WROBELS

Cannes – w mieście festiwalu, palm i bogactwa

Cannes – mekka sportowych samochodów, ekskluzywnych jachtów, pięknych ludzi, ciepłego morza, starych i klimatycznych uliczek, nowoczesnych sklepów, wystawnych hoteli, palm na ulicach, śródziemnomorskiego klimatu i ogólno pojętego bogactwa. Raj na ziemi? Dla jednych pewnie tak, dla nas była to odskocznia od codzienności, szansa na poznanie innego życia, możliwość zobaczenia paru, na prawdę ciekawych i interesujących miejsc. Zapraszam na pierwszy odcinek z naszej wizyty na Lazurowym Wybrzeżu.

Ekskluzywna opcja w Martinezie?

Jak to się mówi: ,,Co się odwlecze, to nie uciecze”. W naszym przypadku jak znalazł, w całej rozciągłości to powiedzenie się sprawdziło, bo po feralnej historii ze strajkami pod koniec 2010 roku, udało się zawitać w Cannes półtora roku później. Jak się okazało, trafiliśmy chyba na o wiele lepszy okres aniżeli miało się to stać jesienią, tamtego momentu. Przede wszystkim drzwiami i oknami ładowało się już lato i drugie przede wszystkim, trwał Festiwal Filmowy. Świetna okazja na poznanie miasta również z tej najbardziej wykwintnej strony, na zobaczenie opcji full exclusiv, na uszczknięcie, takie powiedziałbym liźnięcie oczyma bogactwa, które wylewało się ze wszystkich, niemal zakamarków.

Panorama Cannes

Cannes dotychczas kojarzył mi się właśnie z festiwalem filmowym, zresztą wydaje się, że większość ma podobne pewnie skojarzenia. No może jeszcze fajna pogoda, złociste plaże, palmy i ciepła woda. No i bogactwo. Wszystko to było jednak gdzieś daleko, gdzieś w myślach czy marzeniach, ewentualnie w telewizorze. Nie do skosztowania i zobaczenia na własne oczy. Pojawiała się taka wyimaginowana blokada, że za drogo, że nie ma jak i nie ma pomysłu. Aż pewnego momentu pomysł się wykluł, sam nie wiem w jaki sposób, po prostu na horyzoncie zamigotała  sposobność aby do Cannes się udać. Prawdę mówiąc gdyby nie nasza koleżanka, no dobra, gdyby nie mojej żony koleżanka, która na co dzień w tym pięknym mieście rezyduje, to pewnie nigdy by nas tam nie widziano. Na szczęście stało się inaczej, dostaliśmy zaproszenie i z tego zaproszenia skwapliwie postanowiliśmy skorzystać :-).

Jak dojechać do stolicy europejskiego filmu? Jest parę sposobów, jedne proste i szybkie, z kolei inne czasochłonne i trochę bardziej skomplikowane. Nas interesowała opcja bezbolesna, tak więc zdecydowaliśmy się na samolot. Gdyby było więcej czasu, to być może wybralibyśmy się na południowo-wschodni kraniec Francji samochodem, co można by było połączyć z odwiedzeniem innych, ciekawych miejsc, mijanych po drodze. Jest jeszcze superszybka kolej, słynne TGV ale w tym przypadku należałoby się znaleźć na terytorium Francji a zakładając, że wtedy auta by nie było, to czekałaby czasochłonna podróż (pociągiem, autobusem) przez wielki kawał Anglii. Ostatnia forma podróży, ale to już kompletnie dla nas nierealna, to sposobność przypłynięcia do Cannes statkiem…

Pomarańczowe czy białe Lambo do wyboru?

A więc samolot. Do Cannes bezpośrednio się nie da, trzeba do Nicei. Lot z Dublina nie trwa długo, jakieś 3 godzinki, spokojnie można wytrzymać, nawet z małymi dziećmi. Z każdego zakątka Europy i praktycznie wszystkimi liniami można do stolicy Lazurowego Wybrzeża dolecieć. Połączenie z Nicei do Cannes czy do Monaco, jest bardzo korzystne. Przykładowo pociągiem jedzie się do obu tych miast z Nicei jakieś 30 minut. My przemierzyliśmy tę trasę autobusem – z lotniska do centrum Cannes, autostradą A8 w trzy kwadranse.

Festiwal filmowy numer 65

Wysiedliśmy tuż przy porcie, w miejscu gdzie autobusy przyjeżdżały i odjeżdżały, na takim nieformalnym dworcu autobusowym (no chyba, że dworzec był w innym miejscu ale my na niego nie natrafiliśmy). Niebo nad Cannes tego dnia odznaczało się czystym błękitem, z niewielką tylko ilością białych chmur. Jak to bywa w chwili przyjazdu do nowego miejsca, do nowego miasta, człowiek z reguły czuje się lekko zagubiony. Nie wie jak się poruszać, budynki wydają się takie same, ulice niczym się nie odznaczają, widać tylko chaos. Na szczęście to mija. Z czasem jest już tylko lepiej, potrzeba chwili a całość zaczyna układać się w przejrzystą mapę, dostrzegamy charakterystyczne punkty i miasto, które w pierwszym momencie przeraża, staje się o wiele bardziej przyjazne. Niemniej jednak tuż po przyjeździe zdaliśmy się tylko i wyłącznie na Dorotę, ona była dla nas przewodniczką i to jej się słuchaliśmy.

Co rzuciło się w oczy? Tłum ludzi, dosłownie mnóstwo ludzi. Z aparatami na piersiach (zapewne w większości turyści), z identyfikatorami festiwalowymi na szyjach (to pewnie różnej maści oficjele), policjanci kierujący ruchem, samochody jeżdżące powoli i ostrożnie, cała masa skuterów i motorków, generalnie rozgardiasz uliczny.

Nie można się było temu jednak co dziwić, bo autobus, który nas przywiózł zatrzymał się dosłownie rzut beretem od Pałacu Festiwalowego, czyli najważniejszego miejsca jeśli idzie o te bardzo słynne święto filmu. Przeszliśmy Promenadę de la Pantiero i po prawicy ukazał się nam Palais des Festival. A pod nim koczują fotoreporterzy i morze gapiów – każdy próbujący dostrzec jakąś znaną twarz i  przy okazji mając nadzieję na ustrzelenie świetnego zdjęcia . My też przystanęliśmy na chwileczkę obok słynnych schodów z czerwonym dywanem, ale że chcieliśmy czym prędzej dotrzeć do domu i zrzucić z siebie ciuchy z podróży oraz wszystkie toboły, tak więc poszliśmy dalej – na spokojniejsze zwiedzanie przyjdzie czas później. Znaleźliśmy się na Bulwarze de la Croisette, przy którym rozpoczynała się główna promenada miasta i przy którym znajdowały się najsłynniejsze hotele.

Tłum ludzi oczekujący gwiazd przed Pałacem Festiwalowym
Tłum ludzi oczekujący gwiazd przed Pałacem Festiwalowym

Super ekskluzywne nie schodzące z 300 euro za nockę, w większości 5 gwiazdkowe. Mijamy kolejno Majestic Barriere, Splendid, Marriott, Grand Hotel, Carlton Intercontinental, Le Miramar, Hotel Martinez. Do żadnego z nich zwykły zjadacz chleba, w czasie festiwalu i bez zaproszenia/rezerwacji dostać się nie może. Wszędzie pełno ochrony i co jakiś czas podjeżdżające limuzyny, przywożące pięknych tego świata. Szczególnie Carlton i Martinez chronione były niczym średniowieczne twierdze, to właśnie w tych dwóch hotelach rezydowały gwiazdy. Tam gdzie gwiazdy tam i fani; przy głównych wejściach stali ludzie z aparatami w gotowości bojowej, ciekawscy, cierpliwi, spragnieni wrażeń. ,,Festiwalowe emocje w pełni, świetnie, że akurat teraz tutaj przyjechaliśmy” – pomyślałem sobie i łapałem wszystko co mnie otacza, rejestrowałem całość, wpatrywałem się w ludzi, spoglądałem na jachty, na palmy, co jakiś czas hipnotyzowały mnie przejeżdżające Ferrari, Lamborghini i Royce-Royce.

Tak mniej więcej wyobrażałem sobie Cannes, oczywiście nie identycznie ale w przybliżeniu. Oczekiwałem, że będzie się działo dużo, że uświadczę – może nie na własnej skórze – trochę luksusu, że będę ten jakże przyjemny dla człowieka (koniecznie z grubym portfelem :-)) świat podziwiał z bliska, że nim przez te kilkanaście dni przesiąknę. Czekały nas podróże, czekał wypoczynek i poznawanie nowego. Mam nadzieję, że i Wy przeniesiecie się poprzez ten wpis (i parę kolejnych historii, które niechybnie się tutaj pojawią), w ciepły i bardzo przyjemny klimat Cannes i jego okolic. Myślę, że warto a przynajmniej będę się starał żeby tak było, bo Lazurowe Wybrzeże zasługuje aby je w samych superlatywach przedstawiać i opisywać. 😉

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

3 komentarzeZostaw komentarz

  • Ano między innymi dlatego była tutaj cisza, choć przyznaję bez bicia, że trochę zaniedbałem pisanie, bo z Francji wróciliśmy na początku czerwca… Ja również się Cannes zachwycałem, świetnie spędzone 13 dni, dużo się działo, fajne wycieczki, zupełnie inny klimat (porównując Lazurowe Wybrzeże i Irlandię) 🙂 Wiem, że odwiedzając różne miejsca powinno się kuchnię próbować ale jakoś tak nie wgłębiliśmy się w tematy kulinarne zbyt mocno (knajpki, restauracje itp.), czego trochę żałuję. Nie macie tam wilgoci z tej mariny? 🙂

  • ja to jestem taki “kulinarny” podróznik. Przy okazji każdego wyjazdu cieszymy się jak dzieci na nowe smaki i dania. A co do wilgoci z mariny, nic a nic. Mocno wieje za to, więc pewnie wywiewa wszystko 🙂

  • To dlatego tyle czasu Cię nie było! Ja Cannes też dobrze wspominam, a dziś sie śmieję, że zachwycając się kiedyś Cannes, nie miałam pojęcia, że mini kopię jego przystani jachtowej będę miała kiedyś każdego dnia za oknem
    Mam nadzieję, ze wspomnisz coś o kuchni francuskiej..mniam 🙂

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *