WROBELS

Atakujemy Zachód

Jeśli wziąć pod lupę ruchy turystyczne na Zielonej Wyspie to przeważająca cześć turystów udaje się na Zachód kraju. Spragnieni prawdziwej, starej Irlandii, rozśpiewanych i rozgadanych pubów, efektownych wybrzeży czy też dzikich i zapierających dech w piersiach krajobrazów, wybierają hrabstwa Connachtu. Mój kontakt z Zachodem rozpoczął się w końcówce 2005 roku i krótkiej wizycie w Galway.

Droga w Hrabstwie Clare
Droga w Hrabstwie Clare

W tym mieście dane mi było być parokrotnie, to miasto ma coś w sobie przyciągającego i chętnie się tam wraca. Przynajmniej ja tak mam. Głębsze zapoznanie się z zachodnimi rubieżami Wyspy odbyło się podczas naszej pamiętnej wycieczki po zjawiskowej Connemarze, jesienią 2007 roku. Tym razem okazja na kolejny przejazd przez Zachód pojawiła się wraz z przybyciem do nas Daniela. Plan na 2 dniową wycieczkę zakładał, że zawitamy na Klifach Moheru, następnie udamy się na krótki spacer po Galway. Ze stolicy hrabstwa ruszymy w stronę Connemary i Clifden, w którym to przenocujemy. Rankiem mieliśmy opuścić mały nadmorski kurort i zahaczając o Park Narodowy Connemara, dotrzeć do Cong, a dokładniej do Ashford Castle, tam się znajdującego. Czekało nas sporo kilometrów do pokonania ale wiedziałem, że będzie warto… Wiedziałem, że będziemy się zachwycać otaczającą nas florą i fauną, zastanawiałem się jakie odczucia i spostrzeżenia będą mi towarzyszyć tym razem? Czy dam się porwać na nowo? A może będę przyjmował wszystko z dystansem, z mniejszym zaskoczeniem i słabiej wyłupionymi oczami i mniej rozwartą buzią? To miało się dopiero okazać. Jednego byłem pewien: Daniel jako debiutant, prędko tej wyprawy nie zapomni. Z przyczyn pozytywnych, rzecz jasna.

Wystartowaliśmy z Longford około godziny 7:30 rano, jadąc trasą N63 w kierunku południowo-zachodnim. Po około 30 minutach, przez Lanesborough dojechaliśmy do Roscommon. Dalej cały czas N63 po około 64 kilometrach znaleźliśmy się na N17, którą na południe dojechaliśmy do N18. Ta droga jest rzut beretem od Galway, jednak na to miasto czas miał przyjść później. Zaliczyliśmy mały fragmencik N6 i sunęliśmy N18 aż do momentu zjazdu na N67. Wraz ze zmieniającymi się drogami, delikatnie zmieniał się również pejzaż za oknami naszego samochodu. Soczysta zieleń była dalej soczystą zielenią, to akurat na Wyspie się nie zmienia. Ale pojawiły się małe, kamienne murki, kilometry murków oddzielających pola i poletka, łąki i pastwiska irlandzkich gospodarzy. W mgnieniu oka rozmnożyły się setki owiec, raz po raz mijaliśmy kolejne stada, pasące się leniwie na swoich trawodajniach. Będąc w południowej części hrabstwa Galway a następnie w północno-zachodnim Clare można już poczuc ten specyficzny, oceaniczny klimat. Przejeżdża się przez małe nadmorskie miejscowości, drogi są wąskie i bardzo kręte, widoki ładne, teren pagórkowaty. Minęliśmy kolejno Ballinderren, Kinvare, Burren, Ballyvaughan i po około 60 kilometrach dojechaliśmy do Lisdoonvarny. Z tego miasteczka do Klifów jest tylko około 10 kilometrów. Ostatni etap podróży to trasa o numerze R478.

Klify Moheru

Wszystko do tego momentu było dobrze. A przynajmniej nic nie zapowiadało żadnych problemów. Nic nie zapowiadało kaprysów jakimi uraczyła nas pogoda, pogoda jakże nieprzewidywalna i nieodgadniona, tutaj, na Wyspie… W Lisdoonvarnie było jeszcze w miarę klarownie, oczywiście wcześniej po drodze zdarzył się deszczyk, słońce raz po raz wyłaniało swoją facjatę zza chmur, ale parę kilometrów od celu myśleliśmy tylko o wspaniałych, klifowych widokach a nie martwiliśmy się aurą. Po ponad 3 godzinnej jeździe i po pokonaniu 175 kilometrów byliśmy na miejscu. I niestety, scenariusz pogodowy napisany został przez życie bardzo brutalnie. Cały nasz misterny plan napawania się Moherowymi Klifami runął w gruzach.

Mgła zniweczyła nasze plany...
Mgła zniweczyła nasze plany…

Mgła była tak intensywna, że w odstępie kilkudziesięciu metrów nie było zupełnie nic widać… W mgle schowały się Klify, w mgle schował się Ocean, dosłownie wszystko było spowite mgielnym płaszczem. Ja – to jeszcze pół biedy, byłem tu 2 lata temu i wszystko widziałem. Gorzej Daniel, który można to tak stwierdzić – pofatygował się specjalnie z Polski a tutaj taka historia. Niestety nic się nie dało zrobić, nie było żadnych szans na poprawę pogody, więc może po 30 minutach postanowiliśmy jechać dalej. Ci, którzy byli i widzieli Klify, wiedzą jak to smakuje. Jako, że tym razem nie udało nam się nic zobaczyć i tym samym brak w tej opowieści jakichkolwiek sensownych fotek, więc cofnijmy się do 2007 roku, do naszej pierwszej wizyty na Klifach Moheru.

Tak sobie teraz myślę, że mogliśmy to rozegrać troszkę inaczej. W zamian tego, że Klify się nie udały, mogliśmy przecież pokręcić się po obszarach Burren, gdzie podobno także jest wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. No nic, decyzja była jednak taka, że udajemy się najpierw do Galway, a następnie oddajemy nasze zmysły magicznej Connemarze

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *