Będąc w Cannes, szczególnie w okresie Festiwalu Filmowego dość trudno o spokój. Jeśli ktoś w tym czasie zamarzyłby sobie o ucieczce z miejskiego zgiełku, o po obcowaniu trochę z naturą, po prostu o ciszy, to jest jedno wyjście. Nie trzeba szukać gdzieś daleko za miastem, nie trzeba uciekać i planować wyjazdu na całodniową wycieczkę, wystarczy kwadrans i już będziemy w upragnionej oazie spokoju. Cóż to za miejsce? Zapraszam na Wyspę Św. Małgorzaty…
Gdy stanie się gdziekolwiek nad morzem w Cannes, w okolicach głównej promenady miasta, w porcie czy też od strony Palm Beach, to nie sposób tej wyspy nie zauważyć. My patrzyliśmy na nią niemal codziennie i już od samego przyjazdu wiedzieliśmy, że się na nią udamy. Niby sprawdzałem wcześniej w internecie co to za miejsce i co można w nim zobaczyć, miałem jako takie wyobrażenie co do tej wyspy z wcześniejszych opowieści Doroty ale, jak to bywa, na własne oczy jest zawsze inaczej. Niby teoretycznie wiesz ale i tak wszystko cię zaskakuje. To dobrze. Ja przynajmniej byłem zadowolony i jednocześnie podekscytowany, zarówno przed wycieczką, jak i w trakcie jej zwiedzania.
Mamy wyspę. Trzeba się na nią jakoś przetransportować – jak? Najłatwiej jest przepłynąć statkiem. Sprawa jak się okazało banalnie prosta aczkolwiek za pierwszym razem zdaliśmy się na pomoc naszej koleżanki, która zaprowadziła nas do portu, z którego odpływały promy. Szybki, ranny przejazd autobusem miejskim (linia numer 8 ) wzdłuż Bulwaru de la Croisette, wysiadka na ostatnim przystanku tuż przy Hotel de Ville, krótki marsz obok portowej mariny i po niespełna 30 minutach jesteśmy przed kasami. Pogoda tego dnia (zresztą każdego dnia praktycznie) dopisywała, czyli niebo nad nami było koloru blue, słoneczko ogrzewało aż miło a chmurki porozstawiane gdzieniegdzie wcale nie zapowiadały deszczu. Wczasować się i nie umierać – chciałoby się rzec. Najpierw jednak należało znaleźć się na pokładzie stateczku wycieczkowego a następnie już na samej wyspie.



Z biletami nie było żadnych ale to żadnych problemów. Cena za osobę dorosłą tam i z powrotem wyniosła 12 euro, dzieci do lat 5 płyną za darmo i promy kursują od 9 rano do 17:30 co pół godzinki. My władowaliśmy się na ten o godzinie 10:00. Na początku wydawało się, że popłynie garstka ludzi, gdy już się znaleźliśmy na pokładzie nagle pojawiły się dwie duże wycieczki i prawie nie było gdzie szpilki włożyć. Trochę się na to skrzywiłem, no ale co zrobić, każdy chce odpocząć od miasta, nie tylko my.

Prom typowo pasażerski, z dolnym i górnym pokładem, na dwóch płozach, mogący naraz zabrać coś pod 200 osób. Z portu wypłynęliśmy tyłem, później przez cały teren zatoczki portowej sunęliśmy bardzo wolno, dopiero po jej opuszczeniu kapitan się rozpędził i gnał ile mu fabryka dała. W marinie zacumowane były kutry jachty z wyższej półki, co jeden to większy i piękniejszy. Nad nami co kilka minut kursował mały helikopter (ląd-wyspa, na którą płynęliśmy) a trochę dalej, na wodach głębszych stał sobie ogromny statek pasażerski. Spoglądaliśmy na rozsypane po morzu jachty, na oddalający się stały ląd, na ośnieżone szczyty Alp majaczące gdzieś daleko na horyzoncie, cieszyliśmy się podmuchami wiatru i wlepialiśmy ślepia we wzburzoną, białą toń, tworzącą się tuż za silnikiem. Przejażdżka trwała nie więcej niż 2 kwadranse.
Podpływając pod wyspę od razu w oczy rzuca się pokaźna twierdza usadowiona tuż nad skalnym urwiskiem. Widać ją co prawda było z cannienskich brzegów ale dopiero teraz nabrała wyrazistości, choć tak po prawdzie to na pierwszym planie widniał duży mur, dopiero za nim dało się zauważyć kamienne budynki. Sama wyspa okazała się dość spora, przynajmniej na pierwszy rzut oka i z perspektywy bycia na niej. Posiadała niewielki porcik tuż obok drewnianego mola, na które wysiadaliśmy z promu, trochę jachtów stojących na północnych wodach i ścianę zieleni – składającą się między innymi z pinii (sosen parasolowych) i eukaliptusów- ciągnącą się w obie strony wyspy.
Stateczek wyładował się w mgnieniu oka, wszyscy ludzie gdzieś się rozproszyli, grupka czekająca na powrót do Cannes zajęła nasze niedawne miejsca a my ciekawi wyspy postanawiamy się z nią bliżej zapoznać. Odpuściliśmy na razie Fort Royal (zostawiając go sobie na koniec), który stał się pierwszym celem wycieczkowej chmary i powędrowaliśmy w prawo, mając w planie obejście wyspy dookoła. Pierwsza myśl kłębiąca się w mojej głowie kazała jak najprędzej wyszukać odpowiednie miejsce na wejście do wody. Było ciepło, lazurek w wodzie prawie że wołał aby wskoczyć, więc nic dziwnego, że zamarzyła mi się ochłoda. Jak się później okazało, jedynym sensownym miejscem kąpielowym była właśnie plaża na północno-zachodnim brzegu wyspy (czyli tam gdzie się znajdowaliśmy) – nie wiedząc tego wcześniej poszliśmy na drugą stronę z myślą, że może uda się zlokalizować bardziej odludne miejsce.


Pierwszy odcinek trasy wiedzie wzdłuż plaży, poprzez specjalnie zbudowaną drewnianą platformę – dla wózka dziecięcego jak się patrzy. Spacerkiem dotarliśmy do jej końca, minęliśmy małe jeziorko (jedyne na całej wyspie) i po chwili postoju (ach jaka ta woda czysta i przeźroczysta!) weszliśmy w mały lasek. Victoria dostała przypływu mocy i dając upust energii gnała gdzieś szaleńczo przed siebie, wywołując w nas rodzicielskiego stracha i powodując, że i tata musiał trochę pobiegać (gdy zakręt wchłaniał małą biegaczkę). Po chwili wyszliśmy na drugą stronę wyspy (akurat ten kraniec był najwęższy, toteż przejście z jednego brzegu na drugi zajmuję kilka minut) i podreptaliśmy z wózkiem w rękach (nawał kamieni skutecznie odstraszał małe, wózkowe kółka) ku betonowemu bunkrowi. Bunkier z czasów 2 Wojny Światowej, niczym szczególnym nie zachwycił, w dodatku nie można się było dostać do jego środka (co mogło być jedyną ”atrakcją”), tak więc szybko zawróciliśmy. Znaleźliśmy się na zachodnim krańcu wyspy i mieliśmy do pokonania całą jej długość, czyli jakieś 3 kilometry.

Och ile bym dał teraz za tamte ciepłe promienie słońca, za wszechobecną jasność i jakąś taką pozytywną chęć do życia… Nie wiem, może to wszystko przez urlopowy, wakacyjny czas, który spowodował, że nie myśleliśmy o sprawach przyziemnych, o codzienności i monotonii? Szliśmy sobie wówczas bardzo relaksacyjnie, podziwialiśmy błękit morza, roślinność – cieszyliśmy się chwilą – tym że to dopiero początek odpoczywania i że jeszcze tyle dni przed nami. Tymczasem minęła nas grupka głośnej, francuskiej młodzieży szkolnej (co oni tam w południe robili? szkoły nie działają?), która dołączyła do reszty kolegów i pod osłoną drzew wszyscy rozbili piknik. Przechodząc obok nich również pomyśleliśmy, że nic złego by się nie stało gdybyśmy również znaleźli dogodną miejscówkę na lunch. Zanim pomysł został zrealizowany (a został :)) podeszliśmy pod kolejną, historyczną budowlę.

Cannonball, czyli piece z kulami armatnimi były wykorzystywane do obrony wybrzeża. Większość zbudowano na rozkaz młodego wówczas Generała, niejakiego Napoleona Bonaparte w 1793 roku. Baterie wyposażone w takie piece mogły wystrzelić kule armatnie, każdą w odstępie 10 minut. Te ,,kule zapalające” były bardzo skuteczne i siały popłoch wśród statków wroga.
Od tej strony wyspy, przez całą jej długość wzdłuż wybrzeża idzie się praktycznie cały czas pod osłoną drzew. Co jakiś czas oczywiście wychodziliśmy na odsłonięte fragmenty drogi ale zielone było na wyciągnięcie ręki. Właśnie w jednym z takich zielonych fragmencików postanowiliśmy przycupnąć i coś przekąsić. W rejonie wyspy, w którym się znaleźliśmy, były świetne miejsca przystosowane do tego typu kulinarnych wypoczynków. Kamienne stoły i ławy zrobiono ze skał – podobierano odpowiedniej wielkości i o odpowiednim kształcie głazy i poustawiano we właściwy sposób. Spędziliśmy tam chwilę, zjedliśmy co było do zjedzenia i spokojnie powędrowaliśmy dalej. Wspominałem na początku o kapaniu, że być może uda się to tutaj. Niestety – łatwego dojścia do wody z tej strony nie było, poszarpany i kamienisty brzeg nie ułatwiał sprawy i o orzeźwiającej kąpieli musiałem zapomnieć. Kąpali się za to inni ale nie z brzegu, a z jachtów.



Z reguły bywa tak, że jeśli ktoś ma ochotę na odpoczynek to zabiera ze sobą, nie wiem: kosz piknikowy, koc, stolik, krzesła turystyczne i jedzie sobie za miasto albo idzie do parku i tam się rozkłada – tak robią zwykli ludzie. Przechadzając się po wyspie Świętej Małgorzaty również widzieliśmy wypoczywających ludzi: rozleniwieni, opaleni, w strojach kąpielowych lub bez wylegiwali się na pokładach swoich ekskluzywnych i drogich jachtów różnej wielkości. Część cieszyła się słońcem, inni sobie pływali w morzu a my na to wszystko spoglądaliśmy zastanawiając się jak to jest, że oni mają a my mieć nie możemy? 🙂 Co trzeba zrobić, gdzie pracować ażeby stać się właścicielem takiego jachciku? Nie musi być nie wiadomo jak wielkich gabarytów, najzwyklejszy albo najmniejszy nawet – po prostu mieć i móc z niego korzystać… 🙂
W tej części wyspy znajdują się tereny prywatne, do których nie dało rady wejść. Całość otoczona kamiennym murem, ciągnącym się wzdłuż drogi, po której maszerowaliśmy. Le Grand Jardin, bo tak te prywatne włości się nazywały nie mówiły nam praktycznie nic. Dopiero po jakimś czasie dotarłem do informacji, że niejaki Vijay Mallya – Indyjski biznesmen (m. in. właściciel ,,Force India” wyścigowej stajni startującej w Formule 1) – nabył te luksusowe nieruchomości za 43 miliony euro.
W pewnej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie przejść całego obwodu wyspy, następnie spędzić trochę czasu nad wodą i jeszcze wstąpić do Fort Royal. Trzeba było nanieść malutką modyfikację polegającą na skróceniu naszej wędrówki. Mniej więcej w połowie pętli postanawiamy przeciąć wyspę i udać się prosto w kierunku strefy przypłynięcia tutaj parę godzin wcześniej. Generalnie jeśliby spojrzeć na wyspę z lotu ptaka to jest ona poprzecinana kilkunastoma, różnej długości drogami. Weszliśmy na jedną z takich poprzecznych dróżynek, która wprowadziła nas w las rosnący sobie po środku wyspy. Ominęliśmy prywatne posesje i aleją eukaliptusów dotarliśmy w okolice fortu. O ile droga opasająca całość była ogólnie przejezdna, to już te trasy wewnętrzne niekoniecznie. Przetelepało wózek na wszystkie możliwe strony i w pewnym sensie trochę żałowaliśmy, że musieliśmy go ze sobą targać. No ale z drugiej strony władowało się w niego różne tobołki, jedzenie i przede wszystkim Victorię, która wymagała w pewnych momentach odpoczynku, więc były i plusy i minusy.
Po około godzinie, a była już niemal 3 po południu, rozłożyliśmy się na plaży w miejscu, gdzie kończyła się drewniana kładka spacerowa. Po niemal bezustannym marszu należała się chwila odpoczynku. Morze przy pierwszym zetknięciu dość zimnawe, wiadomo trzeba albo na dzikolca, albo stopniowo – mnie zajęło spory fragment czasu zanim całkowicie się zanurzyłem, ale gdy już się to w końcu stało… W ruch poszła moja podwodna maska, nogi przebierały równomiernie, oddech wstrzymany i cały podwodny świat miałem tylko dla siebie. Takie zanurzenia nie trwały więcej niż kilkanaście, kilkadziesiąt (?) sekund ale i tak udało się po obcować z morskimi roślinkami, pozbierać parę kamyków z dna czy spotkać bardzo płochliwe, kolorowe rybki. Oczywiście woda błysk! Czyściutka, przeźroczysta, niezwykle przejrzysta – aż chciałoby się mieć płetwy i butlę do oddychania. Jeśli tak proste nurkowanie może sprawić tyle przyjemności, to co dopiero musi być w rafie koralowej i z całym profesjonalnym sprzętem? 🙂 Trochę popływałem, trochę poleżeliśmy na piasku, cały czas obserwując morze, Cannes w oddali, wyspę za plecami i fort z boku. Z Wyspy Św. Małgorzaty w stronę Cannes płynęły małe łódki żaglowe, z dziećmi w wieku szkolnym na pokładzie. Płynął z nimi instruktor, każdy w ochronnym kapoku, jedna część z żaglami błękitnymi, inna w kolorze czerwieni. Wiedzieliśmy już wcześniej, że tego typu szkoła pod żaglami jest ale w sumie nie spodziewaliśmy się, że tak młodzi żeglarze pokonują aż tak daleki dystans? Szacunek dla nich, bo sam chyba miałbym stracha 🙂


Penetrację wyspy zakończyliśmy w miejscu, które jest tam najbardziej popularne, w miejscu do którego ciągną chyba wszyscy turyści odwiedzający Wyspę Św. Małgorzaty. Mówi Wam coś określenie ,,Człowiek w żelaznej masce”? Nie? Postaram się przybliżyć w kolejnej historii. 😉





takimi obrazkami nam tu w zimie po oczach dawać! A jaki to był dzień tygodnia, pamiętasz? Bodajże w środy francuskie dzieci nie chodzą do szkoły..
Jestem prawie, że w 100% pewien, że był to czwartek. A z tą wolną środą to masz rację, mają tam taki dziwny zwyczaj, że środa jest (nie wiedzieć czemu i po co? :-)) wolna od szkoły. Skoro za oknem zimowo, to właśnie należy czasami sobie osładzać aurę 😉
Jasne, świetnie opisana historia zarówno przez Dumasa jak i naszego króla pióra, Waldemara Łysiaka.
Czy jest ona związana z owa Wyspa?
Kurcze, bardzo ciekawe. W ogóle jak widzę Was pluskających się w wodzie, to Az poczułem ta przyjemność i relaks. Ja akurat dokańczam kilka dużych projektów i jest przy tym pracy, bo i ludzie sa w to włączeni.
Do przodu.
Życzę Wam bardzo bogatego nowego roku.
Dokładnie, Człowiek w żelaznej masce jest ścisłe powiązany z Wyspą św. Małgorzaty. Wszak spędził on na niej dobre kilka lat swojego życia. Niebawem mam nadzieję, że co nie co o tym tutaj opowiem.
Powodzenia w pracy i również życzę szczęśliwego nowego roku!
Hey
A wiec czekam na opowieści! fajne zdjęcia z kąpieli, Waszej szczęśliwej rodziny. Spod ilości projektów zaczynam myśleć o i tym elemencie życia, o tym by wrzeszczcie pluskać się w wodzie, tak po prostu ciesząc się chwila
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, dzięki za historie. Piszcie dalej
Przeważnie tak bywa, że oglądając słoneczne zdjęcia zimą chciałoby się znaleźć już te parę miesięcy do przodu 🙂 Dzięki za życzenia i zapraszam do kolejnej lektury z Wysp Leryńskich, która się właśnie na blogu pojawiła.
pozdrawiam!
Dzięki serdeczne Cwirek.
W moim życiu tez sprawy się zmieniają do przodu, nabierają kierunku konkretnego, jednego co ułatwia realizacje innych marzeń, jak finansowe na przykład, dzięki którym niebawem wyjadę tez
Super piszesz! Będę tu często zaglądać bo podróże to moja wielka pasja!
Ciesze się, że Ci się podoba, i że lubisz podróżować – jak to się mówi: podróże kształcą 😉