WROBELS

A na imie jej Kołtun

Człowiek z natury jest dobry. Czasami zdarzy mu się napsocić ale generalnie stara się czynić rzeczy pozytywne. Nam też się zdarzyło i jesteśmy z tego dumni. Być może dla niektórych nie byłby to wyczyn wielki, jednak gdy w grę wchodzi życie, to należy na wszystko wziąć poprawkę. I nawet jeśli chodzi (tylko) o żywot kota…

Kołtun po liftingu 😉

Historia, którą opowiem zdarzyła się pod koniec ubiegłego roku, chociaż prawdę mówiąc, to można by cofnąć się jeszcze wcześniej, kiedy to nasz bohater regularnie, praktycznie codziennie nas odwiedzał. Plotka głosi, że Kołtun widziany był na naszym osiedlu co najmniej rok przed tym, jak zaczął do nas przychodzić. Przechadzał się uliczkami, pokazywał nocą ale i za dnia, wchodził na podwórka i liczył na pomocną dłoń dobrego człowieka. Jak to bywa w przypadku kotów bezdomnych, tak samo Kołtun, był strasznie zaniedbany. Dachowiec jednak z niego nie był taki sam jak jego koledzy po fachu. Brudny? Owszem. Śmierdzący? O tak. Piękny? Kwestia gustu. Te cechy, które w pewnym momencie jego życia go doświadczyły, połączyły z innymi kotami w kwestii bezdomności. Różnica natomiast była taka, że była to jakaś rasa kota perskiego. Prawdę mówiąc nigdy wcześniej nie widziałem kota perskiego bez zameldowania. Zawsze kojarzyłem, że te, jakby nie było elitarne koty, przeznaczone były raczej dla wybranych. Okazało się, że i my staliśmy się wybrańcami , bo gdy Kołtun przyszedł raz, tak (jak się później okazało) już został. Choć nie od razu, musiało minąć jeszcze trochę czasu.

Kotek pojawiał się głównie z jednego powodu. Tak jak inne do niego podobne wyczuł, że gdzieś jest darmowa micha (o ile można tak się do kota czy psa w ogóle odnieść). Miał szczęście, że ktoś się zlitował, że komuś zrobiło się biedaka żal. A kot, trzeba przyznać, w kondycji był kiepskiej. Długi czas spędzony na ulicy zrobił swoje i najpewniej piękne kiedyś kocisko znacznie podupadło, zarówno na zdrowiu jak i na wyglądzie. Kot z rodziny persowatych z reguły posiada długie włosie. W przypadku naszego bohatera długie, być może kiedyś korzystnie się prezentujące, w chwili jego podwórkowego życia stanowiło problem. Futro było brudne, posklejane, nie pachniało ładnie i wszędzie porobiły się kołtuny, których szczotką nigdy nie dałoby się rozczesać. W pewnym momencie jedno futerko zaczęło się odklejać, tak jak wąż, który zrzuca swoją skórę, robiąc miejsce na nową, tak Kołtun pozbywał się własnej. Tyle tylko, że w części odklejona, nie chciała w całości się oderwać. Nawet nasza pomoc na niewiele się zdała, próbowaliśmy sklejoną sierść odciąć nożyczkami, jednak na próbach się tylko skończyło. Kolejnym problemem były ropiejące oczy. Na 100% musiała wdać się tam jakaś infekcja gdyż nie wyglądało to najlepiej.

Kot w wersji odchudzonej

Kot od początku zjadał wszystko co się mu dało a głównie były to nasze niedojedzone posiłki. Serwowaliśmy mu też wodę i mleko, które za każdym razem znikało w mgnieniu oka. Z czasem dieta została bardziej urozmaicona bo pojawiła się kocia karma. Sucha bo sucha ale i tak wydawało się to być dla niego nie lada gratką. W sumie nie wiadomo co on tam, w tej bezdomnej przeszłości jadał, niemniej jednak wątpliwe aby trafiały mu się rarytasy ze stajni Whiskasa czy Kitekata.U nas miał strawę regularną, co pewnie postawiło go trochę na nogi. Po jakimś czasie wąsaty kolega nie opuszczał już naszego podwórka, zadomowił się gdzieś w okolicy butli z olejem i cały czas sterczał przed drzwiami do kuchni, czekając na ruch dobroci z naszej strony. Założę się, że nie jeden prędzej czy później przepędziłby tak wyglądającego gościa. Bo tak naprawdę kot, co raz mniej przypominał kota, była to raczej mało estetyczna, zaniedbana i posklejana istota. Ale tak jak napisałem na wstępie: człowiekowi zdarzają się przypływy dobroci i czasami pomagać trzeba. My znaleźliśmy się w sytuacji, którą po części sami sprokurowaliśmy i teraz wycofanie się było by świństwem i zwykłym tchórzostwem. W dodatku nieuchronnie zbliżała się zima, zaczęły pojawiać się coraz częstsze deszcze, wiało co raz mocniej i było chłodno. Trzeba było kotka ratować i przedsięwziąć w tym celu jakieś kroki. Decyzja była przemyślana i jednocześnie spontaniczna: jedziemy do weterynarza, stawiamy kota do pionu i dajemy mu nowe życie!

