Jak wiecie, między innymi z tego wpisu, w 2013 roku złapałem bakcyla biegowego. Przemierzam kilometry mniej więcej od połowy kwietnia i do końca ubiegłego roku mój biegowy licznik stanął na 530 kilometrach. Dla doświadczonego (nie mówię nawet o profesjonalistach) biegacza taka liczba nie robi pewnie żadnego wrażenia, ale dla nowicjusza jak ja, to pokaźny wynik. Zapewne byłby znacznie lepszy gdybym odpowiedniej potraktował 2 ostatnie miesiące, w których nabiegałem skandalicznie małą ilość kilometrów.
No, ale to już jest za mną, teraz będzie tylko lepiej. Mając na uwadze, że mój wielki, tegoroczny biegowy cel pomału się zbliża i na sierpień muszę być bardzo dobrze przygotowany, żadne odpuszczania nie wchodzą w grę, liczy się systematyczność oraz nabieranie doświadczenia.
Cofnijmy się jednak do momentu, w którym starałem się biegać w miarę regularnie. Zaprzątnięty sesjami treningowymi (ale profesjonalnie poleciało) odbywającymi się głównie po naszym okolicznym parku, postanowiłem po ścigać się z ludźmi na kolejnym, 5 kilometrowym odcinku. Okazja ku temu okazała się znakomita, bo 29 września zorganizowano wyścig w Longford, czyli w naszym mieście. Bliżej uczestniczyć w zawodach się nie da, więc grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać. Koniec września to było akurat 3 miesiące od mojego debiutu (Abbeyshrule, czerwiec), także fajnie było zmierzyć się w następnym, 5 kilometrowym biegu. W sierpniu nawet udało mi się zbudować całkiem pokaźny kilometraż, na podstawie 4-tygodniowego planu J.Danielsa, czyli jakby nie spojrzeć, to ten trening dał mi trochę siły, dodał optymizm i ciutkę doświadczenia.
Zależało mi na ponownej konfrontacji z innymi biegaczami, ale przede wszystkim chciałem uzyskać dobry rezultat i zobaczyć, w jakim jestem miejscu od momentu rozpoczęcia tej przygody, czy jest progres i czy idę właściwą drogą? Główny cel, jaki sobie założyłem, to była poprawa mojego rekordu życiowego, ustanowionego w Abbeyshrule i wynoszącego 21 minut i 40 sekund. Wówczas na ponad 100 zawodników dało to 10 miejsce, tym razem również chciałem się znaleźć w czołówce i byłem bardzo ciekaw jak mi pójdzie?
Organizatorem imprezy był Longford Fitness a trasa, którą mieliśmy pokonać ten 5 km dystans, była mi bardzo dobrze znana, gdyż przemierzałem ją wielokrotnie podczas treningów. Wiadomo, na treningu nigdy nie biegałem rytmem z zawodów, także czasy uzyskiwane raczej nie zbliżały się do mojego personal best. Wiedziałem jednak, że szansa na rekord jest spora, przede wszystkim miałem swoje w nogach, mniej więcej wiedziałem jak rozłożyć siły, oddychałem już USTAMI a nie nosem i na koniec wreszcie, strasznie mocno chciałem ten rekord pobić. A jak wiadomo, wiara czyni cuda.
Tym razem nie miałem zamiaru (przynajmniej w założeniach, bo Abbeyshrule Run pokazał, że plan planem a wyścig wyścigiem) tak do końca zostawić tego losowi, założyłem sobie, że będę miał kontakt z czołówką. Oczywiście nie mogłem wiedzieć, kto jaki prezentuje poziom, pomimo tego czułem, że pierwsza 20 jest spokojnie w zasięgu. Z tłumu, jeszcze przed startem wyłowiłem dwie znajome twarze; dwóch kolesi, którzy według mnie byli murowanymi kandydatami do podium. Jeden zwyciężył na 10 km w Abbeyshrule, a drugi znany mi był od lat z Longford, widywałem go niejednokrotnie podczas ulicznych treningów i już wtedy wiedziałem, że ma talent i ogromną smykałkę do biegania. A po drugie jest członkiem triathlonowego klubu w Longford, więc parę i kondycję ma odpowiednią. Oprócz nich było parę osób, które wydały mi się konkretne i z którymi trzeba się będzie pościgać.
Na linii startu ustawiłem się w pierwszym rzędzie, wraz ze mną z niecierpliwością stała cała grupka biegaczy, zapewne mających w planach powalczyć o coś więcej niż tylko przebiegnięcie tych 5 km. Za nami cała reszta, ponad 100 osób, w tym całkiem pokaźna grupa kobiet. Właśnie, kobiety. Oprócz rekordu, dobrego przebiegnięcia całej trasy i generalnie fajnej zabawy, znów załączył mi się samczy instynkt. Wyobraziłem sobie, że nie mogę polec z żadną niewiastą, że żadna nie powinna na metę przybiec przede mną.
Szybka przemowa organizatora, chwilowe zatrzymanie ruchu na drodze, palec na stoperze, skupienie, odpowiednia sylwetka i… START! Biegniemy. Tempo dość żwawe, trzymam się w ścisłej czołówce, nie mam pojęcia, co się dzieje za mną. Jest nas może z 10 osobowa grupka, dwóch wspomnianych wcześniej szybkobiegaczy przede mną, ja na 3 pozycji. Już wiem, że nie dam rady wytrzymać takiego tempa, po 1 kilometrze miałem coś około 3: 15 i niby dalej biegłem trzeci, ale zaczynałem słabnąć. Wiadomo było, że ścisła czołówka jest poza zasięgiem, w dodatku wyminęły mnie kolejne 2-3 osoby i co najgorsze jakaś kobietka! Nie miałem żadnego rozeznania jak sytuacja wygląda z tyłu, nie wiedziałem, jakie są odległości pomiędzy biegnącymi, wolałem się skupić na sobie i starać się utrzymać prędkość. Przód zwiał w najlepsze, nie musiałem sobie nimi zaprzątać głowy, starałem się skupić na tym, aby obronić wysoką 6 pozycję.
Cały czas biegliśmy asfaltem, głównie ulicami a na koniec chodnikiem wzdłuż obwodnicy. I właśnie na obwodnicy stała się rzecz niebywała: mniej więcej na 4 kilometrze czuję oddech jakiejś osoby na plecach, głośniej słyszę tupot stóp, aż w końcu wyprzedza mnie …dziewczyna. Już jednej wcześniej się udało a tu miałaby być następna? Nie ma takiej opcji. Skąd ta filigranowa sylwetka zachowała jeszcze zapasy mocy? ,,Nie dam jej za żadne skarby świata uciec!’’ – Myślę sobie. Parędziesiąt metrów biegniemy ramię w ramię aż tu nagle, jak gdyby nigdy nic ona się ode mnie odkleja i spokojnie oddala a ja nie mam siły, aby temu zaradzić… Czarnowłosa jest już kilkadziesiąt metrów z przodu i po szybkiej, uwłaczającej mi decyzji, z wielkim bólem postanawiam, że daję sobie z nią spokój, bo to mogłoby się skończyć totalną klapą, wyprzedzeniem mnie przez innych goniących i na koniec pewnie sporym niedosytem. Nie mogłem sobie na to pozwolić, 7 miejsce też jest dobre i na nim trzeba się teraz skupić. Około 400 metrów przed metą spróbowałem ostatniego zrywu i przeprowadziłem finalną szarżę, swoisty długi finisz, który miał pokazać, że potrafię skutecznie skontrować. Niestety nie udało się. Przekroczyłem linię mety na 7 miejscu, zerknąłem na zegarek i nie uwierzyłem: 19:35! Wspaniały wynik, ponad 2 minuty lepszy od poprzedniego rekordu. Planowałem, aby zejść poniżej 21 minut a tu pękło minut 20. Zwycięzcy osiągnęli czasy w okolicach 17: 30, czyli jeszcze dla mnie niedostępne, ale kto wie, może w przyszłości uda się do nich zbliżyć? Mój poprzedni najlepszy rezultat 21: 42 też wydawał mi się szczytem możliwości a tutaj minęły 3 miesiące i proszę, wynik znacznie lepszy. Czuję, że pokłady energii jeszcze są, mogę dołożyć do pieca i bić się o lepsze rezultaty oraz wyższe miejsca. Potrzeba czasu, cierpliwości i treningu.
Na mecie ustawiła się grupka oczekujących kibiców, w tym moja rodzinka. Udało się ich wyciągnąć na bieg i jestem z tego niezmiernie zadowolony. Nie dałem rady wygrać, co jest logiczne, ale dzielnie stawiłem czoła temu wyścigowi, ukończyłem go w pierwszej 10 i pobiłem rekord, także zadanie można uznać za wykonane. I na koniec, rzecz równie ważna, a może nawet ważniejsza, od wszystkich wyżej wymienionych: gdy wbiega się resztkami sił na metę i słyszy głośne wołanie 5 letniej córeczki ,,tata, tata!’’ – Uczucie bezcenne!:D