Obiecałem sobie, że po pewnym czasie przemagluję najnowszą płytę Maidenów. Pojawiła się ona w połowie sierpnia, więc chyba czas najwyższy na moje spostrzeżenia. Zanim jeszcze 15 studyjny krążek ujrzał światło dzienne zastanawiałem się w jakiej konwencji on będzie? Czy chłopcy pójdą w stronę swoich wczesnych lat twórczych czy może zachowana zostanie linia z nutką progresji, która pojawiła się na ostatniej płycie AMOLAD czy wcześniejszej Dance of Death?
Przed oficjalną premierą światło dzienne ujrzał singiel. El Dorado nie wszystkim przypadł do gustu, powiem szczerze, że ja również słuchając go miałem mieszane uczucia… Trzeba było jednak zaczekać na album, na którym jak wiadomo wszystko brzmi troszeczkę inaczej, lepiej. The Final Frontier pojawił się w sklepach 16 sierpnia 2010, ja na moją osobistą premierę musiałem poczekać do 20 sierpnia, wtedy to dotarł do naszego longfordzkiego sklepu muzycznego mój egzemplarz, ówcześnie zamówiony przez panią właścicielkę tegoż sklepiku. Mając tę płytę w rękach oprócz wspomnianego singla, nie wiedziałem co ona zawiera. Wzbraniałem się jak mogłem od wcześniejszego poznania zawartości, chciałem wszystko odkrywać w momencie odpalenia jej w domu, nie miałem zamiaru odsłuchiwać gdzieś w internecie. Jedyne na co się skusiłem to na opinie fanów, zamieszczane na forum sanktuariumfc.org, co do poszczególnych kawałków.
Zaczęło się mocno i dosyć zaskakująco. Satellite 15… The Final Frontier to utwór, który mógłby być podzielony na pół. Z jednego śmiało można by zrobić dwa choć osobiście wolę go w takiej formie w jakiej został wymyślony. A pomysł był szczególny i wypalił według mnie w 100 procentach! Całość to ponad 8 minut z czego mniej więcej połowa (4 min 35 sek) składa się na intro, którego w historii Iron Maiden jeszcze nie uświadczyliśmy. Złowrogie, mocne, ciężkie, szybkie. Słuchając tego można odnieść wrażenie, że dalsza część płyty zawierać będzie dużą dawkę porządnego, metalowego grania. Zachęca i intryguje a jego ogólna mroczność oraz tajemniczość powodują, że jest świetnym wstępem do dalszych kompozycji. Głos Dickinsona pojawia się dopiero po 2 minutach a właściwy utwór startuje w minucie 4 i 37 sekundach, kiedy to gitary, bas i perkusja mieszają się wzajemnie nadając The Final Frontier właściwego pędu. Tak jak pierwszy utwór na płycie jest czymś nowym w historii Dziewicy tak o kolejnym w pierwszych sekundach jego trwania można powiedzieć to samo.
El Dorado zaczyna się tak jakby był to koniec kompozycji. Dopiero po 20 sekundach Steve Harris swoim skocznym basem daje znak do rozpoczęcia. Tak jak pisałem piosenka ta nie każdemu się spodobała, z przesłuchania na przesłuchanie, przynajmniej u mnie jest z nią lepiej aczkolwiek stawiając ją w szeregu z pozostałymi na tej najnowszej płycie, plasuje się w ogonie stawki. Mother of Mercy to opowieść wojenna, okrucieństwo wojny widziane oczyma żołnierza, który siedząc w okopach zastanawia się nad sensownością bycia tam i generalnie nad sensownością wojny. Bardzo fajnie brzmi refren, kiedy Bruce melodyjnie wyśpiewuje: Mother of Mercy, Angel of Death, desire. Mother of Mercy, Taking my last breath of fire. Mother of Mercy, Angel of Pain, Mother of Mercy, Taking my last breath… Ogólnie utwór ten jest w spokojnych tonacjach, szczególnie na początku, dopiero później bardziej się rozkręca. Następna rzecz, czyli Coming Home można uznać za balladę, której słuchając odprężam się i wprawiam w zadumę. ,,Powrót do domu” się kończy i wskakuje The Alchemist. Bezkompromisowo, szybko niczym Ironi za starych dobrych czasów. Świetny kawałek, praktycznie przez całą długość nie zwalnia, gitary prześcigają się nonstop wzajemnie, perkusja akompaniuje, coś a’la The Trooper z przeszłości. Tym utworem można by zakończyć pierwszą część płyty. Początkowe 5 piosenek po części przypominały znane wszystkim Iron Maiden, były stosunkowo krótkie i dla mnie dobre a nawet bardzo dobre.
Kolejna piątka to utwory znacznie bardziej rozbudowane, momentami epickie, z dużą dozą zmian tempa, klimatyczne ale też drapieżne zarazem. Melancholią i celtyckimi legendami bije z Isle of Avalon. Początek jest niesamowicie intrygujący, jakby zatopiony w magii, pamiętam, że już podczas przesłuchiwania krótkich, 30 sekundowych sampli zwróciłem na niego większą uwagę. Jednak klimatyczność tego kawałka przechodzi z czasem w coś bardziej ostrego, w coś podobnego do znanego wszystkim Maiden aby po jakimś czasie raz jeszcze zwolnić. Siódmy na liście Starblind również został rozbudowany dość znacznie, również są zmiany tempa ale całość skonstruowana jest jako mocny i dość szybki metalowy kawałek, pomimo że sam początek to spokojny, prawie że delikatny śpiew Bruca. Dopiero potem jest wejście gitar, które wraz z perkusją Nicko McBriana rozhuśtają kompozycję do galopującego pędu. Album na tym etapie rozkręcił się już na dobre, kawałki są więcej niż bardzo dobre i Starblind na taką ocenę bez wątpienia zasługuje. The Talisman znów rozpoczyna się dostojnie, opowiada o wypłynięciu w ocean, o zostawieniu swojego ojczystego kraju, o zostawieniu trosk i problemów. Po ponad dwóch minutach rozpoczyna się sztorm! Nie tylko w tekście, utwór ze spokojnego zmienia się diametralnie i jak gdyby walczył z nacierającymi falami, z wściekłym wiatrem, świetne, praktycznie w ogóle nie zatrzymujące się granie aż do samego końca. Super refren, super gitary, na koncerty jak znalazł. Wszystko od numeru 6 na tej płycie, przynajmniej na początku ma taką samą konstrukcję, czyli miło, ładnie i przyjemnie. Tak też jest z The Man Who Would Be King. Delikatny i melodyjny wstęp ciągnie się do 1 minuty i 36 sekundy. Nagle pojawiają się gitary i perkusja, sukcesywnie podnosząc atmosferę aż utwór wystrzeliwuje! Po refrenie, w minucie 4 z hakiem raz jeszcze mamy gitarowe dźwięki, które ciągną się przez około 1,5 minuty. Całość jest, ze tak powiem niezwykle rześka, nie zwalniająca tempa i pomimo, że trwa prawie 8 i pół minuty nie nudzi się. Przynajmniej nie mnie. Jeśli już o długości wspomniałem to trzeba koniecznie napisać, że TFF jest najdłuższą płytą w całej dyskografii IM (76 min i 34 sek). Ale pomimo tego, w moim odbiorze wcale się nie dłuży. Da się usłyszeć głosy, że poszczególne piosenki mogły by być skrócone. Jak dla mnie, dobrze jest tak jak jest, nie chciałbym żadnych zmian i cięć.
Tym oto sposobem dotarłem do finału tego albumu. Dziesiątka jest prawdziwą perełką Steva Harrisa. Skomponował on utwór, który po jakimś czasie stanie się jednym z hitów Iron Maiden – jestem o tym więcej niż przekonany. When The Wind Wild Blows to kompozycja wielowarstwowa, epicka z fantastycznym tekstem, jest pełna dramatyzmu i choć może nie tak drapieżna ale jednak ciężka. Już samo rozpoczęcie powoduje, że zakochujemy się w tym utworze, kupuje nas i sprawia, że do końca będziemy siedzieć z przejęciem i zadowoleniem. Chociaż zawartość nie jest wesoła i optymistyczna, bo opowiada o zagładzie nuklearnej, o przygotowaniach na nadejście szalonego podmuchu wiatru, o wielkim rozbłysku i o niemocy… Opowiada o niespójnych informacjach nadlatujących ze szklanego ekranu… Końcówka tego dzieła jest identyczna jak początek, delikatny wiatr szumi gdzieś w oddali, uspakajając niedawne, szybsze dźwięki.
Każdy słuchając The Final Frontier może mieć swoje odczucia i oceny. Moja ocena, nie ukrywam tego, jest bardzo optymistyczna. Album ten podoba mi się znacznie bardziej niż A Matter Of Live And Death i całkiem prawdopodobne, że z czasem powinien jeszcze zyskać. Muzycy stworzyli dzieło nasiąknięte wspaniałą zawartością, zarówno muzyczną jak i tekstową, utwory bywają wzniosłe i przejmujące ale także szybkie i z pazurem. Jest sporo melodyjności, zmian tempa, gitarowych pojedynków a wszystko łączone klamrą basu i perkusji. Czy to źle, że Dziewica zboczyła trochę ze swojego ciężko-metalowego kursu? Dla ortodoksyjnych fanów pewnie tak ale wydaje się, że tak być po prostu musi. Mnie to nie przeszkadza w żadnym wypadku, jestem szczęśliwy, że utwory bywają progresywne, że starają się tworzyć epickie dzieła. Z tak dużym bagażem doświadczenia mogą sobie na to pozwolić, Iron Maiden nie musi niczego udowadniać. Iron Maiden jest zbyt wielką legendą!
UP THE IRONS!


