WROBELS

Biegam sobie

,,Sport to zdrowie’’ – głosi mądre porzekadło. Wiem to nie od dziś, swego czasu poświęciłem nawet spory kawałek życia piłce nożnej, więc mam jako taki pogląd w tej kwestii i wiem również, że nie jest to tak do końca prawdą… Powyższa maksyma ma dwie strony medalu: Wyczynowy sportowiec, osoba zajmująca się sportem zawodowo niekoniecznie będzie cieszyć się ,,końskim zdrowiem’’, z reguły mankamenty wychodzić będą po zakończeniu profesjonalnej kariery. Druga grupa ludzi to cała reszta. Wszyscy oni, bawiący się w sport amatorsko przeważnie z tego korzystają. Wydaje się, że dla nich sport to rzeczywiście samo zdrowie, oczywiście tylko wtedy, gdy działanie jest przemyślane i wszystko ma ręce i nogi.

Dobra koniec mądrości, czas na konkrety. A konkret jest taki, że od ponad 2 miesięcy staram się w miarę regularnie biegać. Na razie dla zdrowotności, dla lepszego samopoczucia a w przyszłości dla celu znacznie bardziej ambitniejszego, dla celu, o którym marzy chyba każdy biegacz. Dziś o maratonie mogę zapomnieć, ale maraton w 2014 roku wydaje się całkiem realny do zrealizowania. A jeśli nie maraton, to z całą pewnością połowa tego dystansu, czyli półmaraton.

Moje najważniejsze miejsce do biegania - park w Longford
Moje najważniejsze miejsce do biegania – park w Longford

A więc biegam sobie. Głównie po naszym okolicznym parku, parę razy w tygodniu, najczęściej z jednodniową przerwą pomiędzy treningami. Park oferuje przyzwoite warunki, ma świetne położenie, jest mnóstwo zieleni, drzew, krzaków, płynie sobie rzeczka i można sobie latać po pętelce liczącej 1.9 km. Na początku było skromnie, jedno lub dwa okrążenia i wystarczy. Z czasem lepiej, tak, że dziś jestem w stanie przebiec 6 km bez zatrzymywania się i czuję, że spokojnie mogę pokusić się o więcej. Niedawno udało mi się przeskoczyć kolejną przeszkodę i skusiłem się na przebiegnięcie 10 kilometrów. Dobrze jest zaliczać kolejne, co raz to dłuższe dystanse, choć oczywiście celem samym w sobie jest regularność, ale przy okazji poprawianie się i przesuwanie własnych barier.

Bieganie treningowe zajmuje pewnie z 95% czasu u wszystkich biegających. Gro biegaczy amatorów swą biegową przygodę ogranicza do relaksacyjnych przebieżek, ale są też tacy, którzy lubią ściganie i rywalizację, lubią po prostu się sprawdzić i skonfrontować z innymi biegaczami. Ja chyba należę do tej grupy i w miarę możliwości chciałbym brać udział w różnorakich imprezach biegowych. Na początku muszą to być dystanse 5 kilometrowe, z czasem zwiększone do 10 km, później do 21 (półmaraton) aż w końcu zwieńczone legendarnym dystansem 42,195 km, czyli biegiem maratońskim. Te cztery główne dystanse przeplatane mogą być pośrednimi (6 km, 8 km, 15 km, itd.), tak aby sprawdzić się w różnych warunkach.

ABBEYSHRULE 5 KM RUN

Najczystsze miasto w Irlandii
Najczystsze miasto w Irlandii

Tak jak wspomniałem mam już za sobą ponad 2,5 miesiąca w miarę regularnego biegania. Zadebiutowałem również w moim pierwszy m biegu, w pierwszej zorganizowanej imprezie biegowej, która odbyła się na dystansie 5 kilometrów. Taki odcinek (a nawet dłuższy, bo robiłem po 6 km) bezproblemowo pokonywałem podczas moich codziennych wybiegań, więc doszedłem do wniosku, że spokojnie mogę spróbować swoich sił na zawodach. Okazja nadarzyła się 23 lipca w malutkiej miejscowości Abbeyshrule, oddalonej od Longford o około 20 kilometrów. Tak się złożyło, że byłem już tam wcześniej na początku maja podczas oględzin 12 wiecznego opactwa, więc mniej więcej wiedziałem, czego mogę się spodziewać, jak położona jest ta wioska i w jakich warunkach przyjdzie nam rywalizować. Dodatkowo pomocną informacją okazał się być profil tej imprezy na Facebooku, gdzie za pomocą zdjęć zilustrowana została cała 5 kilometrowa pętla. Jako ciekawostkę można podać fakt, że ściganie odbywało się w nie byle, jakim miejscu, ponieważ Abbeyshrule w 2012 roku zwyciężyło w prestiżowej konkurencji na najczystsze miasto w Irlandii – ,,Tidy Towns’’. Parę dni wcześniej był tam nawet z tej okazji prezydent kraju Michael D. Higgins.

Dzień zawodów okazał się pochmurny, wietrzny i deszczowy. W normalnych warunkach każdy na tego typu pogodę psioczy, ale dla biegacza taka aura jest więcej niż zadowalająca. Przy dobrej rozgrzewce i w trakcie wyścigu wszelakie zimnoty i niedogodności znikają i człowiek koncentruje się już tylko na samym biegu.

Start wyznaczony został w samo południe, a zapisy rozpoczynano od godziny 10. Przyjechałem na miejsce tuż przed 10, zaparkowałem samochód na głównej ulicy, centralnie przed wejściem do @Rustic Inn. Po 5 minutach miałem już numerek startowy, po ówczesnym wypełnieniu wniosku rejestracyjnego i wpłaceniu €10.

Numerek startowy
Numerek startowy

Zawodników jak na lekarstwo, myślę sobie: ,,Przegoniła wszystkich kapryśna pogoda? Pobiegniemy w dziesięciu? Wszystko odwołają?’’ – no cóż, rozterki nowicjusza. Posiedziałem trochę w aucie, porozmyślałem nad strategią biegu (strategią? Hehehe), zjadłem coś, aż w końcu wbiłem się w mój biegowy strój, założyłem pulsometr i poszedłem na małe rozeznanie w pobliżu startu. Obawy o brak ludzi okazały się bezpodstawne, nagle zjawiło się ich dosyć sporo (organizator na Fejsie szacował, że powinno być ponad 100 i gdyby tak się stało byłby niezmiernie uradowany), więc rywalizacja szykowała się przednia.

Odprawa przed biegiem
Odprawa przed biegiem

O 11:45 wszyscy zebraliśmy się na linii startu w celu odbycia ,,run briefingu’’. Koleś po krótce objaśnił jak wygląda trasa i parę minut przed startem każdy zwarty i gotowy szykował się do gonitwy. 100 metrów za nami (biegnącymi na 5 km) ustawił się grupka, która miała za zadanie pokonać 10 km, czyli musieli zrobić dwie 5 km pętelki. Jaka była moja strategia? Przede wszystkim nie dać się zwariować i nie ponieść się emocjom, bo zbyt szybka szarża na początku byłaby zgubna i wiązałaby się najpewniej z moją powolną śmiercią w trakcie biegu, aż po całkowite zejście na mecie… A więc spokojnie, zerkać, co robią inni i sunąć przed siebie swoim tempem. Stanąłem w drugim rzędzie, nastawiłem stoper, poprawiłem pulsometr i nerwowo wyczekiwałem…

BIEG

3, 2, 1 i bach! Towarzystwo ruszyło! Mój plan runął praktycznie od razu. Po krótkim tamowaniu przez jakiś maruderów, oswobodziłem się z tłumu i pognałem ile fabryka dała! Nie no, spokojnie. Ruszyłem dość żwawo, ale w granicach rozsądku. Niemniej jednak praktycznie od razu znalazłem się w czołówce. Po pierwszym kilometrze byłem nawet na 7 pozycji, tych z przodu wiedziałem, że nie jestem w stanie dogonić, ale też jasne było, że zdecydowana większość biegnących mnie nie wyprzedzi.

Tuż po starcie
Tuż po starcie

Zbiegliśmy z asfaltu na drogę szutrową i wtedy zaczęło do mnie docierać, że narzuciłem sobie zbyt szybkie tempo, o wiele szybsze niż moje dotychczasowe parkowe biegi. Zerkam na zegarek: puls 220! ,,O rany!’’ –  myślę sobie – ,,Zwalniam, kosztem nawet tego, że będę tracił pozycje’’. Choć z drugiej strony dalej byłem w okolicach 10 placu, więc i tak nie powinno być źle. Biegłem troszkę spokojniej, lecz w dalszym ciągu w granicach przyzwoitości, to jest, na tyle szybko, że wyprzedziło mnie zaledwie kilka osób (jak się okazało, część z tej grupki, która startowała na 10 km). Ostatni koleś ,,połknął’’ mnie tuż po stoisku z wodą – przez pewien moment biegliśmy ramię w ramię, ale najwidoczniej on lepiej rozplanował ten bieg, bądź też był bardziej doświadczony (a miał co najmniej 10 lat mniej ode mnie), co nie było trudne, biorąc pod uwagę mój debiut.

W okolicach połowy dystansu zostałem sam. Ci z przodu na tyle się oddalili, że dopaść ich było niemożliwością, a tych z tyłu w ogóle nie słyszałem, więc musieli być sporo za moimi plecami (jak się okazało, rzeczywiście byli). Oddychałem bardzo ciężko, ale regularnie – nie było jednak wyjścia, musiałem podołać i dzielnie zmierzyć się z ostatnimi metrami. Dodatkowo przeszkadzał mi pulsometr na piersi, regularnie zsuwający się na brzuch, co było irytujące i powodowało lekki dyskomfort.

Na ostatnich nogach... :)
Na ostatnich nogach… 🙂

Ostatni fragment trasy znów prowadził po asfalcie. Przelecieliśmy przez mały mostek, zerkam na czas a tam dopiero 17 minut (według moich obliczeń na mecie miałem się zameldować w okolicach 25 minut) … Biegłem o wiele szybciej  niż zakładałem, w związku z tym zmęczenie było już dość spore. Oddech stał się intensywniejszy, nogi ociężałe, brzuch twardszy. Puls jednak spadł i się na szczęście unormował (poniżej mojego maksymalnego).

Minąłem zaparkowanego Jeepa Gardy i gdy zauważyłem linię naszego startu, a w dalszej perspektywie upragnioną metę, to wiedziałem, że się nie dam, i że nikt mnie już nie wyprzedzi. Finiszowałem samotnie, w towarzystwie braw i mobilizujących okrzyków ludzi zgromadzonych na mecie. Mój czas: 21 minut i 42 sekundy. Miejsce w końcowym rozrachunku: 10. W sumie było 137 biegaczy, tak więc plasując się, jak by nie było, w pierwszej 10, uważam za bardzo przyzwoity rezultat i przy okazji sporą niespodziankę. Przed biegiem brałbym to pewnie w ciemno.

Upragniona meta
Upragniona meta

Po wszystkim każdy z uczestników mógł sobie zjeść do woli bananów, kanapek czy batoników oraz napić się wody. Ja skorzystałem z banana i paru kanapek, oszczędzając im przy tym wody (była strasznie zimna a takiej nie lubię), uzupełniając ją dopiero w samochodzie.

Gdy wszyscy dobiegli już do mety poszliśmy z powrotem do obszernej salki Rustic Inn, gdzie po krótkim oczekiwaniu nastąpiły końcowe przemowy, rozdanie medali dla pierwszej trójki w każdej kategorii i podziękowania organizatorów.

Mój pierwszy, oficjalny start w zawodach zaliczony! Jak wspomniałem wyżej, raczej się nie spodziewałem, że tak dobrze mi pójdzie. Teraz mam pozycję wyjściową do dalszych biegań, do kolejnych zawodów, mogę sobie porównać i w miarę możliwości poprawiać ten czas. Poznałem też od kuchni otoczkę takiej imprezy, wiem już na przyszłość jak mniej więcej się poruszać, jakie formy wypełniać i jak się zachować przed, w trakcie i po biegu. Na razie wracam do treningów i mam nadzieję, że niebawem znów zawitam na jakiejś biegowej imprezie. Być może będzie to już dystans 10 kilometrów? Zobaczymy, najważniejsze, aby się nie zajechać i spokojnym krokiem dążyć do wyznaczonych celów.

