WROBELS

Przylądek Glencolumbkille

Opuszczaliśmy klify spełnieni i gotowi na dalszą przygodę. Studiując mapę wymyśliliśmy sobie, że znajdziemy pewien Dolmen, znajdujący się w połudiowo-zachodniej części przylądka Glencolumbkille.

Wróciliśmy do wsi Carrick, dalej w lewo, drogą R263 w kierunku Glencolumbkille. Jechaliśmy tyłem Slieve League, dookoła nie było praktycznie żadnych drzew, w nielicznych miejscach wyrastały jakieś niskie krzewy, za to pod dostatkiem było torfowisk. Co chwila poletka torfu, torfu wyzbieranego, poukładanego na kupki i gotowego do wyjazdu.

Teren tutaj był rozległy, falujący, dziki i nieprzyjazny do jakiejkolwiek roli, trawa koloru brunatno-zielonego, z licznie wystającymi skałami, w niektórych miejscach małe jeziorka i owce, próbujące najeść się i odpocząć. W okolicach Meenavaghran zjechaliśmy na lokalną drogę, prowadzącą do Malin More, gdzieś na tej drodze miałbyć nasz Dolmen. Tak jak przed momentem krajobraz był surowy, tak teraz nieoczekiwanie przeszedł w piękną, zieloną dolinę. Były już tutaj domostwa, nie gęsto posiane, jedno od drugiego co najmniej o kilkadziesiąt metrów, jednak ludzi jak na lekarstwo. Królowała cisza, spokój i harmonia. Jechaliśmy powolutku i staraliśmy się zlokalizować nasz cel, przejechaliśmy wzdłóż całą drogę aż do wyjazdu na Malin More ale dolmenu ani widu. Postanowiliśmy zaczerpnąć informacji w okolicznym centrum turystycznym. Z mapą i językiem w ustach poszedłem się zapytać. Miła pani, swoją specyficzną angielszczyzną, pomieszaną z językiem gaelickim próbowała nam wytłumaczyć i pokazała miejsce z dolmenem. Tyle, że z innym, niez tym którego szukaliśmy.

Torf

W tym centrum turystycznym znajdował się duży sklep z pamiątkami i lokalnymi wyrobami, niektóre rzeczy były naprawdę ładne i interesujące, jednak ich cena skutecznie odstraszała… Podziękowaliśmy ślicznie i pojechaliśmy do wskazanego miejsca. Odszukaliśmy Dolmen wśród rozrzuconych innych głazów i kamieni, nie był on wielki ale mogliśmy zauważyć kształty. Generalnie najlepiej zachowane Dolmeny powinny być wtedy, kiedy stoją sobie dumnie przez tysiące lat, nie dotykane przez nikogo i najlepiej gdy są sporych rozmiarów. Nasz, niestety wielki nie był i w dodatku z jednej strony stał sobie podparty na kilku kamieniach i raczej pewne jest, że zostały one przez kogoś tam podrzucone. Ale, że był to mój pierwszy, na żywo widziany dolmen, toteż przebaczyłem mu to (że lekko go zdeformowało) i byłem widokiem zadowolony. Ogólnie teren wokół dolmena był otoczony małym murkiem, tworząc krąg i wywnioskowaliśmy, że w przeszłości było to miejsce religijnego kultu. Pooglądaliśmy wszystko i wróciliśmy do auta.

Kamienny dom

Jako, że nie odnaleźliśmy tego czego szukaliśmy postanowiliśmy dalej penetrować okolicę. Podjechaliśmy kawałeczek i zatrzymaliśmy się pod bardzo fajnym, przeze mnie pierwszy raz widzianym na żywo, domem. Był on z kamienia, z nieociosanych kamieni różnej wielkości, od zupełnie malutkich do większych a wszystko dopasowane w taki sposób, że utworzyły drzwi, okna i ogólny kształt domu. Nie wiem ale chyba nie było tam cementu ani żadnej zaprawy, która mogła by scalić wszystkie ściany. Nie wiem też ile lat mógł mieć ten dom, pewnie sporo, jednak w tych okolicach jakiś czas temu i to wcale nie odległy czas budowano w taki sposób domy. Nigdy nie było tu bogato, każdy radził sobie jak mógł a do wznoszenia budynków stosowano kamienie, których było i w sumie dalej jest pod dostatkiem. Zostawiliśmy domek i zaczęliśmy się wspinać pod górę, oczywiście cały czas mając na celu nasz dolmen. Weszliśmy wyżej i co prawda dalej nie udało nam się znaleźć prehistorycznej budowli megalitycznej ale za to podziwialiśmy wspaniały widok doliny oraz oceanu. Rzucało się w oczy rozsypanie domów po okolicy: wielkie połacie trawy, przeszytej gdzieniegdzie kamiennym murkiem, dom, kilkadziesiąt metrów kolejny, zero drzew, praktycznie w ogóle krzewów, tylko pastwiska, wzgórza i ocean… Zastanawialiśmy się jak Ci ludzie mogą tam żyć? Z czego oni tak naprawdę żyją? Albo turystyka, albo rolnictwo, nic innego nie wchodzi w grę. Kraina ta jest piekna, to nie ulega wątpliwości, kusi i przyciąga ale z drugiej strony dla mieszkańców już tak lekko i przyjemnie pewnie nie jest.

Powalony dolmen

Dzikość i surowość sprawiają, że żyje się tam ciężko i poprostu trzeba walczyć aby przeżyć. Natura podarowała wspaniałe tereny, wspaniałe dla zmysłów ale bardzo trudne do okiełznania. Po ogarnięciu widoczków zeszliśmy na dół i tym razem postanowiliśmy zaczerpnąć informacji w którymś z okolicznych domostw. Pani, którą zaczepiliśmy i przywołaliśmy do płotu okazała się bardzo pomocna i wskazała nam drogę. Należało przejść przez podwórko innego domu, następnie pokonać płot oddzielający pastwisko, przejść parędziesiąt metrów i naszym oczom ukazało się skupisko kamieni. Niestety dolmen był przewrócony… Rozmiarowo świetny lecz kształt pokiereszowany. Musiał to być ten, którego szukaliśmy, bo mniej więcej pasowało na mapce no ale niestety jego lata świetności minęły. Zastanawialiśmy się troszkę jak mogło do tego dojść? Czy był to jakiś akt wandalizmu a może czas zrobił swoje i kamienie po prostu się zsunęły? No cóż raczej się tego nie dowiemy. Delikatnie rozczarowani wycofaliśmy się w kierunku naszego wozu, trzeba było jechać dalej bo jednak popołudnie było już późne a dość spory kawałek czekał nas aby dojechać do Longford.

Kawałeczek dalej z okien naszego samochodu spostrzegliśmy dolmen numer 3, jednak również był przewrócony więc nawet się do niego nie zbliżaliśmy. Dojechaliśmy do skrzyżowania gdzie droga R263 kierowała się na lewo do malutkiej mieścinki Malinmore, my skręciliśmy w prawo kierując się na Ardarę a konkretniej do szosy N56, którą mieliśmy dojechać do Donegalu a następnie kierować się w stronę Sligo i dalej już na Longford. Co dopiero wędrowaliśmy obok Dolmenów a tutaj natura zmusiła nas aby znowu wyjść z auta i podziwiać niesamowite wręcz widoki i krajobrazy. Nieopodal miejscowości Glencolumbkille zauważyliśmy niezwykle urokliwą zatokę, w której Ocean był dość niespokojny, fale rozbijały się o skały a wszystko to wieńczył wspaniały wręcz widok. Schodziło się w dół po bujnej i miękkiej trawie i dochodziło się do urwiska, które rozciągało się na spokojnie kilkaset metrów. Tuż obok pasły się owce, płynął strumyczek i szumiał wiaterek. Moglibyśmy tam siedzieć wiecznie lecz niestety trzeba było poruszać się naprzód. Pogoda wyklarowała się na dobre, poranna mgła była już tylko wspomnieniem, okolicę ogarnęły późno południowe promienie słońca, było bardzo przyjemnie, aż żal było stamtąd odjeżdżać. Przejechaliśmy kilka kilometrów i kolejna zatoczka zmusiła nas aby opuścić pojazd. Tym razem sporych rozmiarów fale przykuły naszą uwagę, wpływały mocno w piaszczystą plażę, z jednej strony walczyły z wielką skałą, na którą się wdrapałem i stamtąd obserwowałem ocean oraz nieliczne domki rozsiane po okolicznych wzgórzach.

Pobyliśmy tam niedługą chwilę i ruszyliśmy dalej. Jak to wcześniej bywało nie przejechaliśmy dużo i znów się zatrzymaliśmy. Tym razem naszą uwagę przykuł Ludowy Skansen (Skansen McDyera,www.glenfolkvillage.com) w którym znajdowało się kilka  chałup z dawnej epoki. Domki były białe i miały dachy ze słomy.  Nie wchodziliśmy na teren Skansenu ze względu na to, że był on zamknięty, pooglądaliśmy z drogi, zrobiliśmy trochę fotografii. Specyficzną atrakcją wsi (Glencolumbkille), znana na całym świecie jest Oideas Gael ( www.oideas-gael.com) to organizacja zajmująca się propagowaniem języka irlandzkiego, organizująca bardzo popularne letnie kursy, także muzyki i malarstwa, oraz archeologii i turystyki zajęcia przeprowadzane są w okolicy. Ośrodek, który znajduje się nieopodal skansenu oferuje nie tylko zajęcia specjalistyczne, ale dość bogatą księgarnię z wydawnictwami poświeconymi Irlandii i językowi irlandzkiemu.

No cóż, nasza podróż zaczęła chylić się ku końcowi. Wyjechaliśmy z tej słynnej wsi, która dała nazwę przylądkowi (a może na odwrót?)  z postanowieniem, że nie zatrzymujemy się więcej po drodze. Po minięciu kilku małych wiosek, cały czas w towarzystwie ładnych widoczków dotarliśmy do głównej drogi, którą to już w znacznie szybszym tempie poruszaliśmy się na przód. Po 100 kilometrach  i 1,5 godziny jazdy byliśmy już w Sligo. Właśnie wtedy, gdy słoneczko chowało się do spania, ślicznie oświetlając ziemię, podziwialiśmy Benbulben – słynną górę nieopodal Sligo. Po kolejnych 100 kilometrach dotarliśmy do Longford. Zmęczeni, brudni, spragnieni gorącej kąpieli ale niezmiernie szczęśliwi, że mogliśmy odkryć tak wspaniałe miejsca.

Właśnie wtedy, 25 maja 2009 roku zakończyliśmy kilkudniowe podróżowanie i zwiedzanie Irlandii. Zaczęło się w Trim, następnie był Zachód kraju, Galway, niesamowita Connemara, zjawiskowe Cong i Ashford Castle i na koniec Urwiska Slieve League oraz gaelickie Glencolumbkille. Przejechaliśmy w sumie około 1100 kilometrów, przesiedzieliśmy w aucie dobre kilkanaście godzin podczas jazdy ( + przespana nocka w Clifden), zatrzymywaliśmy się, podziwiając wspaniałe krajobrazy z kilkadziesiąt razy i ogólnie odwaliliśmy kawał dobrej roboty! Mam nadzieję, że zarówno ten opis jak i wszystkie wcześniejsze przybliżą wszystkim Irlandię, zachęcą do jej zwiedzania i pomogą podczas ewentualnych podróży. Dziękuję za poświęcony czas i oczywiście zapraszam na kolejne relacje, którę będą się tu z czasem na pewno pojawiały. 😉

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

5 komentarzyZostaw komentarz

  • Witaj Taita!

    Hehe nie spodziewałem się, że tak szybko odpiszesz 🙂 No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak tylko się cieszyć, że podoba Ci się na mojej stronie. Fajnie będzie gdy się zadomowisz na dłużej.

    pozdrawiam!

  • Ćwirku, ja tak szybko, bo się spieszę. Jak znajdę chwilę wytchnienia, jeszcze się odezwę 🙂

    Serdeczne dzięki za miłego maila, a przede wszystkim za to, że pozostawiłeś po sobie ślad – że się odezwałeś i dałeś namiary na siebie. Nie miałam za dużo czasu, by dokładnie zapoznać się z Twoją stroną, ale już teraz [po kilkunastominutowej wizycie] mogę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem! Bardzo mi się podoba Twoja strona, z przyjemnością będę tu zaglądać!

    A tymczasem pozdrawiam i znikam 🙂 Do poczytania.

  • Ja również czekam z utęsknieniem na bardziej sprzyjającą aurę. Dość powiedzieć, że moja ostatnia wyprawa odbyła się w maju tamtego roku… Muszę to koniecznie nadrobić! 🙂 Cel i kierunek? Południe, a także lewa i prawa strona tego południa.

    pozdrowionka!

  • Podoba mi się, podoba 🙂 Szczególnie to, że tak ciepło opisujesz Zieloną Wyspę. Będę czytać archiwalne posty i czekać na nowe relacje 🙂

    U mnie póki co wycieczkowa stagnacja. Zima nie sprzyja podróżom. Wczesna wiosna też niekoniecznie 🙂 Myślę jednak, że za kilka tygodni zainaugurujemy nasz sezon wycieczkowy 🙂

    Pozdrawiam i do poczytania 🙂

  • Słuszna decyzja – bardzo lubię południową część Irlandii. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Byłam tam dwukrotnie na kilkudniowym pobycie i za każdym razem było super: ciepluteńko [wróciliśmy mocno spaleni słońcem!], ciekawie, bosko…

    Uhuhu, w maju powiadasz? Ja w zasadzie do końca roku podróżowałam. Nawet w grudniu, co swoją drogą, o mało co nie skończyło się dla nas tragicznie. Czasem lepiej zostać w domu 😉 Z irlandzką aurą się nie wygra.

    Ahoj 🙂

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *