Jeszcze w poprzednim sezonie mówiło się, że Arsenal Londyn ma zbyt nieopierzoną kadrę, za mało doświadczoną na wygrywanie wielkich meczów i zdobywanie trofeów. Dzisiaj zawodnicy postarzeli się co prawda tylko o rok ale i tak pierwszy skład Kanonierów doświadczeniem nie grzeszy.
I to się w pewnym sensie przekłada w tegorocznych rozgrywkach angielskiej Premiership. Wczoraj zakończyła się 26 kolejka tamtejszych rozgrywek, w której Fabregas i spółka nadgonili dystans do prowadzącego duetu. A stało się to dlatego, że Manchester United zremisował w Birmingham z Aston Villą natomiast stołeczna Chelsea oddała całą pulę Evertonowi w Liverpoolu. The Gunners również nie mieli słabego przeciwnika, gdyż na Emirates Stadium przyjechał, niepokonany od 7 spotkań Liverpool. Dzisiaj sprawa mistrzowskiego tytułu zdaje się być na powrót otwarta a Arsenal posiłkując się terminarzem te szanse ma dosyć spore. Jednak w przekroju całego sezonu było z tym różnie. Początek znakomity: 6:1 na wyjeździe z Evertonem, 4:1 u siebie z Portsmouth a w między czasie dwa zwycięstwa z Celtikiem w eliminacjach Ligi Mistrzów zrobiły wrażenie na wszystkich.
W następnych miesiącach Arsenal z reguły odprawiał swoich rywali z kwitkiem, wygrywając bez dwóch zdań i strzelając przy tym mnóstwo goli. Pod koniec stycznia udało się nawet objąć prowadzenie w lidze, wtedy też miał nadejść swoisty Mount Everest, londyńczyków z The Emirates czekały potyczki z Aston Villą (wyjazd), MU (dom), Chelsea (wyjazd) i Liverpool (dom). Wtedy też miało się okazać czy Arsenal realnie może myśleć o mistrzowskiej koronie. W 3 pierwszych spotkaniach było gorzej niż źle, tylko 1 oczko, w bramkach 1-5 i porażki z najgroźniejszymi rywalami (MU, Chelsea). Dopiero wspomniana 26 kolejka dodała nieco więcej nadziei w serca fanów Arsenalu i sprawiła, że rozgrywki do końca powinny trzymać w napięciu.
Gdzie tak naprawdę leży przyczyna, że Arsenal Londyn nie potrafi nawiązać regularnej walki z największymi, czy to idzie lidze angielskiej, czy też na kontynencie, podczas gier o Puchar Mistrzów? Wenger ze swoim ”Młodym Gangiem” na jakiekolwiek trofeum czeka od roku 2005 (FA Cup) a ostatni tytuł wygrali w 2004 roku. Generalnie uważa się, że Arsen Wenger nazbyt zaufał swojej filozofii futbolu, starając się przedłożyć efektowność nad efektywność. Uparcie sprowadza młodych, nieopierzonych graczy którzy dopiero w przyszłości mają rozbłysnąć i stać się gwiazdami światowego formatu. Francuz wzbrania się jak może przed dokonywaniem spektakularnych transferów ufając w 100% swoim pomysłom. A trzeba zauważyć, że finanse na takie zakupy na pewno by się znalazły, stadion zarabia niewyobrażalne pieniądze a i ze sprzedaży Adebayora i Toure (do Manchesteru City) przed tym sezonem Arsenal wzbogacił się o prawie 50 milionów euro… Piękna i miła dla oka piłka jest, temu nie można zaprzeczyć, lecz wyników ani widu ani słychu. Oczywiście pojedyncze, wygrane mecze z najgroźniejszymi rywalami się zdarzają, jednak sukces w postaci zdobytych Pucharów, niekoniecznie… Jak wyżej wspomniałem, jedną z przyczyn jest doświadczenie a raczej brak tegoż doświadczenia. W porównaniu z MU i Chelsea, gracze Arsenalu wypadają blado. W przegranym spotkaniu na Stamford Bridge z Chelsea w wyjściowej jedenastce tylko William Gallas i Andriej Arshavin osiągnęli pułap 50 spotkań w narodowych barwach. U rywala takich zawodników było 9-ciu…
Niestety, nie wystarczy wielki talent i bajeczna technika, należy posiłkować się również doświadczeniem, które procentuje w najważniejszych momentach. Wszystkie najważniejsze potyczki w tym sezonie Arsenal przegrał (dwukrotnie z MU i Chelsea) i w tych grach wyszło między innymi właśnie doświadczenie. W porządku, ktoś może powiedzieć, że w tych spotkaniach Kanonierzy momentami grali lepiej, oddawali więcej strzałów, jednak w końcowym rozrachunku zawsze przyjeżdżali na tarczy… Coś jest na rzeczy i dla dobra wszystkich związanych z Arsenalem, należy to coś zidentyfikować, postawić skuteczną diagnozę i wyleczyć. W przeciwnym razie, rok rocznie będą oglądać plecy Manchesteru United i Chelsea Londyn. A i nie można zapominać o Liverpoolu i innych chętnych na wdarcie się do ”Wielkiej Czwórki”. Dla dobra kibiców, którzy lubują się w efektownych akcjach, najlepiej by było gdyby Arsenal w końcu zaskoczył. Jednak w dzisiejszej piłce, pomijając ubiegło-sezonową Barcelonę, nie da się wygrywać grając tylko i wyłącznie Joga Bonito. Na pewno nie w Anglii, gdzie siła i zdyscyplinowanie taktycznie to podstawa. Czy Arsenal jest w stanie zmienić swoją filozofię? Czy może bardziej chodzi tutaj o szkoleniowca? Nie wiem, być może dni Wengera powoli zaczną dobiegać końca, wszakże cierpliwość działaczy i przede wszystkim kibiców jest ograniczona.

