Westport, w mojej głowie pojawiło się już w 2007 roku, kiedy to przypadkiem znaleźliśmy się w tym mieście wracając do domu z Connemary. Byliśmy tam dosłownie parę minut i to tylko w samochodzie ale pamiętam, że ta chwileczka wystarczyła abym na dłużej o Westport pamiętał. Kolejny raz i znowu z auta byliśmy tam w lipcu tego roku, tym razem zrobiliśmy przejazd przez centrum ale znów nie dane nam było na dłużej się zatrzymać. Jak to bywa: do 3 razy sztuka – trzecia szansa pojawiła się podczas powrotu z Wyspy Achill. Wstąpiliśmy na godzinkę.
Przejazdem przez Westport
Przemieszczenie się z Achill Sound do Westport zajęło nam około 1 godzinkę. Spokojną jazdą przez Mulranny, Newport i parę innych mniejszych wiosek dotarliśmy do tego niewielkiego miasta. Westport położone jest nad zatoką Clew Bay na zachodnim brzegu Irlandii i stanowi ważny ośrodek turystyczny w tej części kraju. Wystarczy wspomnieć, że nieopodal znajduje się Achill Island, Connemara czy też Croagh Patrick, między innymi dla tych miejsc każdego roku przez Westport przewijają się tabuny turystów. My je liznęliśmy powierzchownie, był to przystanek przed naszą dalszą drogą i kolejnymi, bardziej ambitnymi atrakcjami. Jak wspomniałem nie jest to przesadnie wielkie miasto, toteż zrobiliśmy małą rundkę przez centrum i następnie zaparkowaliśmy samochód przy głównej ulicy. Fajne jest to, że przez pierwszą godzinę nie płaci się za parking, dopiero gdy upłynie ten czas należy uiścić opłatę. Przespacerowaliśmy się przez centrum, między innymi wzdłuż rzeki Carrowbeg, która płynie sobie przez Westport i wróciliśmy z powrotem w okolice auta. Sama rzeka jest świetnym miejscem na spacery, po obu jej stronach co parę metrów rosną drzewa, usytuowane są ozdobne ławki i pomimo, że całość jest betonowo-kamienna to można tam znaleźć klimat. Co jakiś czas rzekę przecinają stare, kamienne mosty co również dodaje uroku. Zostało nam może z pół godzinki, chcieliśmy zjeść coś ciepłego i nieskomplikowanego, więc znaleźliśmy sobie małą knajpkę, usytuowaną w jednej z bram przy głównej ulicy. Zamówiliśmy po zupie warzywnej (vegetable soup) z ciemnym chlebkiem, podładowaliśmy aparat i skorzystaliśmy z wc. Zabawiliśmy w Westport może z godzinkę ale to wystarczyło aby to miasto nam się spodobało. Pewnie trzeba by było spędzić tam troszkę więcej czasu aby je lepiej poznać, aby wejść we wszystkie interesujące zakamarki bo jak wspomniałem jest tu klimat i pozytywna atmosfera. Mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie zjawić się w Westport raz kolejny, wtedy zajmę się nim bardziej szczegółowo.
Posępna Connemara

Przed 15 byliśmy już w Connemarze. Z Westport jest to rzut beretem, wystarczy znaleźć się na drodze N59, przejechać kilkanaście kilometrów i już zachwycać się niepowtarzalnymi krajobrazami Gór, jezior, dolin, zatok… Wjeżdżając od północnej strony Connemary naszym oczom ukazują się szczyty pasma górskiego Maumturk, widok jest prześliczny! Mieliśmy to szczęście (a może nieszczęście jak się okaże później…), że niebo spowite było groźnymi i ciemnymi chmurami. Dodawało to atmosfery grozy, tak przyciemnione góry wydawały się jeszcze większe i jeszcze bardziej posępne oraz dostojne. Plan mieliśmy taki, że znajdziemy się gdzieś w okolicach Twelve Bens, chcieliśmy wspiąć się na jeden (lub więcej) z dwunastu szczytów tego pasma górskiego. Ambitniejsza strona tego pomysłu zakładała, że rozbijemy się gdzieś na tych wysokościach namiotem tak aby przenocować i następnego dzionka wyruszyć dalej. Jadąc N59 przejechaliśmy maleńkie Leename, później jechaliśmy sobie wzdłuż zatoki Killary Harbour i w pewnej chwili dojechaliśmy do drogi R344. Prowadzi ona w dół, praktycznie przecinając Connemarę z północy na północ. Położona jest bardzo malowniczo, wzdłuż efektownej doliny Inagh Valley, wciśnięta pomiędzy dwa wspomniane wyżej pasma Maumturk oraz Twelve Pins a jej długość to mniej więcej 15 kilometrów.

Po drodze minęliśmy kolejne 2 okazałe jeziorka (Lough Inagh i Derryclare Lough) i wylądowaliśmy z powrotem na N59, ale tym razem od strony południowej (na ostatniej prostej odcinka Galway-Clifden). Około 4 może 5 kilometrów na zachód od zjazdu z R344 jest schronisko, z którego wychodzi szlak obejmujący 6 wierzchołków masywu Twelve Pins. Niestety schronisko było zamknięte , więc nie udało nam się dowiedzieć jaka jest ta trasa, jakie kryje niebezpieczeństwa, czy da się ją w miarę sprawnie zaliczyć. Jedyne co nam pomogło, to informacja wisząca na drzwiach wejściowych, że wybierając się w góry należy mieć odpowiednie obuwie, ciepłe ciuchy, że nie ma żadnych oznakowań, żeby mieć prowiant i generalnie, że idzie się na własne ryzyko. Szybka decyzja: idziemy! Oczywiście nie było szans aby przejść te wszystkie 6 szczytów, chcieliśmy podejść wyżej i rozbić namiocik, ewentualnie dnia następnego, zaatakować te wierzchołki. Zaczęliśmy się pakować, wszystko przygotowywać, już mieliśmy zamykać auto i kierować się na początek tego szlaku aż tu nagle… deszcz. Zaczęło padać, nie jakoś przesadnie mocno ale bez ustanku. Daliśmy sobie 20 minut, że jeśli nie przestanie to trzeba będzie zrezygnować. Spoglądając na niebo szans wielkich na to, że aura się nad nami zlituje nie dostrzegaliśmy zbyt wielkich. Mniej więcej od południa, od naszego pojawienia się w Connemarze chmury gromadziły się i gromadziły, robiło się coraz ciemniej aż w końcu nie dało rady i popuściło… Po upływie wyznaczonego czasu zmuszeni byliśmy łazikowanie po górach odwołać. I co robimy dalej? Nowy pomysł wykiełkował szybciuteńko, zmodernizowaliśmy trochę plany i postanowiliśmy jechać na samo południe Connemary, do Rossaveet, skąd odpływają promy na Wyspy Aran. Deszcz sączył się z góry bez przerwy i nawet nie przypuszczaliśmy, że odegra w naszej dalszej podróży aż tak istotną rolę…
Uuuu, piękny cliffhanger na końcu posta 😉 Już nie mogę się doczekać ciągu dalszego przygód Cwirka 🙂
A Carrowbeg jest chociaż czysta? Bo, kurcze, u mnie w kanale to różne rzeczy pływają. Jakiś czas temu widziałam tam… telewizor. Kino dla ryb, nie ma co. Ciągle nie pojmuję, jak ludzie mogą być tak niewyczuleni na problemy zanieczyszczania środowiska. To takie piłowanie gałęzi na której się siedzi. Ech. Ręce i inne kończyny opadają 😉
A irlandzkie kremowe zupy uwielbiam. Yummy, yummy 🙂 A do tego pyszny, brown bread i świeżutkie masło, to już w ogóle rozkosz dla kubków smakowych.
A teraz zagadka na koniec: czy uda mi się zamieścić ten komentarz? 😉 Oto jest pytanie 🙂
Pozdrawiam serdecznie z mojej słonecznej – tak, tak! – mieściny 🙂
Hello Taita!
Czy Carrowbeg czysta? Dna nie widziałem ale też jakiś wielkich brudów i śmieci w jej korycie również. Podobna rzeczka do tej, która płynie sobie w moim miasteczku. Nie za czysta, nie za brudna, taka se 🙂
Vegetable Soup i Brown Bred, które konsumowaliśmy były smaczne. Zresztą, gdy je się zupki chińskie, kanapki i tym podobne to taka ciepła kremowa zupka warzywna serwowana wraz z ciemnym chlebkiem jest w sam raz. Jedząc ją byłem szczęśliwy, pomimo tego nawet, że robiona jest pewnie na styl: zmielić wszystko i podać (tak to sobie wyobraziłem).
Pozdrawiam z raczej pochmurnego, czasem deszczowego i chłodnego miasteczka! 🙂