Bałem się tej chwili… Autentycznie. Nie byłem sobie w stanie wyobrazić, że ten moment może kiedyś nadejść. A jednak stało się… Pisząc te słowa łzy same cisną mi się do oczu, niczym nastoletni fan a przecież co raz bliżej jest mi już do 30. Pewne etapy mają swój koniec, tak też jest pewnie teraz ale w dalszym ciągu to do mnie nie dociera.Widmo tej chwili ciążyło nade mną od momentu pojawienia się Raula w pierwszej drużynie Realu Madryt. W 1994 roku rozegrał swoje pierwsze minuty w wyjazdowym spotkaniu przeciwko Saragossie, pamiętam tamte czasy, pamiętam zacięte mecze pomiędzy Realem a Barceloną transmitowane jeszcze w hiszpańskiej stacji TVE, w których Raul nie rzadko odgrywał pierwszoplanowe role. Wtedy dopiero zaczynał swoją, jak się później okazało wielką karierę… Karierę, która w moim odczuciu miała być związana tylko i wyłącznie z Królewskimi. Oczywiście bałem się momentu kiedyRaul powie dość i zawiesi buty na kołku ale nawet gdyby tak się stało to i tak miało się to dziać na Santiago Bernabeu, w białej koszulce na piersi. Przeżył bym to, ze smutkiem i ogromnym żalem ale jakoś bym to zniósł.
A dzisiaj? Sytuacja jest taka, że El Siete kończy swoją długoletnią i piękną przygodę z Realem i najprawdopodobniej opuści swój ukochany klub na rzecz innego. Raul w innej koszulce? Nie ogarniam tego, nie potrafię… Mówi się, że to już nie jest ten sam Raul co kiedyś, że jest co raz mniej skuteczny, że co raz mniej przydatny, że konkurencja w zespole za silna, że sobie nie poradzi. Może jest w tym wszystkim prawda, której nie można za nic obalić, której nie można się przeciwstawić ale moje serce się buntuje i nie potrafi tego przyjąć do wiadomości. Pewne etapy się kończą, to jest nieuniknione, wszędzie i w każdym klubie. Weterani odchodzą, czy to na wieczny piłkarski odpoczynek kończąc swoje kariery, czy to do innych klubów aby pokopać jeszcze na stare lata. Działo się to w Realu już kiedyś i dziać się będzie w przyszłości. Alfredo Di Stefano, Pirri, Hugo Sanchez, Emilio Butrageño, Michel, Fernando Hierro, Fernando Redondo, Fernando Morientes, Roberto Carlos czy też choćby Michel Salgado – oni wszyscy tworzyli legendę klubu z Concha Espina i każdy z nich z Realu odszedł i karierę kończył gdzie indziej. I jeśli nawet tak wielki mistrz jak Don Alfredo (Di Stefano) zdecydował się zagrać w Espanyolu to może należy również wziąć poprawkę na Raula? Nie, nie potrafię…
Z drugiej strony byli też tacy, którzy jednak na Santiago Bernabeu zakończyli swoje wielkie granie. Gento mógł, Santamaría mógł, Puskás mógł, Santillana mógł, Del Bosque mógł, Camacho mógł, Sanchís mógł, Valdano mógł, Zidane mógł to dlaczego nie może Raul? Nie wiem czy na miejscu były stwierdzenia nowego trenera Realu – Mourinho, że Raul z pewnością będzie pełnił rolę rezerwowego, że będzie kimś takim jak Cordoba i Materazzi w byłym klubie Portugalskiego szkoleniowca. Raul miałby być w dalszym ciągu liderem w szatni, miałby motywować, dawać przykład i pomagać młodszym. A jakby tak każdy zaczynał z zerowym kontem? Każdy dostawał swoje szanse w nadchodzącym sezonie? W moim odczuciu Raul wcale nie musiałby być balastem, sportowo mógłby Real jeszcze obdarować.
Kapitan jednak zdecydował. Jako człowiek bardzo ambitny i w dalszym ciągu czujący się na siłach aby grać na wysokim poziomie, chce odejść. Madryt niestety już mu tego nie gwarantował, Madryt ma inną filozofię, nowy projekt, w którym niestety dla Raula miejsca nie ma… Żywa legenda musi usunąć się w cień. Niby robi to dobrowolnie ale jednak jakby pod delikatnym naciskiem Mourinho i Pereza. Ten drugi, jak wyżej wspomniałem, ma już na koncie spektakularne rozstania z ikonami Realu: w niejasnych okolicznościach, tuż po zdobyciu mistrzostwa, żegna się z Hierro i Del Bosque. Pewne jest to, że o zasługach Raula w Realu nie zapomną, będzie pożegnalny mecz, może nawet jakaś ulica w stolicy Hiszpanii zostanie nazwana jego imieniem? A może ktoś kiedyś postawi mu pomnik? Fani Królewskiego klubu nie zapomną Raula nigdy, nie zapomną jego niezliczonej ilości bramek, nie zapomną trofeów, które Raul pomógł wywalczyć, na zawsze pozostanie w pamięci i w sercach. Wiadomo już też, że magiczny numer 7 przejdzie w inne ręce, nie zostanie jak choćby w Milanie (Baresi – 6, Maldini – 3) zastrzeżony. Tego się w lidze hiszpańskiej nie robi. Na siódemkę już czyha Cristiano Ronaldo – zawodnik bardzo utalentowany, bramkostrzelny i widowiskowy. Ma możliwości aby przejąć i godnie nosić ten legendarny numer. Ma szansę stać się symbolem Realu ale Raulowych osiągnięć i rekordów raczej nie doścignie.
Real Madryt traci swojego Wielkiego Kapitana. Takimi ruchami klub pozbywa się tożsamości, można odnieść wrażenie, że Realowi nie zależy na kultywowaniu tradycji. Takie historie nie pomagają. Co by się nie wydarzyło zawsze będą Raulowi kibicował. A za to co zrobił dla Realu Madryt, za to ile nam wszystkim dał radości, za te piękne bramki i fenomenalne akcje ma u mnie dozgonną wdzięczność. Dziękuję Ci, z całego serca Ci dziękuję! Jednocześnie płaczę, bo nie tak to sobie wyobrażałem…


Witaj Ćwirku, bardzo interesujący artykuł mocno nasycony Twoimi emocjami. Wiem co czujesz, bo miałam podobne odczucia, kiedy kapitan Milanu, Paolo Maldini kończył karierę. A tak na marginesie, to do Twojego tekstu wkradł się mały błąd. To numer 3 został zarezerwowany dla Paolo Maldiniego, nie czwórka.
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Rzeczywiście, Maldini miał 3 a nie 4 – już poprawione.
Co do tekstu to tak, pisałem pod wpływem emocji. Dla mnie, dla fana Realu Madryt od 15 lat, czyli mniej więcej od momentu, w którym na Santiago Bernabeu zjawił się Raul, te wczorajsze i dzisiejsze chwile to wielki szok i niedowierzanie…
Na szczęście mogłem choć raz zobaczyć El Siete w akcji z trybun. Co prawda nie zdobył bramki ale grał – moje oczy to widziały i to jest najważniejsze.
A tak w ogóle czyżbyś miała pojęcie na temat piłki nożnej? Byłbym zaskoczony. 🙂
pozdrawiam!
Miałam odezwać się wczoraj rano, ale już nie wystarczyło mi czasu na zostawienie komentarza.
Uwielbiam stadionową atmosferę. Dopóki nie stawiłam się na prawdziwym stadionie, mogłam swobodnie oglądać mecze w telewizji. Potem mi się odmieniło. Po tak niezapomnianym wrażeniu, jakie stwarza wizyta na kilkudziesięciotysięcznym stadionie o światowej sławie, siedzenie przed szklanym ekranem wydawało mi się żałosną namiastką meczu obserwowanego z trybun.
Byłam trzy razy na meczu “mojej” włoskiej drużyny, a właściciela milanowej 3 widziałam chyba dwa razy, jeśli się nie mylę.
Nie, nie mogę powiedzieć, że jestem specjalistką od piłki nożnej. Jakieś tam pojęcie mam, ale nie za duże 😉