Diego Armando Maradona był piłkarzem nietuzinkowym. Dla wielu najlepszym w całej historii piłki nożnej, dla Argentyńczyków nieomal Bogiem. Ja poznałem Diego w roku 1990 podczas Mundialu we Włoszech. Oczywiście w tamtym czasie moja świadomość i znajomość piłki nożnej była na znacznie uboższym poziomie niż ma to miejsce obecnie tak więc poczynania Maradony z tamtego okresu pamiętam raczej słabo i to tylko przypominam sobie te, gdy grał on w reprezentacji. Przyznaję, że nie kojarzę Maradony z czasów gry w Napoli, nie kojarzę go zbytnio z epizodu w Sevilli. Pamiętam dopiero jego schyłek kariery, najpierw z roku 1994, kiedy to Diego raz na zawsze pożegnał się niebiesko-białym trykotem kadry a następnie lata 95-97 gdy żegnał się z piłką podczas reprezentowania barw Boca Juniors.Oczywiście oprócz dokonań sportowych wszyscy znamy również tą drugą, nie rzadko mniej chwalebną stronę Maradony… Problemy z narkotykami, problemy ze zdrowiem, walka z dziennikarzami, w pewnym momencie walka o własne życie – to wszystko mu towarzyszyło, przenikało przez niego i pozostawiało smród.
Parę dni temu skończyłem czytać autobiografię tego słynnego piłkarza. ,,El Diego” została napisana bardzo luźno, widać, że autor pisał prosto z serca, stylem, że tak powiem podwórkowym. Historia w niej zawarta pokazuje nam różne strony z życia Maradony. Czasami ciężko jest odgadnąć o co autorowi chodzi, sytuacje bywają pomieszane, nazbyt zagmatwane i przeczące same sobie. Rozpoczyna się w Villa Fiorito, w jednej z dzielnic biedy w Buenos Aires, to tam mały Diego całymi dniami uganiał się za piłką. W miejscu, w którym się wychował często gra w piłkę była jedyną rozrywką. A życie w Villa Fiorito do łatwych i lekkich nie należało… Diego opisuje je tak:
,,Mam szczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa, chociaż gdybym miał określić jednym słowem Villa Fiorito, osiedle, w którym się urodziłem i dorosłem, powiem: ,,walka”. We Fiorito kiedy można było coś zjeść, jadło się, kiedy nie, nie. Pamiętam, że zimą było bardzo zimno, a w lecie bardzo gorąco. Mieliśmy dom z trzema pokojami, he… Luksus; przechodziłeś przez bramę z drucianej siatki i wchodziłeś na jakby patio z ubitej ziemi; dalej był dom. Jadalnia, w której się gotowało, jadło, odrabiało zadania domowe, wszystko, i dwa pokoje. Po prawej był pokój rodziców, po lewej – nie więcej niż dwa metry na dwa – pokój dzieci… Ośmiorga dzieci. Kiedy padał deszcz, trzeba było omijać miejsca, gdzie kapała woda, bo bardziej mogłeś zmoknąć w środku niż na zewnątrz. Dobra, nie chodzi o to, że nie mieliśmy łazienki – nie mieliśmy wody, ja zacząłem ją nosić w dwudziestolitrowych puszkach po oleju YFP. Używaliśmy ich do targania wody z jednego kranu w naszym kwartale, żeby moja matka mogła prać, gotować, wszystko. I żebyśmy mogli się kąpać – ręką czerpałeś wodę z puszki i przesuwać ją po twarzy, pod pachami, po jajkach, po kostkach, pomiędzy palcami. Mycie głowy było bardziej skomplikowane, możesz to sobie wyobrazić, w zimie lepiej było tego unikać….”
