z 15 lipca 2008
Jakie są z reguły marzenia małego, kilkuletniego chłopca? Zostać strażakiem? A może policjantem? Pilotem samolotu czy doktorem? Niektórzy chcą być w przyszłości znanymi aktorami a jeszcze inni sławnymi i podziwianymi sportowcami. Jest z tym naprawdę różnie, ileż osobowości tyleż pragnień. Niemniej jednak każdy chce zostać kimś. Ze mną było podobnie. Odkąd pamiętam kręciła mnie jedna rzecz: piłka nożna. Nic innego się nie liczyło, piłka praktycznie przysłoniła mi inne przyjemności, które są istotne dla kilku/kilkunastoletniego chłopaka. Oczywiście zdarzało się zająć czymś innym ale prym wiodła kopana. Upajałem się nią w telewizji, z czasem pojawiła się prasa sportowa a wszystko było tłem dla czynnego uprawiania tego sportu. Praktycznie większość młodych chłopaków godzinami okupuje osiedlowe boiska, ja w tej kwestii nie byłem inny. Boisko było dla mnie drugim domem, od rana do wieczora uganiałem się za futbolówką, tylko obiady i późna pora potrafiły ściągać mnie do domu. Tak więc czas mijał, moje życie nasiąknięte piłką toczyło się do przodu aż przyszedł 1993 rok.
Był koniec wakacji a może nawet początek roku szkolnego, graliśmy kolejny z meczy na naszym szkolnym boisku i los chciał, że przypatrywał się nam jeden z trenerów GKS-u Katowice. Ku mojej wielkiej uciesze zaproponował mi abym przyszedł na trening. I tym sposobem zaczęła się moja przygoda z GKS-em Katowice, z klubem który od najmłodszych lat był w moim sercu. Treningi na katowickim osiedlu Koszutka gdzie znajdował się ośrodek, w którym trenowały najmłodsze grupy GieKSy. Trener, który mnie wyłowił (Józef Domżał) trenował chłopców z rocznika 1981, ja trafiłem pod skrzydła Krzysztofa Rzeszutka. Trenera trampkarzy z rocznika 1982. Treningi były bodajże 2 razy w tygodniu (o ile sobie dobrze przypominam we wtorki i czwartki). Musiałem dojeżdżać na Koszutkę autobusem (z mojego osiedla Giszowca było to około 30 minut jazdy), pamiętam że na samym początku brałem do plecaka tylko korkotrampki i ręcznik, resztę miałem już na sobie i zaraz po treningu, w tych brudnych ciuchach wracałem od razu do domu. Z czasem jednak zmądrzałem i brałem ubrania do przebrania. Miałem wtedy 11-12 lat i takie treningi gdzie każdy miał własną piłkę, na bramkach wisiały siatki i wszystkim kierował prawdziwy trener były dla mnie niezwykłym przeżyciem. W tamtym okresie na treningach przewijało się mnóstwo chłopaków, jedni przychodzili, inni odchodzili, była dość duża rotacja. Mnie jednak zawsze udawało się zostać, miałem ogromny zapał i marzenie bycia wielkim piłkarzem, gwiazdą europejskich stadionów, które bez względu na wszystko miałem zamiar realizować. I tak mijały miesiące, trening gonił trening, pewna grupa chłopaków, której udało się przetrwać sito selekcji pozostała i stworzyła trzon drużyny. Na okres zimowy treningi przeniosły się na halę przy ulicy Józefowskiej (która odegrała pewną rolę w moim życiu jak się później okazało).
Kolejnym przełomowym momentem była jesień 1994 roku. Wtedy też wszystkich z mojego rocznika postanowiono wrzucić do klasy sportowej. Wiązało się to ze zmianą szkoły. Podjęliśmy się tego ryzyka i od września byłem już uczniem Szkoły Podstawowej nr 36 imienia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, która mieściła się na Koszutce. Utworzyliśmy klasę 6 D, która składała się z samych chłopaków, wszyscy byliśmy zawodnikami GieKSy.
Było to tak zorganizowane i pomyślane, że nauka nie kolidowała nam z treningami. Trenowaliśmy przeważnie po lekcjach bądź też rano, w zależności na którą mieliśmy do szkoły. Zajęcia treningowe były częstsze i cięższe aniżeli na początku naszej przygody z piłką. W międzyczasie zmienił się nam trener, Krzysztofa Rzeszutka zastąpił Piotr Mleczko no i zaczęliśmy grać w lidze (trampkarze młodsi). Z reguły ogrywaliśmy naszych ligowych przeciwników, zdarzały się wyniki dwucyfrowe zresztą renoma klubu zobowiązywała do efektownego wygrywania. W tamtym okresie jedną z ważniejszych chwil była możliwość podawania piłek podczas ligowych spotkań GieKSy. Pamiętam, że byłem wtedy bardzo szczęśliwy, na wyciągnięcie ręki biegały takie sławy polskiej piłki jak Janusz Jojko, Adam Ledwoń, Marek Świerczewski, Kazimierz Węgrzyn, Krzysztof Walczak, Marian Janoszka, Adam Kucz, Zdzisław Strojek czy Sławomir Wojciechowski . Obok tych z GieKSy co jakiś czas pojawiali się inni, którzy przyjeżdżali ze swoimi zespołami na Bukową, między innymi Widzew Łódź i Legia Warszawa, które wtedy były naszpikowane gwiazdami i między sobą toczyły bój o mistrza polski. Bliskość trybun, boiska, cała ta atmosfera ogólnomeczowa robiły wrażenie. Pomyślałem sobie wtedy ,że muszę w przyszłości na głównej płycie katowickiego obiektu wystąpić (i jak się później okazało ta sztuka parę razy mi się udała). Chyba najważniejszym oraz najbardziej emocjonującym meczem, na którym podawaliśmy piłki było spotkanie reprezentacji w kwalifikacjach Mistrzostw Świata ‘98 Polski i Mołdawii. Stadion wypełniony po brzegi, wielcy piłkarze (Szamotulski, Jóźwiak, Zieliński, Wojtala, Hajto, Michalski, P. Nowak, Bałuszyński, Warzycha, Citko, Wałdoch, Staniek, Kucharski) obok mnie, coś niesamowitego. Przeżyciem był także moment gdy tuż przed meczem instruował nas Michał Listkiewicz (wtedy jakiś działacz PZPN-u).
Tych potyczek GKS-u za naszej kadencji przy podawaniu piłek było dość sporo, miłe przeżycie i fajna pamiątka do wspominania (co czynię właśnie teraz . W tamtym czasie wszystko nabrało tempa: jak już wspomniałem treningi były częstsze, w sobotę lub w niedzielę mecz, pojawiały się rozmaite turnieje (głównie halowe) u nas w kraju jak i zagranicą. Co rundę jeździliśmy na obozy, całe moje ówczesne życie podporządkowane było piłce nożnej. Rotacja w ludziach była cały czas, w klasie pojawiali się nowi, jednak nie każdy grywał w piłkę tyle ile by sobie życzył. Toteż niektórzy sami rezygnowali bądź odstawiał ich trener, nie wszyscy też mieli tyle zapału i samozaparcia. Nie ulega wątpliwości, ta cała coraz poważniejsza zabawa ,,w piłkę’’ wymagała wyrzeczeń, trzeba się było poświęcać. Rano jechało się do szkoły (wstawałem z reguły około 6.30) w szkole czasami 8-9 lekcji, potem od razu na trening (trwał różnie, pomiędzy 1,5-2 godziny), w domu bywało się około 20, a nierzadko później… Najgorzej było zimą, gdzie wyruszałem z domu w ciemnościach i wracałem jak było już także ciemno.
Nie dość, że młody organizm był zmęczony, to jeszcze trzeba było odrabiać lekcje na dzień następny. Czasami nie dopisywała pogoda a trenowaliśmy na boiskach ziemnych (takie czasy…) gdzie kałuże i błoto było na porządku dziennym, jedna torba z książkami i zeszytami, kolejna ze sprzętem na trening, trzeba było zacisnąć zęby i jakoś sobie radzić. A jak było z feriami i wakacjami? Każdy normalny młody człowiek z utęsknieniem oczekuje wolnego, gdy przychodzi lato nic innego się nie liczy wszyscy z reguły leniuchują i odpoczywają po ciężkim roku szkolnym. A my? Ferii praktycznie nie mieliśmy, podczas tych 2 tygodni wolnego jechaliśmy na zimowy obóz szlifować formę przed kolejną rundą w lidze. Tylko latem lipiec mieliśmy dla siebie, w sierpniu już zaczynały się treningi i kolejny wyjazd na obóz przygotowawczy.
Po paru latach nasze treningi przeniosły się z Koszutki na Bukową, czyli na stadion GieKSy. Podczas tych 3 lat podstawówki byliśmy dwukrotnie we Francji. W 1996 roku pojechaliśmy do Saint Ettiene gdzie rozegraliśmy mecz z jakimś lokalnym klubem, który obchodził kolejną rocznicę swojego istnienia. Drugim razem udaliśmy się do Nancy (1998 rok) gdzie uczestniczyliśmy w międzynarodowym turnieju z udziałem między innymi chłopców z Dynama Kijów. Dla mnie osobiście ale zapewne dla każdego z osobna takie wyjazdy były wielką sprawą gdzie oprócz piłki nożnej łyknęło się troszkę obcej kultury, pobyło się w wielkim świecie. Sportowo troszkę odstawaliśmy bo nie doszliśmy zbyt daleko ale ogólnie spojrzeć na te wyjazdy to na pewno było warto… ciąg dalszy nastąpi…