Tak jak pomyśleliśmy, tak też zrobiliśmy. Kotek specjalnie nawet nie protestował, nie wiadomo czy był aż tak osłabiony, że nie wyrywał się podczas wkładania go do kartonowego pudła czy przeczuwał, że wydarzy się w jego życiu rzecz przełomowa? Pan weterynarz oczywiście nas przyjął i obiecał pomóc, choć z jego strony padło pytanie czy chcemy go zostawić czy zabrać ze sobą? Rzecz jasna pierwsza opcja nie wchodziła w grę, więc zgodziliśmy się na wszelkie zabiegi i czynności pomagające kotkowi aa tym samym zaakceptowaliśmy również koszta z tym związane. Kot, zamknięty w metalowej klatce najszczęśliwszy nie był, zauważyliśmy u niego smutek pomieszany ze strachem. Po paru godzinach jechaliśmy Kołtuna odebrać.

Wyglądał nie do poznania. Ogolony, odrobaczony, z naprawionymi i wyrwanymi zębami, nafaszerowany kroplami i rozmaitymi tabletkami. Został uśpiony tak aby weterynarz mógł przeprowadzić wszystkie te czynności ratujące i odmieniające jego życie. Okazało się, że miał zapalenie nerek a także problemy z zębami. Jeden z kłów na przodzie musiał być usunięty. Na koniec wystawili nam rachunek w wysokości 95 euro. Weterynarz (z zachowania wydawał się wielkim miłośnikiem zwierząt) stwierdził, że opuścił nam z ceny jakieś 50 euro (za to, jaki mieliśmy w stosunku do bezdomnego kota gest). Z drugiej jednak strony po paru dniach odzyskał te pieniądze, bo wydaliśmy kolejne 40 euro za pomoc okulistyczną wraz z kropelkami do oczu, które nie chciały się naprawić i cały czas ropiały. Aha, ważną wiadomością było to, że Kołtun jest około 7 letnią kotką…

Już w domu, po wyjściu z pudła, kotka zataczała się we wszystkie strony. Narkoza jeszcze nie puściła, musiało minąć więcej czasu. Kołtun przestał być Kołtunem (w sensie posklejanego futra), teraz bardziej przypominał miniaturkę lwa: wszędzie ogolony i tylko głowa kudłata. Wyglądało to komicznie, taka trochę karykatura, która mało co kota przypominała. Dla bezpieczeństwa kotka na noc została umiejscowiona na powrót w pudle, tak aby nie zrobiła sobie krzywdy podczas tego ciągłego, pijanego transu.

Od tego momentu minął już prawie rok. Zżyliśmy się wszyscy a kotek stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Ma swój własny kąt w kuchni, ma swoją miskę na jedzenie i co najważniejsze, ma dom. Czasami, szczególnie na początku momenty bywały stresujące, kiedy to kotkowi zdarzyło się nasikać czy zrobić kupę nie tam gdzie trzeba. Niekiedy (a może zawsze?) była to nasza wina, gdyż na czas nie udało się przygotować kuwety. Szare futerko z biegiem czasu stało się miłe i miękkie w dotyku, pod dłonią czuć było puszystość. Musimy je w miarę regularnie rozczesywać aby utrzymać ten stan czystości. Kicia to lubi, podobnie jeśli idzie o wszelakie głaskania i drapania. A najbardziej przypadło jej do gustu wylegiwanie się na naszych kolanach. Nie wiem czy była tak nauczona czy po prostu jest z niej taki tuluś? A może jest nam wdzięczna za to, że z nami mieszka? A może nadrabia stracony czas bycia na ulicy, kiedy to o pieszczotach mogła sobie tylko pomarzyć? Nie ważne, po prostu lubi i już. Tyle tylko, że czasami my nie lubimy i ją z siebie zrzucamy. Bo trzeba zauważyć, że wystarczy usiąść, na fotelu, na sofie, gdziekolwiek. Czuje, kocie oko od razu to wyłapuje i w momencie ładuje się na nogi. Bywa to uciążliwe ale idzie przywyknąć. Podchody przy tym czyni zacne: skrada się z największym wdziękiem, najpierw jedna łapa, później pytające spojrzenie, następna łapa kolejna aż w końcu delikatne wejście w całości. Ogromna gracja i sprawność.