Przepraszam za brak udogodnień w tych powyższych filmikach. Nagrywałem aparatem i zostało to pokazane bokiem, a nie wiem jak obrócić 🙂

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

26 komentarzyZostaw komentarz

  • Nie wiem czy chciałeś podać do publicznej wiadomości swój adres i telefon ale na wszelki wypadek sobie spisałem. Nigdy nie wiadomo, kiedy będę w Longford 🙂

  • Gratulacje, Ćwirku! Jestem z Ciebie dumna! Fantastyczny rezultat! Nieźle ruszyłeś z kopyta! Jestem pewna, że za niedługo spokojnie będziesz mógł brać udział w 10-15 km biegach! Mam nadzieję, że na bieżąco będziesz nas informował o swoich postępach, z uwagą będę je śledzić. Tematyka postu jak najbardziej przypadła mi do gustu.

    A powiedz, jak Twoje buty? Wydałeś trochę kasę na porządny model, czy nie zawracałeś sobie tym głowy?

    Nie wiem, czy dokumentujesz te swoje treningi gdzieś w sieci, ale jeśli nie, to polecam Ci enodomondo.com. Bardzo pomocna stronka. Run-log.com [nie znam] też ponoć nie jest zły.

    A na koniec mały prztyczek w nos: mógłbyś odpisywać na komentarze i maile 😉

  • Hej Pendragonie!

    Rzeczywiście, widać na filmiku. W sumie nie zastanawiałem się nad tym wcześniej, dopiero Ty mnie uświadomiłeś. Czyli mówisz, że wpadniesz na kawę? 🙂

  • Witaj Taito!
    Kurcze, przepraszam, że mail pozostał bez odzewu, odczytałem go, ucieszył mnie ale jakoś zniżył się niemiłosiernie w mojej skrzynce mailowej… Oczywiście odpiszę i podeślę obiecane zdjęcia. A komentarz? Chciałem abyś to Ty miała ostatnie zdanie w dyskusji (podobno kobiety tak lubią) 🙂

    A z bieganiem jest tak: Buty kupiłem coś w okolicach 60-70 euro, ale było to jakieś 2 lata temu może. Trochę w nich wtedy pobiegałem, ale nie złapałem bakcyla. Wróciłem do biegania o wiele bardziej regularnego w połowie kwietnia tego roku. Wybierałem bez żadnej konsultacji, tak aby były do biegania. Firma to New Balance – nie narzekam, sprawują się ok. Oczywiście treningi dokumentuję. Jestem amatorem wszelakich statystyk, tabelek i tego typu rzeczy, więc systematyczne spisywanie km, czasów, tętna to codzienność 🙂 Endomondo znam, ale korzystam z Run-loga 🙂 Po prostu wcześniej na niego trafiłem i tam już zostałem. Endomondo chyba byłoby dobre gdybym miał wgraną aplikację tego programu na telefonie, ale nie korzystam z telefonu podczas biegania. Mam zegarek i pulsometr, który się niestety zepsuł niedawno. (cholerny Argos…) Dziękuję, za gratulację. 10-15 km to dopiero dystanse, że tak powiem ,,po drodze”. Główny cel, jak wspomniałem to maraton. Marzy mi się aby go ukończyć.
    pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz przepraszam za przestój w odpisywaniu. 🙂

  • Nie przepraszaj, tylko po prostu kiedyś się odezwij, jak będziesz miał wolną chwilę. Wydaje mi się, że coś ostatnio zapracowany jesteś, bo rzadko albo późno odpisywałeś na blogowe komentarze.

    Ha, to ja miałam właśnie odwrotnie. Najpierw trafiłam na endo [i tam zostałam], a dopiero potem obił mi się o uszy run-log. Jest tak, jak piszesz. Endo jest pomocne, mam aplikację na telefonie i bardzo sobie chwalę. Przydaje mi się nawet w czasie zwykłego spacerowania na wycieczkach. Dzięki temu wiem, ile km zrobiłam i gdzie dokładnie byłam [dobra rzecz na obcym terenie]. Połówek też korzysta z endo, choć ma pulsometr i zegarek.

    Najważniejsze, że zacząłeś! Nie od razu Rzym zbudowano – najpierw 5 km, potem 10, 15, 20, itd, aż pewnego dnia zaliczysz maraton, czego oczywiście bardzo Ci życzę. Najważniejsza jest systematyczność i konsekwencja. No i chęć. Pamiętaj: możesz więcej niż myślisz!
    Baardzo podoba mi się nowa reklama Powerade, nie wiem, czy miałeś okazję ją zobaczyć?

  • Witam Cię Ćwirku!
    Należą Ci się naprawdę szczere gratulacje.Wiem , że takie codzienne treningi wymagają dużego samozaparcia i wytrwałości , a kondycja fizyczna z czasem będzie coraz większa.10 miejsce to super wynik na ponad 100 uczestników.Bardzo dobrze , że uwierzyłeś w swoje siły i wystartowałeś, w efekcie z dużym powodzeniem. Tak trzymaj!
    Co do powiedzenia “Sport to zdrowie” zgadzam się z tym , jeżeli sport traktuje się amatorsko.Niestety profesjonalni sportowcy , po wielu latach treningów, to inwalidzi.
    A u mnie , cóż, jestem po tygodniowym,udanym wyjeździe w czerwcu do Bułgarii.Było super.Warunki pobytowe bardzo dobre, zwiedziliśmy Bałczik, przylądek Kaliakra z klifami ( większe i ładniejsze są w Irlandii)i stare miasto Nessebar.
    W tej chwili szykujemy się do wyjazdu w sierpniu w Kotlinę Jeleniogórską. Chcemy zwiedzić kilka zamków.Trasa prawie przygotowana.
    Z kolei we wrześniu mamy zarezerwowane bilety do Cork.Na razie mam w planie zamek Birr, który wspaniale na swoim blogu opisała Taita.Co będzie więcej naprawdę jeszcze nie wiem .Wszystko w okolicy Killarney już zwiedziliśmy.Wypadałoby ruszyć w trasę trochę dalej. Zobaczę jeszcze co warto zwiedzić.Może coś podpowiesz ?
    Serdecznie pozdrawiam.Bawa

  • Taito, masz rację, z odpisywaniem u mnie coś słabo ostatnio. Ale to nie tylko tutaj bo i na inne blogi zaglądałem rzadko. Czy zapracowany? Chyba nie, biorąc pod uwagę jak skandalicznie krótko siedzę w pracy przez te wszystkie miesiące 2013 roku. Teraz jesteśmy w Polsce (powrót w niedzielę) i odpoczywamy 🙂
    Endo? Niedawno postanowiłem spróbować i ściągnąłem to sobie na komórkę. Wszystko oki, zainstalowało się, ale mierzy mi tylko czas. Wszystko inne (zliczanie przemierzonych kilometrów, kalorie itd.) nie działają. Dlaczego? GPS niby mi tam miga, więc powinno według mnie działać jak należy. A nie działa.
    Konsekwencja i systematyczność raczej są, więc o to się nie obawiam, ale przydarzyła mi się niedawno rzecz, o którą boją się wszyscy sportowcy, mianowicie kontuzja. Rozsypałem się w niedzielę sięgając w pociągu po walizkę, jakoś dziwnie skrzywiony chciałem ją złapać (nie była ciężka – taka podręczna, samolotowa) i coś mi łupnęło po lewej stronie pleców, tuż nad pośladkiem. Aktualnie nie mogę się za bardzo schylać, z łóżka wstaje z wielkim trudem, cały czas mniej lub więcej mnie boli. Nie wiem czy przeskoczyła jakaś kostka/ścięgno czy może został naderwany mięsień? Nie fajnie to wygląda i zastanawiam się teraz czy czekać jeszcze parę dni na rozwój sytuacji, może samo z czasem przejdzie, czy może lepiej pójść do doktora? Niby zwykła życiowa czynność a tu awaria. Ehhh…. Pech.

    Kiedyś miałem taką rzecz, że przeciągając się coś mi puknęło w szyi i przez 3 dni chodziłem z przekrzywioną do dołu głową. Potem samo przeszło.

    Obecnie chodzę po mieście utykając, w tempie niemalże ślimaczym. O przebiegnięciu nie ma mowy, choć w porównaniu z pierwszym dniem jest lepiej, bo mogę się delikatnie schylić, niemniej jednak z zakładaniem butów i ich zawiązywaniem jest problem.

    I bądź tu mądry? Wziąłem się za bieganie aby poprawić moją ogólną sprawność fizyczną a tu mnie usadowiło.

    Powerade lubię, reklamę też widziałem. Lepsza niż większość, które telewizja nam serwuje.
    pozdrawiam z kraju!

  • Witaj Bawo! Kopę lat! 🙂
    Fajnie, że się odezwałaś. Dzięki za gratulacje! Samozaparcie jest, patrząc na dotychczasowe moje biegania wiem, że z czasem powinno być tylko lepiej, czyli dłużej i więcej sił 🙂 Najważniejsze jednak obecnie, tak jak pisałem w komentarzu powyżej, aby uporać się z tą feralną kontuzją… Teraz sobie myślę i chyba prawdą jest, że po 30-stce człowiek zaczyna się sypać. Generalnie zawsze byłem raczej końskiego zdrowia a tu zauważam, że zaczyna ono co raz częściej szwankować. 🙁
    Świetnie, że odkrywasz Polskę. Mnie się to niestety nie udaje, bo i czasu na to mało, a jak czas był (zanim ją opuściłem) to priorytety i zainteresowania inne. Może kiedyś się uda jeszcze? Mieliśmy w planach w zeszły weekend zobaczyć sobie zamek w Łańcucie ale pogoda była niekorzystna i musieliśmy odpuścić.
    Wrzesień dobry czas na Irlandię. Cóż mogę Ci podpowiedzieć? Może zarzucicie sieci na Wyspę Achill? Może rejony Wicklow? Albo zabytki w Meath czy Sligo? Jak sama wiesz, jest tego w Irlandii bez liku 🙂
    Trzymajcie się ciepło i do kliknięcia!

  • Oj, ja bym z tą Twoją kontuzją nie czekała , tylko poradziła się “mądrych”tzn dobry rehabilitant lub masażysta pomógłby ci.Być może , że wypadł ci tzw. dysk.Może cie boleć i 2 tygodnie.Lekarz da najwyżej jakieś tabletki .Obserwuję to Wasze pokolenie po 30-ce i jestem przerażona. Kręgosłupy młodym ludziom mocno dokuczają.Mam syna po 30-ce.Jego praca to komputer i ślęczenie nad naprawą telefonów z racji jego zawodu.Nie jeden raz go musiałam pomasować , żeby mógł jako tako chodzić i funkcjonować. Jego 2 kolegów jest po operacji kręgosłupa.

    Szkoda , że nie mogłeś zwiedzić Łańcuta. Byłam tam w ubiegłym roku i jestem zachwycona zamkiem.Jest tam co zwiedzać.
    W kwietniu byłam z mężem na zakładowej wycieczce .Zwiedzaliśmy Wrocław i byliśmy w Pradze.Studiowałam we Wrocławiu , ale nie odwiedzałam go ponad 30 lat.Zmieniło się we Wrocławiu dużo i to na korzyść. Piękne miasto.

    Teraz jestem na etapie wyszukiwania noclegów w okolicach Karpacza.Na razie dzwoniłam w 3 miejsca , które mi odpowiadały , ale niestety terminy są zajęte. Muszę szukać dalej.Cieszę się , że możemy zwiedzać nie tylko zagranicę ale i nasz piękny kraj.W młodości nie było na to czasu i pieniędzy.
    Na razie czekam , jak coś nowego powstanie na Twoim blogu.Zaglądam tam dosyć często, ale rzadko się odzywam.
    Życzę miłego pobytu w kraju.

  • Ja generalnie zawsze cieszyłem się dobrym zdrowiem, nawet 9 lat swego czasu trenowałem piłkę nożną i obecnie też, jak widać w powyższym tekście, cały czas coś robiłem. Nie wiem, zwalam tę kontuzję na winę pecha. Jeśli to niedzieli nic a nic się nie poprawi to jak wrócimy do Irlandii udam się do doktora.
    Jeśli zaś idzie o Łańcut to pocieszam się tym, że pewnie nie raz będzie szansa aby go odwiedzić, wszak połączenie stąd mamy dobre i tylko na fajną aurę czekać – ale to już nie w tym roku. Najważniejsze, i tutaj odniosę się raz jeszcze do tych feralnych pleców, aby postawić się na nogi i na przyszłą wiosnę być zdrowym, bo szykuje się nam wyjazd do Gruzji. To będzie taka najważniejsza nasza impreza wyjazdowa na 2014 rok.
    Bawo, biorąc pod uwagę Twoje przygody wyjazdowe, to nie myślałaś nigdy o blogu? W tylu miejscach byliście, macie mnóstwo zdjęć, wspomnień i szkoda by było aby inni tego nie poznali 😉
    Sam czekam aż coś nowego się u mnie pojawi 🙂 Pomysłów całe multum ale jakoś weny brak.
    pozdrawiam!

  • Dzieci mnie już namawiały na założenie blogu , ale jakoś tak nie mam zupełnie koncepcji jak go prowadzić. Poza tym mój język nie jest zbyt kwiecisty.Opisując jakieś fakty ograniczam się do suchego komentarza.Zachwycam się blogiem Twoim i Taity i stwierdzam , że tak ich prowadzić nie potrafię , tak , że na razie sobie daruję.Może kiedyś….

    Na razie wyszukałam i zarezerwowałam noclegi w Karpaczu w willi Aronia.Trasę naszego wypadu już mam opracowaną. Teraz kolej na poszukiwania czegoś do zwiedzenia w Irlandii.

    Czy ta Gruzja to taki sam wypad jak na Krym? Ja planuję Krym w przyszłym roku , ale samolotem i wyjazd zorganizowany.Mam nadzieję , że to wypali.

    Pozdrowienia i do następnego spotkania na blogu.

  • Ćwirku, ogromnie współczuję Ci kontuzji, wiem jak potrafi uprzykrzyć życie. Mam nadzieję, że czujesz się już znacznie lepiej.

    Ach, wyjazd do Polski! To wszystko tłumaczy. Myślałam, że jesteś zapracowany, nie przyszło mi do głowy, że mogliście zawitać do ojczyzny. W Irlandii nadal cudowna pogoda, a ja mam wreszcie urlop! Wczoraj byliśmy na plaży, było bosko.

    Trzymaj się dzielnie. Szybkiego powrotu do formy.
    _____

    Bawo: dziękuję za słowa uznania! Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • Bawo, Gruzja to myślę będzie bardzo podobne do Krymu, z jedną tylko różnicą: żaden z nas jeszcze tam nie był i szykuje się debiutować, czyli fajna, spontaniczna wyprawa 🙂 I tak, z plecakami. Na Krym samolotem? Ominie Cię zatem już pierwsza przygoda: podróż pociągiem ze Lwowa do Symferopola. Niby długa, dla niektórych pewnie męcząca ale jedyna w swoim rodzaju.
    A z blogiem, to nie bądź taka samokrytyczna. 😉 Właśnie źle jest, że te wszystkie podróże zachowujesz dla siebie i nie chcesz się z nimi podzielić na forum. O! 😉
    pozdrawiam! 🙂

  • Taito 🙂 Już wróciliśmy. Dzisiaj miałem pierwszy dzionek w pracy, za oknem jakoś tego słońca nie widziałem, ale przyznaję, że dość cieplutko, tak parno rzekłbym było. Urlopik jak długi? I w Irlandii czy gdzieś poza? Ja już urlopowanie w tym roku zakończyłem, jeśli gdzieś się pojedzie to na 1 dzień pewnie. Dłuższy wyjazd być może, że ta Gruzja dopiero, zobaczymy.
    Z plecami wydaje mi się, że lepiej, tj. na pewno ból i kuśtykanie przy chodzeniu minęło, choć delikatnie coś tam jeszcze odczuwam. Biegowa próba generalna jutro, zobaczymy jak pójdzie. I tak jak piszesz, trzeba do formy wrócić bo mam już prawie 2 tygodniową pauzę!
    pozdrowionka! 😉

  • Dzięki Kasiu! Brak czasu czy zbyt małe samozaparcie? ;)Teraz fajna tutaj aura, więc możesz sobie poszurać 🙂
    do kliknięcia!

  • ja z bieganiem romans miałam kilka razy i zawsze z braku czasu go porzucałam. Ale wiem że jeszcze kiedyś do niego wrócę 🙂
    Gratuluję wspaniałego wyniku!

  • Witaj cwierk.
    Mam pytanie do ciebie związane z życiem w Longford. Od jakiegoś czasu myślę o przeprowadzeniu się tam, ale nie znam w Longford nikogo 🙁 możesz odezwać się do mnie na maila? Proszę! 😀 Mam pare pytań na temat tego miasta, które mi nie dają spokoju. Pozdrawiam

  • hehe, niezłe. gratulacje. spotkałeś się ze ścianą płaczu na trasie. W ogóle gratulacje, za wzięcie udziału w rywalizacji, sam bardzo lubię. teraz wciąż leczę kontuzje, ale brałem udział w wyścigu typu anglosaskiego, i odcięło mi prąd na zbiegu, gdy już trzeba było ciągnąć nogi za sobą, i z mrokami przed oczami dobiegłem do mety.

  • Dzięki! Wyścig anglosaski? A co to za rodzaj ścigania? 🙂 Mnie podczas tych 5k może prądu zupełnie nie odcięło, ale czułem spore zmęczenie w pewnym momencie. Myslę, że jest to kwestia odpowiedniego treningu, tak aby być mocniejszym i aby walczyć o co raz lepsze czasy. Rywalizacja rzeczywiście w pewien sposób mnie kręci, niby tylko jeden wyścig mam za sobą ale wiem, że będzie mi się to podobało 🙂
    pozdrawiam!

  • Jasne, to wkręca bardzo, bo właściwie nie ma granic poprawiania formy. Tylko ważne by z glowa i nie przetrenować się. Wiesz kumpel już półtora roku nie biega bo w górach za szybko zaczął biegać i jest wypalony. To samo mówił ostatnio Mistrz Polski w bieganiu, Marcin Swierc.
    Ten bieg typu anglosaskiego jest gdy zaczynasz pod górą, typu wulkanicznego, ostre zbocza, wbiegasz na szczyt, i zbiegasz do bazy. I to oczywiście wyścig. Potrzeba kosmicznego doświadczenia, wiem co to jak piszesz ze odcięło Ci prąd. Nie ma się prawie władzy w nogach.

  • samozaparcia mi nigdy do niczego nie brakuje na szczęście 🙂 Jednak niestety brak czasu. U Ciebie chyba ono też występuje ostatnio bo długo Cię tu już nie ma…

  • Hej Ćwirku! Chętnie wpadnę kiedyś na kawę ale wcześniej się zapowiem 🙂 Coś ostatnio mało piszesz, czyżbyś był zajęty przygotowaniami do maratonu? Endomondo to fajna rzecz, od jakiegoś czasu używam i motywuje mnie to do regularności. Ale nie biegam, to mogłoby zaszkodzić mojemu zdrowiu 🙂

  • Hej Kasiu!
    Ze mną niestety z tym różnie, czasami potrafię przeć do przodu jak taran, ale równie łatwo wpadam w słomiany zapał. Coś takiego właśnie się przytrafiło z blogiem. Uśpiłem go trochę i chyba czas na małe budzenie. 😉

  • Witaj Piotrze!
    Oczywiście zapraszam! Kawę u nas dostaniesz jaką tylko chcesz 🙂 Rzeczywiście mało piszę, a mam co pisać – zapewniam. Chyba najłatwiej będzie jak zwale wszystko na brak weny. Do maratonu jako takiego się jeszcze nie przygotowuję, co prawda cały czas sobie biegam, ale na krótszych dystansach. Endomondo chyba nie dla mnie, przynajmniej nie mam odpowiedniego sprzętu aby go używać.
    pozdrawiam!

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *