu ale i tym razem byłem równie mocno podniecony i podekscytowany. Ciekawiło mnie niezmiernie jak brzmieć będą w hali, szykowało się porównanie pomiędzy halą właśnie, na którą się wybierałem a stadionem, na którym byłem w 2005 roku. Różnica i to spora miała być również w odbiorze, 5 lat temu dane mi było znaleźć się tuż przed samą sceną, parę rzędów od Steva Harrisa i spółki a teraz moją miejscówką były trybuny, dość daleko od centrum najważniejszych wydarzeń. Wtedy, w Chorzowie był szał totalny, prawdziwa walka, rozpychanie się i podskakiwanie wśród najzagorzalszych fanów a teraz spokojne krzesło i odbiór koncertu o niebo łagodniejszy.

Mój koncert rozpoczął się o godzinie 14:30. Wtedy to wyruszyłem w stronę irlandzkiej stolicy z Longford. Otwarcie bram O2 przewidziane było na godzinę 18:30. W Dublinie, po wcześniejszym zabraniu znajomych, byłem około 18:00. Hala znajduje się tuż przy porcie, po lewej stronie Liffey River, ze ścisłego centrum idzie się pieszo mniej więcej 30 minut, maksymalnie trzy kwadranse, samochodem jest to momencik. Udało nam się zaparkować całkiem niedaleko O2 i po paru minutkach już staliśmy w kolejce i czekaliśmy aż zaczną wpuszczać do środka. Ludzi mnóstwo, praktycznie każdy zaopatrzony w koszulkę z podobizną Eddiego, można było poczuć wszechobecną atmosferę metalowego święta. Niczym wielka rodzina, wszyscy jak jeden mąż sunęli przed siebie w kierunku hali chcąc jak najszybciej zobaczyć swoich idoli, usłyszeć ostre brzmienia gitar i posłuchać nieśmiertelnych utworów charakterystycznie wykonywanych przez Brucea Dickinsona. Na miejscu były 3 spore kolejki, stanęliśmy w jednej z nich i w napięciu czekaliśmy wejścia. Poszło gładko i co najważniejsze bardzo szybko, kilka chwil i już chodziliśmy po korytarzach znajdujących się za trybunami. Był stamtąd widok na fragment sceny i płytę, na której zgromadziła się pokaźna grupa ludzi słuchających metalowych dźwięków, lecących najpierw z samej sceny (grał jakiś zespół) a następnie z głośników (puszczali z płyt bądź też z radia (?), nie wiem). Zaliczyliśmy ubikacje, zjedliśmy syfiaste hot-dogi (bułka, parówka i sosy do wyboru za 4,5 euro…), chcieliśmy kupić sobie jakieś pamiątkowe koszulki ale cena niestety nazbyt wygórowana i to nas od tego pomysłu skutecznie odwiodło (30 i 40 euro za sztukę). Było coś mniej więcej w okolicach godziny 19:30 toteż postanowiliśmy udać się na trybuny. Ja miałem bilet na inny sektor aniżeli moi znajomi, więc pożegnaliśmy się, pożyczyliśmy dobrego odbioru i udaliśmy się na swoje miejsca.

Bez trudu usadowiłem się na sektorze, widok miałem całkiem przyzwoity choć troszeczkę do sceny daleko. No cóż widok nie najwyższych lotów ale za to akustyka klasa światowa. Oczywiście poprawkę w tej ocenie należy brać taką, że nigdy wcześniej nie byłem na koncercie odbywającym się w hali. Publika z minuty na minutę była coraz gęstsza, wokół mnie również pojawiało się więcej i więcej ludzi. Czas oczekiwania umilił i ci najważniejsze podgrzał i tak już mocno zgęstniałą atmosferę support – Sweet Savage. Zespół rodem z Belfastu przez około godzinę zagrał parę naprawdę dobrych, metalowych kawałków. Nigdy wcześniej nie dane mi było zapoznać się z nimi ale nie odrzucam możliwości, że bliżej się im jeszcze przyjrzę. Na koniec zagrali wszystkim bardzo dobrze znane, szczególnie w Irlandii,  Whiskey in the Jar, po którym publika po raz pierwszy porządnie się ożywiła, śpiewając cały utwór z wokalistą. To był przedsmak tego, co miało się wydarzyć za parę chwil…

Zbliżała się 21, emocje powiązane z niecierpliwością i podnieceniem wirowały w powietrzu. W parę minut technicy uporali się ze sprzętem supportującego przed momentem Sweet Savage, przygotowali scenę i sprawdzili wszystko tak aby nie było żadnego zaniedbania i aby główna gwiazda wieczoru miała jak najlepszy komfort w zaprezentowaniu całego, swojego mistrzostwa. W momencie zgasły światła, z głośników wydobywały się mroczne, nasiąknięte grozą melodię i się zaczęło! Najpierw Wicker Man, świetny opener, który bardzo dobrze sprawdza się w tej roli. Szybki, żwawy, wprowadzający w koncert z dużym tupnięciem bezkompromisowy kawałek. Publika wypuściła z siebie pierwszą dawkę kumulowanych emocji, ja sam poczułem się tak jakoś lekko, z mocno bijącym sercem ale i z drgającą klatką piersiową. Kolejny utwór to jeden z lepszych na płycie Brave New World – Ghost Of The Navigator. Super sprawa, że zdecydowali się go grać, nie ukrywam bardzo mnie to ucieszyło, był to jeden z kawałków, które chciałem koniecznie usłyszeć na żywo. Następnie, jak to Bruce nazwał kiedyś w Rio de Janeiro: coś z epoki jurajskiej – Wratchild. Szybki, niemal dziki, pamiętający szalone czasy lat 80. Wtedy podczas refrenu O2 na poważnie ryknęła, tysiące gardeł wspólnie z Brucem śpiewała Wraaaatchild!!! Potem przyszła kolej na najnowsze dzieło Dziewicy – El Dorado. Na żywo bardzo przyzwoicie i wydaje mi się, że utwór ten ma szansę przebić się do koncertowej set listy w przyszłości. Zanim zaczęli Bruce może z 2 minuty zaczął przemawiać do tłumu i opowiadać o zbliżającej się nowej płycie. Ogólnie aktualna set lista obejmowała utwory głównie po roku 2000. Wcale mi to nie przeszkadzało, gdyż z tych 3 ostatnich płyt można by wyłowić parę naprawdę rodzynków, mogących śmiało konkurować z nieśmiertelnymi hitami z początku istnienia grupy. Do tego miana może kandydować Dance of Death,  stopniowo rozpędzający się utwór ze zmianami tempa i charakterystycznym nastrojem. Następnie przejście do aktualnie najnowszego krążka A Matter Of Life And Death i dwie, jedna po drugiej z tejże płyty The Reincarnation Of Benjamin Breeg oraz Thes Colours Don’t Runs. Przed rozpoczęciem tego drugiego Bruce raz jeszcze przemówił, tym razem nad ogólnym bezsensem wojny. Trzy kolejne na liście utwory to Blood Brothers, Wildest Dreams i No More Lies. W tej części koncertu troszeczkę jakby się uspokoiło, skłoniło ku temu jednak lżejsze tempo grania i generalnie spokojniejsze kawałki. A może też było swego rodzaju pierwsze liczenie publiczności czy też łapanie przez nią oddechu po efektownym początku i przed równie interesującym i bardzo szybko zbliżającym się końcem… Po tym delikatnym fragmencie kolej przyszła na trzy nieśmiertelne i legendarne hity: Brave New World, Fear Of The Dark i Iron Maiden. Szczególnie w dwóch ostatnich hala została mocno ożywiona i rozpalona. Płyta szalała a trybuny jakby chciały do niej dołączyć i znaleźć się tam na dole, tuż przed sceną… Ciężko było usiedzieć w spokoju a nawet chyba nie było nikogo kto byłby w stanie w tamtej chwili to zrobić. Podczas grania żelaznego punktu każdego koncertu, czyli Iron Maiden na scenie pojawił się monstrualny i odmieniony Eddie. W tym czasie raz kolejny powiało z sektorów spontaniczną i niemal spazmatyczną reakcją rozczerwienionych do granic fanów. Ed jak to ma w zwyczaju wdał się w przepychankę z Janickiem Gersem, pomachał groźnie w kierunku publiczności, potrzymał przez moment gitarę i sobie poszedł. I kiedy się to stało nastąpiła przerwa w graniu. Owacja na stojąco i wyczekiwanie na bisy.

Te przyszły w miarę szybko i najpierw w hebanowych ciemnościach zaczęły pojawiać się światła i niemal zza światów wydobywał się złowieszczy, charakterystyczny głos:

Woe to you, on earth and sea,
for the Devil sends the beast with wrath,
beacause he knows the time is short…

The Number Of The Beast, utwór sztandarowy w repertuarze Żelaznej Dziewicy pojawił się i tym razem. Zaraz po nim kolejny hicior, fantastyczny majstersztyk Hallowed Be Thy Name i na sam koniec skoczny Running Free. Podczas tego ostatniego chłopcy zostali poczęstowani Guinnesem (podobno Steve Harris wychylił całego pinta za jednym razem, co umknęło mojej uwadze…), Bruce przedstawił każdego z osobna, podyskutował troszeczkę z publicznością i wspaniałe show dobiegło końca. Ostatni ze sceny zszedł Nicko McBrian, który rozdał co miał do rozdania, zawył do mikrofonu jakimś dzikim rykiem, uśmiechnął się i zniknął za kulisami.

Długo oczekiwany przeze mnie koncert przeszedł do historii. Jako, że było to dopiero moje drugie spotkanie na żywo z Iron Maiden toteż nie mam praktycznie żadnych uwag. Setlista osobiście mi odpowiadała, mogłem usłyszeć aż 4 kawałki ze świetnej płyty Brave New World, która nie powiem, zrobiła na mnie spore wrażenie. Nie było kawałka, który by mnie w jakiś sposób nudził. Duże wrażenie robiła niezwykła ruchliwość czy to Steva, czy Janicka czy też a może przede wszystkim Brucea, który skakał, biegał, wił się niczym wąż, niczym doświadczony aktor teatralny. Ogólnie wiele utworów zrealizowanych zostało bardzo pomysłowo, które budowane były tak, że nie sposób było się nie zachwycić czy też być zupełnie nie zainteresowanym. Ja byłem zarówno podbudowany jak i mocno podniecony całą tą atmosferą, wspaniałą, głośną, metalową muzyką i możliwością zobaczenia na żywo moich muzycznych idoli. Dla takich chwil warto żyć, to nie ulega najmniejszym wątpliwością…

Up The Irons! 😉

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *