Można powiedzieć, że minął ten czas niepostrzeżenie, jak mrugnięcie oka. Pamiętam jak dziś warszawskie lotnisko na Okęciu, emocje związane z lotem, strach i niepewność co czekać mnie będzie w dalekim kraju… Pamiętam pierwsze momenty w moim nowym mieście, pierwsze zaskoczenia, smutki i radości. Niby chwile uleciały żwawo ale jednak zdarzyło się wiele…Pięć latek to taka okrągła liczba, taka pierwsza rocznica. Przy tej okazji można pokusić się o rozmaite spostrzeżenia otaczającej rzeczywistości, o oceny własnych wyborów, o ocenę zachowań innych i generalnie można zrobić taki mały rachunek sumienia. Osobiście po tych 5 latach czuję się szczęśliwy. Prawie niczego nie żałuję, cieszę się, że moja irlandzka historia potoczyła się tak a nie inaczej, i że w tym konkretnym momencie jestem akurat tutaj. Tutaj jeśli idzie o pozycję geograficzną i tutaj jeśli idzie o miejsce, że to tak ujmę ,,w życiu”. Bo mogło być przecież różnie… Przy pomocy szczęścia oraz odpowiednich ruchów własnych udawało mi się zawsze spadać na cztery łapy. Udało mi się znaleźć pracę, utrzymać się w niej jak długo tylko się dało. Kiedy przyszedł jej koniec los chciał, że przez okres paru miesięcy zmuszony byłem siedzieć na bezrobociu. A trzeba zauważyć, że nastał wówczas okres, kiedy to z pracą nie było cukierkowo – Irlandia zaczęła się niebezpiecznie chybotać, rzesza ludzi z dnia na dzień traciła dotychczasowe zajęcia i masowo przechodziła na garnuszek państwa. Co ze mną się wtedy działo? Raz kolejny uśmiechnęło się szczęście. Zakotwiczyłem w kolejnej pracy, w której siedzę do dnia dzisiejszego.
Wyjeżdżając zagranicę i to nie ważne czy jedzie się do Irlandii, Anglii, Hiszpanii bądź do obojętnie jakiego, innego kraju najważniejszym wydaje się być praca. Jeśli się ją ma to człowiek czuję się lepiej. Jest pewny siebie, jest szczęśliwy, dostrzega o wiele więcej pozytywnych rzeczy potrafi spoglądać na świat bardziej kolorowo. W obecnych czasach, w dobie tego kryzysu i finansowego dołka z pracą łatwo nie jest. Ale czy można się tylko i wyłącznie zasłaniać kryzysem? Nie wydaje mi się… Zależy od ludzi, od ich chęci, od ich samozaparcia, od ich nastawienia… Rzecz jasna daleko mi jest od pouczania i dawania rad ale w pewnym momencie ktoś może się obudzić z ręką w nocniku i wtedy z całą pewnością pojawi się problem. Troszkę pesymistycznie, z nutką zdenerwowania ale sporą ilością prawdy można o tym poczytać TUTAJ. Warto próbować, coś zmieniać, szkolić się na własną rękę, szlifować język – każdej ze stron wyjdzie to na dobre. Przyjezdnym ale i tutejszym również. Z mojego kilkuletniego doświadczenia tutaj wiem, że im dłużej ktoś się izoluje tym trudniej mu później funkcjonować a przy okazji denerwuje go wszystko wokół. Ktoś powie, że to nie prawda ale raczej wszyscy wiedzą, że tak właśnie jest. Każdy jest kowalem własnego losu, ja mogę to tylko obserwować z boku. Jeśli na dzisiaj takie postępowanie jest dobre/wygodne to już w przyszłości, niekoniecznie…
To co powyżej, można podpiąć pod aspekty negatywne emigracyjnego życia. A pozytywy? Jest ich sporo. Jeden z najważniejszych, o ile nie najważniejszy, to finanse. Wiąże się z nimi sporo spraw, o nie każdy zabiegał przyjeżdżając tutaj do Irlandii. Jeśli się je ma to pozwalają na wiele. Mówi się, że pieniądze to nie wszystko… Ale tak do końca nikt chyba w to nie wierzy. Jestem wdzięczny Irlandii, że otworzyła mi wiele nowych drzwi. Pozwoliła mi na rzeczy, na które z całą pewnością nie mógłbym sobie pozwolić w Polsce. Nie żałuję wyjazdu, choć oczywiście mogło się to wszystko potoczyć różnie. Zaryzykowałem i się udało. Nie wiem co cenią sobie najbardziej inni emigranci będąc na Zielonej Wyspie. Wybory byłyby pewnie różne. Ja mogę powiedzieć jedno, dla mnie rzecz fundamentalna i bardzo ważna to spokojne jutro. Zasmakowałem tego uczucia i wiem, że inni również to sobie cenią.
Zawsze marzyłem aby nauczyć się języka obcego. Mieszkając nad Wisłą była na to mała szansa… Uważałem i w dalszym ciągu uważam, że najlepszym sposobem na poznanie obcego języka jest zagraniczny wyjazd. I tutaj kolejna pozytywna sprawa: Irlandia umożliwiła mi poznanie angielskiego, oczywiście daleka droga przede mną w całkowitym jego opanowaniu ale umiem o niebo lepiej niż choćby w 2005 roku i wcześniej. Zresztą żyjąc gdzieś zagranicą, porozumiewanie się po angielsku/niemiecku/francusku/włosku jest podstawą. W Irlandii co prawda wystąpiło zjawisko, którego bym się parę lat temu raczej nie spodziewał, że mogę swobodnie porozmawiać po polsku, jednak znacznie łatwiej funkcjonować jeśli zna się angielski. Łatwiej dla przybyszów, łatwiej dla tubylców, łatwiej dla ogólnej integracji dwóch społeczeństw. Jak wspomniałem z moją angielszczyzną nie jest tak jak bym tego oczekiwał, o wiele więcej powinienem umieć po tylu latach, zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony jest niebo a ziemia w porównaniu z moimi początkami na wyspie niemniej jednak czuję niedosyt. Moją naukę hamuje polska telewizja, rozmawianie po polsku w domu, obracanie się jednak w polskim towarzystwie ale przede wszystkim hamulcowym jest lenistwo i brak silnej woli… Być może się to zmieni, czy to przeze mnie gdy w końcu zacznę działać w tym kierunku a może czas zrobi swoje i samo jakoś do głowy wejdzie? Pewnie najgorszy w tej kwestii nie jestem, nie mniej jednak nie jest to żadne pocieszenie.
Irlandii jestem ogromnie wdzięczny za krajobrazy, za niesamowite miejsca do zwiedzania, za wszechobecną bogatą historię sięgającą nie rzadko kilku tysięcy lat. Poprzez życie w tym kraju odkryłem we mnie pasję podróżowania, przy okazji pojawiło się hobby fotografowania. Świetna sprawa a trzeba przyznać, że Irlandia bardzo wdzięczna jest jeśli idzie o podróżowanie. Pewnie nie twierdziłbym tak gdyby dalej siedział w Polsce, zresztą jakie ja miałem pojęcie o Irlandii 5 lat temu? Praktycznie żadne. Zmieniło się to diametralnie, z roku na rok, z miesiąca na miesiąc moje oczy widziały co raz więcej, moje zmysły wchłaniały łapczywie, moja dusza była coraz bardziej napełniana pięknem tych niepowtarzalnych, celtyckich krain… W tym miejscu mogę zapewnić wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji przyjechać do Irlandii a zastanawiają się nad tym, że na pewno nie pożałują! Wystarczy mieć nutkę podróżnika i chęci do poznawania – nikt się nie zawiedzie, gwarantuję. A czym zachwyciła mnie Irlandia jeśli idzie o szeroko pojęte podróżowanie? O atrakcje turystyczne? Jak parę linijek wyżej wspomniałem, podzieliłbym to na dwie rzeczy: zapierające dech w piersiach wręcz krajobrazy oraz przebogata historia. Nie trzeba nie wiadomo jak daleko jechać aby natrafić na piękno przyrody, aby liznąć dzikości, niedostępności i surowości tego kraju. Nie trzeba wiele aby poczuć historię, co rusz można natrafić na jakieś ruiny zamku czy też opactwa. Irlandia stoi ruinami można by stwierdzić, niektóre są zachowane lepiej inne gorzej ale jest tego na prawdę multum.
Sporym zaskoczeniem w pozytywnym tego słowa znaczeniu była dla mnie mentalność Irlandczyków. Na początku dziwiłem się temu ale dzisiaj chyba już w to wsiąkłem, prawdopodobnie w pewien sposób sam stałem się taki. Chodzi o pozytywne nastawienie do innych ludzi. Na każdym kroku, praktycznie wszędzie można spotkać się z przyjaznym nastawieniem i nie ważne czy jest się w sklepie, czy załatwia się jakieś urzędowe sprawy czy też jest się świadkiem rozmaitych sytuacji na ulicy. Jest to bardzo miłe i chciałoby się aby tak było zawsze i wszędzie. Ta otwartość to cecha, która podoba mi się bardzo i cenię Irlandczyków za to pozytywne nastawienie. Jest to coś co można by podpiąć do znanego stwierdzenia, że pesymista (Polak) uzna, że szklanka nalana jest do połowy a optymista (Irlandczyk) stwierdzi, ze jest w połowie pełna…
Nie wiem jaka będzie przyszłość, co się wydarzy? Nie mam jakiś szczególnych życzeń, najważniejsze aby wszyscy byli zdrowi i aby spokojne jutro zawsze mi towarzyszyło. 🙂
Jeśli czytają tego bloga emigranci mieszkający w Irlandii (a na pewno tacy się znajdą) lub też w innych krajach to chętnie bym się zapoznał z Waszymi odczuciami na temat emigracji? Zapraszam do dyskusji!
Sprawdzam tylko czy wchodzi.
A jednak weszło, coś zmieniałeś? Miałem bardzo różne fazy bycia w Irlandii. Czułem się bardzo różnie, od euforii do degrengolady. Mój stan jest obecnie stabilny. Nie chcę stąd wyjeżdżać, wszystko mi pasuje. Mam pracę, rodzinę, dom. Wynajęty co prawda. Drzewo jeszcze pasowałoby zasadzić, bo moja piękna Irlandia zasługuje na jeszcze jedno drzewko posadzone z miłości :)))
Hej Pendragon!
Widzę, że nareszcie się dobiłeś do mojego bloga! Nic nie zmieniałem ale najważniejsze, że komentarz wskoczył.
Co do moich faz to uczucie zwątpienia i zdenerwowania ogarnęło mnie chyba tylko raz, w momencie jak się tutaj pojawiłem i po prawie 2 miesiącach nie mogłem znaleźć pracy. Nieznajomość języka, strach w komunikowaniu się, to nie pomagało i w pewien sposób frustrowało.
Generalnie jestem szczęśliwy. Jeśli patrzeć na teraźniejszość ale i przeszłość również. Nie żałuję podjętych decyzji, cieszę się z dokonanych czynów i mam wielką nadzieję, że uczucie stabilizacji i bezpieczeństwa w dalszym ciągu będzie mi towarzyszyć. A nie ukrywam, że jest to dla mnie szalenie ważne.
pozdrawiam i do poczytania!
Te rocznice będziemy świętowac razem. 🙂 Tyle tylko, że ja zawsze będę miał na liczniku 12 miesiecy mniej (w połowie lipca minęły 4 lata odkąd jestem w Pradze).
Pozdrawiam!
To wyjechałeś tuż po Mistrzostwach Świata w Niemczech? 🙂 Rocznica goni rocznicę, nie spodziewałem się, że tak szybko to będzie lecieć… Tak się czasami zastanawiałem, że w przeciwieństwie do innych, ciekawy kierunek emigracyjny wybrałeś. Wszyscy gdzieś na zachód a Ty na południe 🙂 Najważniejsze aby znaleźć miejsce na ziemi, w którym się będzie czuć najlepiej. W niektórych aspektach tak właśnie mam, tak się czuję, tutaj na Zielonej Wyspie.
pozdrówka!