–Hej Podróżnicy! Jeśli bylibyście w Dublinie a mnie by jeszcze nie było, to zaczekajcie. Ja prosto z roboty o 21 pojadę. Będę około 22:30. – napisał informacyjnie Adrian.
–Adi, my o 22 wylatujemy. Będziemy o 24 waszego czasu – odpowiedział po fragmencie Daniel.
Adrian trochę się zdezorientował…
O północy? No cóż, a więc o północy. Poczekalnia lotniskowa nie jest mu obca, nie raz w niej bywał oczekując przyjezdnych z Polski. Należało tylko najwolniej jak się tylko dało, na lotnisko dotrzeć. Tak aby tego czasu oczekiwania było jak najmniej. W poczekalni, przy pomocy darmowego internetu, w otoczeniu innych kierowców, udało się miło spędzić ostatnie 1,5 godziny czternastego dnia maja 2015. Nagle na telewizorku informacyjnym pojawił się najbardziej wyczekiwany przez wszystkich napis: LANDING. Po chwili w kieszeni kurtki odezwał się głos przychodzącego SMS-a.
–Tośmy wylądowali – poinformował już na ziemi irlandzkiej Daniel.
–W takim razie czekam z większą niecierpliwością – z nieukrywaną radością odrzekł Adrian i zaczął baczniej spoglądać w kierunku wyjścia.
-Ruszamy…
WYJAZD
Kierunek? Tym razem wschodni. Chcemy dowiedzieć się, zobaczyć na własne oczy, czy County Wicklow rzeczywiście jest tak urocze jak je opisują? Nie uda się spenetrować całego hrabstwa, ale damy radę poznać bardzo ważną jego część.
Szykował się jednodniowy wypad. Czyli bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, bez zbędnego balastu, bez niepotrzebnego klamorstwa, konkretnie. Najważniejsza sprawa: aparaty. Nasze orędzie w walce ze zjawiskowymi widokami, przedmioty bez których, ktoś kto jedzie w nowe miejsce, z nastawieniem odkrycia czegoś nowego, ruszyć się nie może. Ja osobiście nigdy się nie ruszam.
KAWA
Kawa na stacji benzynowej smakuje zawsze tak samo.Nie mówię, że źle smakuje, ale zawsze tak samo. Być może dlatego, że kupuję taką samą? Że moim głównym faworytem, jedynym wyborem jest Mocha?
Było standardowo: benzyna, kawa, płatność. Tym razem na pięknej, nowoczesnej i obszernej Enfield Motorway Service Station, obok której przejeżdża się zawsze, jadąc N4 w kierunku Dublina.
–Wy kawy nie chcieliście? – Adrian zapytał troszkę zakłopotany, wiedząc o tym, że zapytać powinien wcześniej, jeszcze przed wyjściem z samochodu…
–Nie, piliśmy rano w domu – odpowiedział zawsze uśmiechnięty Daniel
Rzeczywiście, gdy cały dom jeszcze spał, Daniel i Ela już baraszkowali po kuchni. Słychać było delikatne brzdęknięcia szkła, ledwo słyszalne stuki kubków i bulgoczącą, gotującą się wodę w czajniku. Gdy ja przygotowywałem się do opuszczenia łóżka, ranne ptaszki z Polski zanurzone były w rozmowie, delektując się przy tym aromatyczną, małą czarną.
Opuściliśmy stację po paru minutach. Auto dokarmione i gotowe do drogi, my podekscytowani i już na dobre rozbudzeni a Dolina Glendalough czekająca.
W TRASIE
W drodze, jak to w drodze do Dublina
czyli intensywnie i tłocznow sobotę, czyli spokojnie i przyjemnie.
Wyjechaliśmy wcześnie rano, więc nie mogło być w tym temacie większego problemu. Odcinek, który mieliśmy do pokonania to 168 kilometrów, z czego około 143 km to autostrada (N4/M4), obwodnica okalająca miasto stołeczne Dublin (M50) i kawałek autostrady M11. Szczególnie pierwszą część trasy (Longford-Dublin) znam bardzo dobrze, toteż przeleciała ona niemal niezauważalnie. Po szerokiej i porządnej M50 również zdarzało mi się jeździć, także i tutaj niespodzianki nie było żadnej. Pewnego rodzaju nowość pojawia się dopiero na 143 kilometrze. Zjeżdżamy wówczas z autostrady i poprzez znaki drogą R755 kierujemy się na Glendalough. Jesteśmy na terenach Hrabstwa Wicklow. Pojawiają się góry, wąska szosa kręci się i zawija w różne strony, za oknami co rusz obserwujemy wielkie połacie żółtych krzewów. Są wszędzie i nie przesadzę jeśli napiszę, że ciągną się kilometrami.
KOLCOLIST
Pierwszy raz z tą rośliną spotkaliśmy się w 2009 roku podczas wizytowania Trim. Piękne, soczyście żółte krzaki, nie dość że ładnie się prezentowały, to jeszcze bardzo intensywnie pachniały.
W powietrzu unosił się głównie aromat wanilii, wokół fruwała słodka, miodowa nuta. Kwiaty zacne, przykuwające wzrok, aczkolwiek trzeba mieć na uwadze, że jest to niezłe ziółko, inwazyjna bestia, która bardzo łatwo i bardzo chętnie się rozprzestrzenia.
–Ciekawe czy z tych kwiatów dałoby się zrobić miód? – odezwał się nagle Adrian, zakłócając irlandzkie dźwięki skocznie wydobywające się z głośników.
–Wydaje się, że tak – odpowiedziała Ela. – skoro są kwiaty, to muszą być i pszczoły. A jak pszczoły, to i miód w dalszej perspektywie.
–Jedna rzecz jest zastanawiająca – wtrącił miodowy znawca Daniel – nie widziałem praktycznie żadnych uli…
Próbowaliśmy się wpatrzeć i jakąś pasiekę wyłowić ale niestety polegliśmy. Albo były gdzieś skutecznie ukryte albo niedokładnie patrzyliśmy albo ich rzeczywiście nie było. Wujek Google mówi, że kolcolist jest miododajny. Może i jest ale wydaje się, że miodu z samego kolcolistu się nie uświadczy, ewentualnie może on być częścią jakiegoś miodu wielokwiatowego? Daniel, Ela, może, prawda? 🙂
MIÓD
Skoro o miodzie mowa, to warto wspomnieć, że już w czasach wczesnego średniowiecza, w Irlandii miód znali i bardzo chętnie go spożywali.
Dosładzano nim piwo, dodawano do produktów mlecznych. Stosowano go – obok świeżego czosnku i selera – jako element leczniczej diety. Właściciel roju był zobowiązany dostarczać miód sąsiadom cierpiącym na ,,pragnienie’’ (picę, łaknienie spaczone?). Zachowały się traktaty oraz kodeksy – Bechbretha (,,Pszczele wyroki’’), Lex Burgundiorum – szczegółowo opisujące zasady panujące w ówczesnym pszczelarstwie. Miód łatwo jest magazynować i przechowywać na dłużej, zimą był, więc cennym składnikiem odżywczym. Nawet św. Patryk wspominał, że on i towarzysze jego podróży żywili się dzikim miodem (,,mel siluestre’’) na statku, którym płynęli z Irlandii do Brytanii. Jednak stanowcza większość źródeł wskazuje na przewagę korzystania z pszczół udomowionych, które pojawiały się szczególnie często w ośrodkach monastycznych.
(fragmenty z książki Daibhi O Croinin, ,,Irlandia Średniowieczna 400-1200”)
GLENDALOUGH
Mówi się, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W Górach Wicklow mamy podobną sytuację. Wszystkie tutejsze drogi zdają się nieodmiennie prowadzić do Glendalough.
Nasza z całą pewnością prowadziła. Nie zostało nam już wiele do pokonania, 25 kilometrów od momentu zjechania z autostrady. Niewielki odcinek ale aż 8 maleńkich wiosek do przejechania. Rocky Valley, Killough, Togher Beg, Churchmount, Annamoe, Laragh, Rounwood, Knockfin – nic nam te nazwy nie mówiły i prawdę mówiąc nawet do końca nie wiedzieliśmy, kiedy przez większość nich przejeżdżaliśmy. Zresztą, kto by się tym przejmował? Zbliżaliśmy się nieubłaganie do Glendalough, do cudownej doliny porośniętej lasem, do Gór, do jezior… Jeszcze troszeczkę, parę zakrętów, tuż, tuż i będziemy… Będziemy oglądać, będziemy zwiedzać, będziemy się delektować. Będziemy mogli wreszcie oznajmić, że: Przygodę Czas Zacząć!