W krajach takich jak Argentyna czy Brazylia, dla chłopców pochodzących z nizin społecznych, piłka nożna to często jedyna szansa na wyjście z biedy i poprawienia sobie oraz rodzinie warunków bytowych. Nie wszystkim się udaje. Maradona miał to szczęście. Na szerokie wody wypłynął w Argentinos Juniors, w wieku 21 lat był już zawodnikiem Boca Juniors. W tym czasie zaczyna się również przygoda Diega z reprezentacją swego kraju. Czytając tę lekturę odnosi się wrażenie, że Maradona stawia biało-niebieską koszulkę kadry ponad wszystkie inne trykoty klubowe, w których grał:
,,Zawsze, zawsze największą dumą była dla mnie gra w reprezentacji. Zawsze, bez względu na to, ile milionów by mi płacili w jakimś klubie. Tych dwóch rzeczy nie można porównywać. Bo wartości reprezentacji nie można porównywać forsą, porównuje się je chwałą. Chciałbym, żeby wbili to sobie do głowy dzisiejsi chłopcy i chłopcy jutrzejsi: nie można oddać mistyki argentyńskiej piłki nożnej i biało-błękitnej koszulki. Chociaż, niestety, jest coraz mniejsza. Bo przed Copa América w Paragwaju w 1999 roku trzeba było zrobić ankietę, kto chce przyjechać, a kto nie… Kto chce przyjechać! Tutaj, w tym szczególe zawiera się dowód na to, że mistyka upadła…”
I spoglądając dzisiaj z perspektywy czasu na całą karierę Maradony, można zauważyć, że właśnie broniąc barw Albicelestes święcił on największe tryumfy i głównie przez grę w reprezentacji zbudował swoją wielkość. Można się uśmiechać i zastanawiać czy aby na pewno Diego jest tym największym? Mistrzostwo Argentyny z Boca; Mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Hiszpanii z Barceloną; 2 tytuły Mistrza Włoch, Puchar i Superpuchar tego kraju oraz Puchar UEFA z Napoli to i owszem, spore sukcesy ale w dzisiejszych czasach nie powalają na kolana. Jest wielu znacznie bardziej utytułowanych piłkarzy, z większą ilością zdobytych trofeów, z większą ilością rozegranych spotkań i strzelonych goli. Ale to Maradona ma łatkę tego najbardziej genialnego.
A już z całą pewnością był jednym z najbardziej kontrowersyjnych. Nie ukrywa tego i często przyznaje się do swoich błędów i słabości. Chociaż bardzo często próbuje siebie wybielić i przedstawić sprawy w ten sposób, że to on jest ofiarą, że jego prześladują działacze, trenerzy, piłkarze, sędziowie czy dziennikarze, że to jemu dzieje się największa krzywda i niesprawiedliwość. Wielokrotnie można to zauważyć i to nawet w momentach, gdy uwikłany był w doping i narkotyki. Po meczu z Nigerią na Mundialu w USA w 1994 roku, kiedy dwie próbki antydopingowe dały pozytywny wynik, mówił tak:
,,Przysięgałem raz za razem i chciałem, by było jasne, że nie brałem niczego, co pomogłoby mi lepiej grać, lepiej biegać – przysięgałem na swoje córki i teraz też na nie przysięgam! Skoro trenowałem, tak jak trenowałem, po co mi jeszcze doping?! Marzyłem, żeby kibice to zrozumieli, żeby mieli świadomość, że nie biegałem dzięki dopingowi, że biegałem dzięki sercu i dla koszulki. Nic więcej.”
Nie tylko kwestię dopingu próbował załagodzić. Gdy nie udawało się coś z reprezentacją Argentyny również próbował się usprawiedliwiać. Po przegranym finale Mistrzostw Świata we Włoszech z Niemcami, w 1990 roku:
Oszukano nas, mecz był wydrukowany. I nie chodzi tylko o to: mówiłem już o moich podejrzeniach co do losowania, spierałem się z Havelangem, żądałem, żeby pieniądze z premii dla federacji podzielić pomiędzy piłkarzy. Za dużo, za dużo rzeczy dla możnych. Ten mecz przeciwko Niemcom to była farsa. Od samego początku. Od obraźliwego braku szacunku dla hymnu i jeszcze gorszego, gdy na ogromnym ekranie pojawił się mój obraz. Wiedziałem, że wszyscy na mnie patrzą, wiedziałem… Dlatego powiedziałem, bardzo wyraźnie, żeby zrozumiano mnie w każdym języku: ,,Skurwysyny, skurwysyny”. Ale nie krzyknąłem tego, po prostu powiedziałem, powoli, jakbym szeptał wszystkim do uszu, gotowy obić mordę każdemu, kto pojawiłby mi się na drodze… Skurwysyny… Oto, kim byli.”
Nie ze wszystkim co jest zawarte w tej książce można się zgodzić ale to jest spojrzenie Maradony, głównego zainteresowanego i trzeba je również zaakceptować. Bez wątpienia smaczkiem tej historii jest sposób, w jakim Maradona opisuje przeróżne sytuacje. Fajnie czyta się momenty z szatni, z boiska, sposób w jaki postrzega to wszystko Diego. Ciekawe są relacje z innymi ludźmi, ze sławnymi piłkarzami i trenerami. Dowiadujemy się między innymi o wielkiej przyjaźni Maradony z Caniggią, o ciężkich relacjach z Passarellą, o szacunku do Fidela Castro czy Alfredo Di Stefano, o podziwie dla Che Guevary. Wrogów jak i przyjaciół Diego miał wielu, bardzo wielu, w książce zawarte jest spora ich ilość, o dziwo Maradona wszystkich pamięta, z każdym wiąże się jakaś mniej lub bardziej zabawna historia.






