Wstawanie z łoża o godzinie 4 rano nie jest rzeczą przyjemną i codzienną. Ale czasami trzeba. Dla mnie, osobnika ogólnie żyjącego w zgodzie i harmonii z łóżkowymi czeluściami tak szybkie rozpoczęcie dnia było małym wyzwaniem. No ale szykująca się przygoda nie uznawała wygody, łatwości i wypoczynku, tak więc pobudka w środku nocy była do przełknięcia.
Poranna wędrówka przez Rzeszów
Czas wskazywał może 4:30, kiedy to z kilkunastokilogramowymi plecakami maszerowaliśmy w stronę dworca kolejowego. Przejście przez ładny kawałek Rzeszowa zajęło nam z 45 minut. Już wtedy naszła mnie myśl, że mały wycisk nam te plecaki dadzą podczas zbliżających się dni. Będąc jeszcze w Irlandii, parę tygodni przed wyjazdem miałem ambitny plan ażeby podbudować się fizycznie i kondycyjnie, to też postanowiłem regularnie biegać i ćwiczyć. Miało mi to pomóc właśnie w momentach łażenia z ciężkim plecakiem po bezdrożach Krymu. Niestety jak to u mnie często bywa na postanowieniach się skończyło (zaliczyłem tylko parę biegowych seansów), więc moja forma była niewiadomą. Co prawda do sportowych ułomków nie należę ale bez treningu nawet wielki mistrz miewa problemy. Byłem ciekaw czy podołam i jak to wszystko zniosę? Pierwszy sprawdzian ulicami Rzeszowa o poranku sprawił, że moje morale nie było najwyższych lotów a i obawy zaczęły przelatywać przez głowę. Gdy dotarliśmy już do pociągów postanowiliśmy zjeść śniadanie. Potężnych rozmiarów zapiekanki nadały się do tego znakomicie. Szybko je pochłonęliśmy i parę minut przed 6 staliśmy na peronie, czekając na osobowy do Przemyśla.

Podróż do Przemyśla i Medyki
Odcinek 83 kilometrowy pokonaliśmy bez problemu. Trochę pogadaliśmy, trochę się zdrzemnęliśmy, przejechaliśmy przez kilka stacji i dojechaliśmy do tego 66 tysięcznego miasta leżącego nad Sanem. Nie zabawiliśmy tam długo. Po wyjściu z pociągu minęło kilka minut jak załadowaliśmy się wraz z grupą ludzi do mini-busa, który miał nas zawieść do Medyki. Była to taka namiastka maszrutek, kursujących po ukraińskich drogach. Zdradzając nieco fakty, napiszę że ta polska maszrutka była ,,najdziksza” ze wszystkich, jakimi dane nam było jeździć na Krymie. Kierowca (chyba Ukrainiec) załadował do swojego – już nie pierwszej młodości – busa maksymalną ilość pasażerów. Nam się poszczęściło, bo siedzieliśmy ale część ludzi spędziła tą sardynkową jazdę na stojąco. Jechaliśmy krótko, może jakieś 20 minut. Dystans pomiędzy Przemyślem a Medyką to około 13 kilometrów, była to taka przystaweczka tego, co miało na nas czekać na Półwyspie Krymskim. Ostatnie chwile na terenie Rzeczpospolitej spędziliśmy na przejściu granicznym w Medyce. Poszło gładko, parę minut, pieczątka w paszporcie i już staliśmy na ziemiach Ukrainy. Wraz z nami nie przechodziło zbyt wiele osób, trochę więcej przejeżdżało ale to może dlatego, że była sobota rano?
Prawdziwa przygoda zaczyna się na Ukrainie!
Do odjazdu pociągu mieliśmy 4 godziny. Musieliśmy w tym czasie przedostać się jakoś do Lwowa, jedyną niewiadomą było jak to zrobimy? Obawy okazały się bezpodstawne, bo pomimo zapewnień panów Ukraińców, czyhających na podróżnych już parę metrów za granicą i chcących koniecznie nas zabrać swoimi prywatnymi samochodami, że żadnych autobusów w sobotę rano nie ma, to jednak bez problemu udało nam się takowy znaleźć. Ta część Szegini, tuż za granicą nie miała w sobie nic interesującego. Szliśmy główną drogą, przy której w szeregu wyeksponowane były sklepy i po paru minutach zauważyliśmy wspomniany autobus. Koszt takiego przejazdu to 20 HRY od osoby. Pojazd już nie pierwszej jakości po kilku chwilach prawie w całości się zapełnił i odjechał w kierunku stolicy obwodu lwowskiego.
Jak to bywa w przypadku znalezienia się w nowym miejscu a przecież była to moja dziewicza wizyta w kraju byłego ZSRR, od razu skierowałem głowę w stronę szyby. Powiem szczerze, że rzeczywistość, w której się znaleźliśmy trochę mnie zaskoczyła. Zdziwiłem się, patrząc na domy, zerkając na mocno nierówne, dziurawe drogi i generalnie na otoczenie, żywcem wyjęte z Polski lat 80… Słyszałem wcześniej, że na Ukrainie czy ogólnie na wschodzie nie ma rarytasów, że ludziom żyje się ciężko i miałem jako takie wyobrażenie ale widząc to na własne oczy obraz ten wydaje się bardziej spotęgowany. Jedna rzecz wydała się interesująca: domostwa zwykłych ludzi nie były w najlepszej kondycji i prezentowały się raczej kiepsko ale za to Cerkwie biły po oczach przepychem, względną czystością i złotymi (pozłacanymi) dachami.
Lwów – największe miasto zachodniej Ukrainy
Bez większych przygód, trochę zgnieceni plecakami i potelepani drogowymi dziurami dotarliśmy do największego miasta na północnym zachodzie Ukrainy – Lwowa. Ulice od razu zrobiły się jakby szersze, po których jeździło znacznie więcej samochodów. W dalszym ciągu większość była stara ale pojawiały się rodzynki w stylu Porsche Cayenne czy najnowsze wersje Audi. W tej kwestii były ogromne kontrasty, odniosłem wrażenie jakby nie było klasy średniej: z jednej strony wozy przeznaczone dla najbogatszych, później pustka i na końcu cała rzesza aut 10, 15, 20 letnich .
Lwów przez wielu uważany jest za najpiękniejsze miasto Ukrainy, mówi się, że jest to taki polski Kraków, ze starymi kamienicami, z mnóstwem zabytków, z pięknym rynkiem i ogólnie z podobnym klimatem. Być może coś w tym jest, ale osobiście troszeczkę się rozczarowałem. W porządku, nie widzieliśmy zbyt wiele, bo autobusik podjechał prosto pod dworzec, nie zagłębiając się w miasto praktycznie w ogóle. Także poznając tylko ten mały fragmencik doznałem mieszanych uczuć. Drogi niestety okazały się równie dziurawe jak wcześniej, chodniki także do modnych nie należały, niektóre budynki mocno niechlujne, odrapane, szare, nie wiem jakby niedokończone albo rozebrane do połowy i zostawione na pastwę czasu? Na ulicach panował delikatny chaos, naszło mnie wyobrażenie, że jest to taka lepsza wersja drogowych cyrków z Indii czy innej Tajlandii gdzie wszyscy jeżdżą jak im się podoba. Przed oczami stanął mi czerwiec przyszłego roku i chwile, gdy do Lwowa zjadą fani futbolu z całej Europy. Część pewnie dotrze samolotem (a lotnisko jest tam akurat całkiem porządne), inni przyjadą samochodami ale spora część kibiców dojedzie zapewne pociągiem. O ile jeszcze główny budynek dworcowy spokojnie może być chlubom miasta, bo jest naprawdę urokliwy, estetyczny i całą gębą reprezentatywny, to już po wyjściu z jego murów można przeżyć lekki szok. Szczególnie jeśli mowa o takich nacjach jak Niemcy, Anglicy, Szwedzi, Francuzi czy Holendrzy, gdzie wszystko z reguły jest na cacy i poukładane. Gdy taki Niemiec zobaczy przed sobą ten drogowy mętlik i galimatias, ten krajobraz przypominający mu czasy NRD, to zapewne złapie się za głowę. Nie wiem, może troszeczkę koloryzuję ale zapewniam, do standardów zachodnio-europejskich sporo Lwowowi brakuje.
Nerwowe wyczekiwanie na bilety
My wysiedliśmy pod tym wielkim, pięknym dworcem i od razu telefonicznie skontaktowaliśmy się z Wieśkiem. Zegarek wskazywał południe, zostały nam jeszcze 2 godzinki, więc stanęliśmy przed dworcem i czekaliśmy, w między czasie obserwując wszystko, w między czasie obserwując wszystko i wszystkich dookoła. Przy okazji korzystaliśmy (ja korzystałem) ze słoneczka i gorącego powietrza – dla mnie były to bardzo przyjemne momenty, bo przecież Irlandia lata nam w tym roku nie dała.
Czas zmykał, ludzie bezustannie przechodzili, auta podjeżdżały i odjeżdżały, dworcowe pijaczki snuły się bez pomysłu, milicjanci kogoś tam spisywali, taksówkarze głośno gestykulowali i rozmawiali między sobą. My czekaliśmy, coraz bardziej niecierpliwie bo minuty uciekały a Wiesiek z biletami nie nadchodził. O 13:30 lekko już zdenerwowani zadzwoniliśmy raz jeszcze. Okazało się, że my staliśmy przed dworcem a Wiesiek wraz z córką od ponad pół godziny czekali na peronie. Odetchnęliśmy z ulgą. Pociąg też już stał, szykując się pomału do odjazdu. Z bilecikami w dłoniach wsiedliśmy do naszego wagonu, po wcześniejszym ich sprawdzeniu przez pana konduktora. Tak oto rozpoczął się kolejny etap naszej podróż-y, etap który swoją metę miał już na Krymie, w Symferopolu.


Powiem szczerze, że nigdy nie interesował mnie wschód i niewiele się to zmieniło. Nie potrafię patrzeć na ludzką biedę, więc gdybym tam pojechała od razu zaczęłabym się użalać nad ludźmi o odpoczynku nie wspominając…Ciekawa jestem relacji z dalszej podróży. Pozdrawiam.
Ja również na wschód (głównie Rosję) patrzyłem zawsze z dystansem. Wiązało się to zapewne przez te wszystkie sprawy związane z historią ale dzisiaj już mi to chyba przeszło. Teraz bardzo chętnie spenetrował bym te tereny pod kątem turystycznym. A jeśli idzie o ogólnie pojętą biedę, to w niektórych miejscach na Ukrainie, jest ona na prawdę widoczna. My byliśmy na Krymie i tam również ludziom się nie przelewa, tak więc jeśli jesteś w tej kwestii wrażliwa to z pewnością wiele rzeczy w temacie ,,niższej jakości życia” byś zauważała.
pozdrowienia! 😉