Jest też rzecz, która trochę odpycha i denerwuje. Nie wiem czy kot temu winny, pewnie nie ale wyziewy z jej pyszczka przeraźliwie śmierdzą i odpychają. Kota nigdy wcześniej nie miałem, więc stwierdzić nie mogę czy inne koty też mają z tym problem? Chociaż wydaje się, że raczej nie. Raz na parę miesięcy szykujemy dla niej kąpiel. Szybki prysznic, specjalny szampon i suszenie sprawiają, że kot jest niczym żywcem, wyjęty z wystawy dla kotów rasowych. Myjemy go w wannie, z której próbuje czmychnąć, jednak zawsze dotrwa do końca. Również dzielnie znosi powiew ciepłego powietrza, wydobywającego się już na zakończenie z suszarki.

Kołtun w jakiś szczególny sposób życia nam nie odmienił. W dalszym ciągu mamy te same przyzwyczajenia, w podobny sposób przelatują dzionki, kręci się niezmienionym rytmem. Przybyło trochę obowiązków, lecz nie są one jakoś strasznie uciążliwe, wchodzą w krew i można się przyzwyczaić. Niebawem minie rok odkąd jest z nami i chyba pojawiła by się pustka gdyby jej nagle zabrakło. Jak długo potrwa nasza znajomość? Oby jak najdłużej.

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

18 komentarzyZostaw komentarz

  • Moje uwielbienie dla takich ludzi jak Wy nie ma końca. Zbyt wrażliwa jestem na takie historie, nawet jeśli za kotami nie przepadam to nie znoszę kiedy ktokolwiek wyrządza krzywdę zwierzęciu. Zdjęcie wychudzonej kotki faktycznie wygląda przeraźliwie, cieszę się że znalazła nowy, prawdziwy dom. Może ten “zapaszek” to od tych zębów? Nie znam się na kotach, ale dla psów są takie przysmaki co to pozbawiają smrodu z paszczy, może i dla kotów są?Pozdrawiam.

  • Hej Bezimienna!

    Powiem Ci szczerze, że taki gest zdarzył mi się po raz pierwszy. Pierwsze tygodnie, jak kot u nas mieszkał były mi trochę obojętne ale teraz już jestem zżyty, choć czasami zdarzy mi się Kołtunowi nagadać i ją tam trochę zwyzywać 🙂

    A wychudzona kotka w rzeczywistości tak właśnie wygląda. Tzn. normalnie ma futro i to ją pogrubia ale jak się ją ogoli z tego futra to jest to właśnie taka chudzina. I nie ważne czy ma jedzenia pod dostatkiem czy nie.

    Przykre zapachy rzeczywiście mogą pochodzić z zepsutych zębów. Też tak myślimy ale żadnych odświeżaczy jej nie serwowaliśmy.

    pozdrówka!

  • Cześć Piotrze!

    Niby 7, choć nasz, wydaje się że ma 2. To znaczy drugie właśnie przeżywa teraz :-). Kołtun rzeczywiście wygląda zupełnie inaczej, szkoda że nie mam żadnej fotki gdy był na prawdę brudny i sponiewierany przez życie.

    Co Wy za kuchnię macie skoro dla kota by się nie nadawało? 🙂 Nasza powiem Ci, że trochę wybredna się stała. Jak kiedyś suchą karmę pochłaniała w ekspresowym tempie tak teraz wybrzydza. Zje jak już jest mega głodna i nic innego nie ma ale generalnie to by zajadała się tylko mięsnym jedzonkiem. Na szczęście nie poznała jeszcze Whiskasa i tym podobnych firm.

    pozdrawiam!

  • Fajna historia o nowym życiu dla kota, podobno koty mają ich siedem 🙂 Kota zmieniliście nie do poznania, pewnie jest wam za to wdzięczny. Do nas przychodzi jeden sierściuch, zadbany, piękny i dumny, kiedyś właził do kuchni przez lufcik ale kiedyś go przez przypadek wystraszyłem jak był w zlewie i juz nie wchodzi do srodka tylko bawi się z dziecmi. Jeść nic nie chce bo z naszej kuchni nic dla kota sie nie nadaje. Młoda nazywa go Cleo bo uważa że to kotka a młody nazywa go Leon. Ja nie mam zadania, pod ogon nie zaglądałem 🙂

  • Cwirku, wystarczyło ją od razu do kąpieli wsadzić i wysuszyć, by po reakcji na te zabiegi pielęgnacyjne dojść do wniosku, że to “kobieta”. Miałam swego czasu w Polsce dwa czarne kocury – jak one nienawidziły wody! A gdybym włączyła suszarkę, to chyba by mnie na śmierć zadrapały.

    Jestem z Was naprawdę dumna!

    My poprzedniej zimny dokarmialiśmy Puszka – piękny i włochaty kot. Niby nie był zaniedbany, ale jego zbyt częste przebywanie na osiedlu wskazywało, że kot nie ma domu. Nie wiem, co się z nim stało, bo od dłuższego czasu nigdzie go nie widziałam.

    Inny kot – tym razem zaniedbany – przychodził do nas od czasu do czasu, a ja go wyjątkowo polubiłam. Niestety wyjechaliśmy do Norwegii, a kiedy wróciliśmy jego już nie było – podejrzewam, że sąsiedzi go przegonili, bo kiedyś przez przypadek zobaczyłam jak sąsiadka otwiera okno i go straszy [czasem leżał w ich ogródku].

    Miłe zachowanie pana weterynarza. W minionym roku opiekowaliśmy się uroczymi jaskółkami, które wypadły z gniazda. Nie mogłam ich włożyć z powrotem, bo gniazdo było poza moim zasięgiem. Nie mogłam jednak skazać ich na śmierć [nie potrafiły latać], więc pozostało mi zabrać je do domu. Czymś trzeba było je karmić, więc po pierwszych dniach dłubania w ogródku i wygrzebywania dżdżownic, udaliśmy się do sklepu z przynętami na ryby. Właściciel po poznaniu naszej historii i doradzeniu pokarmu, dostarczał nam robaki za darmo – w ramach wdzięczności za ocalenia trzech irlandzkich jaskółek. Bardzo spodobał mi się jego gest.

    Było trochę problemu z ptakami, zwłaszcza na początku [to zapewne pod wpływem szoku], bo nie chciały dziobów otwierać, ale z czasem “wytresowaliśmy” je. Nauczyliśmy je także latać, choć nie było łatwo. Jedna biedaczka zaliczyła przy okazji kąpiel w wannie, bo drzwi do łazienki były otwarte i wpadła do wody 😉 Summa summarum: jaskółeczki zaakceptowały nas, ochoczo wyskakiwały z pudełka na rękę, a w czasie fruwania po domu lądowały czasami na naszych głowach. Na wyciągniętej ręce rzadziej. Kiedy przyszło je wypuścić, łza mi się zakręciła w oku.

  • Ja chyba bym zmienił kotu imię po takiej przemianie. W kuchni nie ma ani kocich chrupków ani mięsa pod żadną postacią, więc kot na marchewkę się nie rzuca 🙂

  • Urzekła mnie ta historia :))
    Bez żartów – nie każdego byłoby stać na to, żeby komplikować sobie życie losem nieszczęśliwego kota. Myślę, że Kołtun to też wie, i docenia! Pozdrawiam 🙂

  • Hej Piotrze!

    Jeśli idzie o imię to powiem szczerze, że Kołtun jest używane sporadycznie 🙂 Wołamy na nią najprościej jak może być, bo po prostu ,,Kot”. Dziwna sprawa z tym imieniem, że się nie przyjęło i nie wiem czy się kiedyś na dłużej przyjmie?

    Jeszcze szybkie pytanko na koniec: Wegetarianie? 🙂

    pozdrawiam!

  • Cześć Taito!

    Wychodzi na to, że każdy w swoim życiu miał sytuację, że przyszło mu zwierzęciu pomagać? 🙂

    Myślałaś o kąpaniu Kołtuna jeszcze przed wizytą u weterynarza? Nie dalibyśmy chyba rady, tzn. nie daliśmy rady, bo kot progu kuchni nie przekroczył. Nie chcieliśmy jej brać do domu także ze względu na to, że w domu było małe dziecko i trochę się baliśmy, a kot wyglądał na prawdę tragicznie.

    Fajna historia z tymi jaskółkami. Że też takie dzikie i płochliwe ptaszki dały się w pewnym sensie oswoić 🙂 Z ,,latającymi” też miałem kiedyś super momenty. Chodzi o papugę, falistą, która była z nami 7 (a może to było 9?) lat. Cudowny ptaszek, bardzo oswojony, niby malutki ale pełnoprawny członek rodziny. Umarł w dłoniach w 2001 roku, łzy ciekły nam wtedy strumieniami…

    pozdrowienia!

  • Witaj Oliwko!

    Cieszę się, że zdecydowałaś się wpaść i coś skrobnąć 😉 Sam nie wiem dlaczego tak się stało, że wzięliśmy tego kota do siebie? Musiało potrwać z pół roku aż decyzja zapadła. To była chwila, choć jak mówię, przez kilka miesięcy widzieliśmy jak jej było ciężko. Zrobiło nam się smutno, zmiękliśmy i już! Kotka przetransferowaliśmy do domku.

    pozdrawiam! 😉

  • Ja mam na swoim koncie tylko psa wziętego ze schroniska. Ktoś oddał ją jak miała jedyne trzy tygodnie i była za mała, powinna być karmiona mlekiem od matki. Bardzo długo odchorowywała te schronisko, ale żyje już trochę dobrych lat do dziś:)Spróbujcie z tymi smakołykami. A co do Whiskasa to nie jestem przekonana, że to dobry pomysł. Jeśli jest tej samej jakości co Pedegree lepiej zwierzakowi nie dawać. Pozdrawiam.

  • Bezimienna, raczej nie ma szans aby szybko (o ile kiedykolwiek) nasza kocica dostała Whiskasa. Nie grozi jej to. Zresztą zjada kocie jedzenie z najniższych półek, więc nie widzimy potrzeby aby jej zmieniać.:-)

    A więc również pomogłaś? Chwali się, chwali 😉

    pozdrawiam!

    @Piotrze: Nie przypuszczałbym 🙂

  • Super, podziwiam Was za okazana pomoc dla Kotki:-)
    Ja przygarnelam 15 lat temu szczeniaka z ulicy. Ktos ja wyrzucil poprostu i taka miekka bylam ze adoptowalam psine. Wyrosla na pieknego psa i byla z nami 15 lat. W lipcu odeszla. Tyle z nami przeszla..nie moge sie pogodzic jeszcze.
    pozdrawiam i pedze dalej czytac.

  • Witaj Magda!

    Miło, że tutaj trafiłaś. Mam nadzieję, że już pozostaniesz 😉
    Tak sobie myślę, czy gdy przyszłoby nam przygarnąć psa właśnie, to czy też byśmy to zrobili? Generalnie lubię zwierzęta ale w głębi duszy cieszę się, że to właśnie kotek a nie piesek nam się trafił. Cenię sobie spokój i obcowanie z kotem najbardziej w tym momencie mi odpowiada.

    pozdrawiam serdecznie!

  • Swietna historia;) Nasz irlandzki kocur zostal znaleziony na poboczu wraz z rodzenstwem po wyrzuceniu przez kogosz samochodu…
    Ps.Czy moglbys polecic mi jakiegos weterynarza w Longford?

  • Witaj!
    Czytałem jakiś czas temu ogłoszenie na temat znalezionego kota w jednym z polskich sklepów w Longford – czy to było Twoje ogłoszenie? My byliśmy z naszą kotką u weterynarza nieopodal Katedry (jadąc w stronę Lidla). Wiem, że jest też weterynarz za miastem, jak się jedzie do Dublina, po prawej stronie, jakieś 2 km za rondem.
    pozdrawiam!

  • Hehe, opowieść przednia. Kocur jest całkiem wdzięczny, to znaczy Kołtuna.
    A wyziewy z pyszczka, czy myjecie jej żeby ?
    Mój pies ( tez bezdomny znaleziony na ulicy podczas powodzi) ma czasem ten problem. Ponoć można myc żeby psom, kotom, i ściągać im kamień z zębów.

    Marek vel Marek

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *