Biorąc pod uwagę skalę miast występujących we Francji, to Vallauris będzie miastem, a raczej miasteczkiem dosyć skromnym. Coś na kształt irlandzkiego Mulllingar czy Pszczyny na Śląsku. Nie jest wielkie, ale ciekawe – dla niektórych może nie na tyle, aby codziennie w nim przebywać i je z rumieńcami na twarzy eksplorować, ale inni, szczególnie ci z artystyczną duszą, z całą pewnością będą się po nim przechadzać z otwartymi oczyma. Tak czy siak na krótką, parogodzinną wizytę jest jak znalazł. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, więc gdy tylko pojawiła się okazja na wyjazd poza granice Cannes, to bez szemrania z niej skorzystaliśmy. Vallauris? Wizytujemy!
Do miejsca docelowego z Cannes jest zaledwie 6 kilometrów i pokonanie takiego odcinka nie powinno zająć więcej niż kwadrans. Udało nam się wyciągnąć na tę mini-wycieczkę Dorotę, a może inaczej: to Dorota nam to poleciła i to Ona zorganizowała samochód, którym to się tego pięknego, słonecznego dzionka udaliśmy. Na szczęście nie zajęło mi dużo czasu, aby przestawić się na jazdę po drugiej stronie ulicy, (na co dzień jak wiadomo poruszam się po wyspiarsku) i choć mój pilot wydawał się być delikatnie zestresowany (nie wiedzieć, czemu dlaczego, wszak te 12 lat prawo jazdy już mam?) to po rzeczonej piętnastce, dojechaliśmy na miejsce cali i zdrowi. Wóz na parking i siuuu w drogę!
Samochód, gdyby nie klimatyzacja, to by nas ugotował. Przez moment korony rozłożystych drzew dawały miły i relaksujący cień – po paru minutach chłodek jednak się ulotnił i wyszliśmy na spotkanie z niezwykle mocno grzejącym tego dnia słońcem. Oczywiście nie był to żaden problem, w końcu między innymi po to przyjechaliśmy nad Lazurowe Wybrzeże, ale nakrycia głowy w takiej chwili są nieodzowne i mile widziane.
Zapewne mało, kto wie, że w Vallauris swego czasu (1948-1955) mieszkał i tworzył Pablo Picasso? Ten genialny hiszpański artysta podczas pobytu w tym mieście stworzył wiele wspaniałych rzeźb i obrazów. Poprzez fascynację dwoma technikami ceramiki i linorytów, znacznie przyczynił się do odrodzenia w mieście przemysłu ceramicznego. Natchnął ludzi i w 1950 roku w Vallauris działało mnóstwo garncarzy. Dziś wielu mieszkańców wciąż przywołuje złoty czas Pabla Picassa, pamięta jego wielki wpływ na kulturalną stronę miasteczka, wspominają oni odbywające się tam walki byków, przeróżne wystawy i wizyty znanych ludzi.
Praktycznie od razu wkroczyliśmy na Avenue Georges Clemenceau – niewielką aczkolwiek dosyć długą uliczkę, na której działało mnóstwo sklepików, z jedzeniem, z pamiątkami, z ubraniami a także cała masa najrozmaitszych galerii. Zatrzymywaliśmy się, co jakiś czas, przechodząc z jednej strony ulicy na drugą, zaglądaliśmy w sklepowe witryny i wchodziliśmy do sklepów. W niektórych ceny były nawet do ogarnięcia, (choć do przedświątecznych, marketowych promocji jednak daleko), ale zdarzały się takie, że kieszeń szeregowego turysty w życiu by tego nie udźwignęła. €2400, €3900, €4500 i €4900 za nieduże w sumie figurki i rzeźby wprawiało nas w niezłe zdziwienie. Prawdopodobnie na takim właśnie poziomie są dzieła sztuki, no ale dla prostego chłopa jak ja, to cały czas jest kosmos.
Wąska, jednokierunkowa uliczka kończy się przy Place Paul – Isnard . To tam możemy napotkać słynnego Człowieka z Owcą – dwumetrową glinianą rzeźbę, którą Picasso wykonał w 1944 roku przez zaledwie dwa popołudnia. Przy jednej ze stron placu stoi Eglise Sainte Anne & Saint Martin – ten parafialny kościół z barokową fasadą i romańską dzwonnicą pochodzący z 1839 roku, mieści się dziś na miejscu dawnego kościoła i kaplicy św. Bernardyna Pokutnika – wymęczeni słońcem postanowiliśmy wejść do środka na krótką modlitwę, a przy okazji zobaczyć jak wygląda wnętrze kościoła. Po chwili robiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia na starych, niezwykle klimatycznych schodach, które są częścią rue Ambrosio, i które ciągnęły się pomiędzy podniszczonymi, wiekowymi kamienicami w górę aż do rue Haute.
Z miejsca, w którym byliśmy jest dosłownie kawałeczek do najbardziej znanego muzeum w mieście – Museum Pablo Picasso. Muzeum ów mieści się w Zamku Vallauris (dawny klasztor Opactwa Lerins), który został przebudowany w 16 wieku i obecnie jest jedną z nielicznych budowli renesansowych znajdujących się w regionie. Oprócz Narodowego Muzeum Picassa, słynnej pracy ,,Wojna i Pokój’’ mamy tam również Muzeum Magnelli i Muzeum Ceramiki.
To pierwsze mieści się w nowszej części zamku i jest gospodarzem największej kolekcji dzieł sztuki (zawiera 47 obrazów) namalowaną przez włoskiego malarza Alberto Magnelliego, jednego z mistrzów malarstwa Abstrakcyjnego. Z kolei w tym drugim możemy zobaczyć niezwykły zbiór współczesnej ceramiki pochodzący z końca 19 wieku, z początku wieku 20, a także z lat 50.
Romans Picassa z Vallauris
Po Drugiej Wojnie Światowej Pablo Picasso postanowił wyjechać nad Lazurowe Wybrzeże, – jako, że szczególne przywiązanie miał do Morza Śródziemnego, to też trafił w okolice Cannes i Antibes. W końcu, na okres 7 lat, zakotwiczył w niewielkim Vallauris. Swoją pracownię stworzył w starej fabryce perfum – pracował tam intensywnie, płodząc liczne prace oraz eksperymentując z różnymi technikami.
W ,,stolicy francuskiej ceramiki’’ żył z Francoise Gilot, z którą miał dwójkę dzieci: Claude i Paloma. Francouise była dla niego muzą, ale również matką jego dzieci, organizatorką, hostessą, artystką i krytykiem. Poznali się w 1943 roku, zamieszkali ze sobą w 1946 roku i w sumie spędzili razem 10 lat.
Picasso w swoim pracach, głównie w dziełach malarskich, często umiejscawiał najbliższych. Inspirował się Śródziemnomorskim krajobrazem, miastem Vallauris, czarnym dymem wydobywającym się z kominów domów podczas gotowania, a także zagadnieniami poruszanymi przez innych artystów.
Lubił towarzystwo pięknych kobiet, w 1951 roku miał sześciotygodniowy romans z Genevieve Laporte i mniej więcej w tych czasach, może troszeczkę później, zaczął sobie uświadamiać, że poprzez swój coraz starszy wiek zaczyna być mniej atrakcyjny dla młodych niewiast. Ten żal i swego rodzaju pogodzenie się z losem widać w jego pracach – obrazy, rysunki i grafiki coraz częściej przedstawiają groteskowego karła, jako zaślepionego miłośnika pięknych, młodych modelek.
Drugą, bardzo ważną kobietą w tym okresie została Jacqueline Roque, która pracowała w pracowni garncarskiej Madoura w Vallauris, gdzie bywał i tworzył również Picasso. Na początku stali się kochankami, a następnie w 1961 roku wzięli ślub. Czarnowłosa Jacqueline trwała przy swoim mężu aż do jego śmierci, w 1973 roku.
Muzeum Picassa i ogólnie Vallauris Castle stoi przy Place de la Liberation. W centrum tego placu mamy pomnik wojny – wzniesiony w 1923 roku przez rzeźbiarza Defoly. Pomnik w przeważającej większości sfinansowali mieszkańcy miasta Vallauris, pragnący poprzez to oddać hołd ofiarom Pierwszej Wojny Światowej.
I teraz sytuacja, która mogła się przydarzyć tylko nam: wszystkie te muzea były zamknięte z powodu przerwy na lunch… Dzisiaj patrząc na to i oceniając, to mogliśmy poczekać i wejść aż otworzą, jednak wtedy się nie zdecydowaliśmy, troszkę przez naszą niewiedzę, trochę przez czas, trochę przez brak szybkiej i konkretnej decyzji. Szkoda – miejsce znane, opowiadające o wielkich postaciach, zapewne bardzo interesujące – trochę żal, ale z drugiej strony jest okazja, aby tam kiedyś wrócić.
Musieliśmy się zadowolić widokiem z zewnątrz – głównie z pod bramy wejściowej, gdzie urządziliśmy sobie krótką, mini sesję zdjęciową – następnie bulwarem Jacques Ugo podążyliśmy w drogę powrotną. Jako, że ta akurat trasa nie oferowała nic ciekawego, dlatego też przy nadarzającej się okazji postanowiliśmy skręcić i poprzez plątaninę jednokierunkowych uliczek, dotrzeć do wcześniejszego sklepowo-galeriowego traktu, którym to zmierzaliśmy kilkanaście chwil wprzódy w przeciwnym kierunku.
Vallauris – miasto z gliny
Tradycja ceramiczna w Vallauris jest bardzo stara i sięga aż do początków ery chrześcijańskiej. W czasach Gallo-Romańskich duże złoża gliny ogniotrwałej były wykorzystywane do produkcji cegieł i garnków. W 16 wieku miasto zostało zniszczone przez zarazę, jednak 70 rodzin, (wśród których było kilku garncarzy) z okolic Genes, własnymi siłami zdołało je odbudować.
Na koniec 19 i na początku 20 wieku, pojawienie się kolei doprowadziło do boomu w przemyśle garncarskim. W 1930 roku poprzez wprowadzenie takich materiałów jak aluminium, żeliwo i stal nierdzewna, zaprzestano używać ceramiki do celów grzewczych, co stało się początkiem dla rozwoju ceramiki dekoracyjnej (1940 rok). Prekursorami okazali się być członkowie rodziny Massier (koniec 19 i początek 20 wieku), która wprowadziła kolorową emalię i dekorację lusterware. Po pojawieniu się w 1946 roku Picassa – tworzącego ogrom wspaniałych dzieł – z Vallauris zostaje zdjęta łatka miasta kojarzącego się głównie z ceramiki wykorzystywanej w celach przemysłowych. Od tej chwili artyści i rzemieślnicy pracowali obok siebie.
W 1966 roku garncarze z Vallauris postanowili stworzyć w tym mieście Światowe Centrum Ceramiki. Zaproponowano ogólnokrajowy konkurs mający na celu wyłonienie najlepszych artystów i rzemieślników z całej Francji. Pomysł ten szybko podchwycili działający już w mieście twórcy – (m. in. Andre Malraux i Pablo Picasso). Zainteresowanie okazało się tak duże, że w roku 1968 konkurs stał się międzynarodowym i od tej chwili w Vallauris narodziło się Międzynarodowe Biennale Artystyczne.
W czasach dzisiejszych garncarze chcą dzielić się swoją wiedzą z innymi, dlatego otwierają swoje warsztaty dla zwiedzających i turystów, rozmawiają na temat wykorzystywanych technik produkcji i wprowadzają w tajemniczy, artystyczny świat. Tego typu wizyty można zamówić w lokalnym biurze turystycznym i każdy dzień to spotkania w innej pracowni i zetknięcie się z różnymi technikami pracy.
Ktoś, kto chciałby nabyć elementarną wiedzę, może zapisać się na kursy garncarstwa. Odbywają się one w miesiącach letnich i organizatorem jest lokalna Szkoła Sztuk Pięknych. Podczas 30 godzin zajęć (od poniedziałku do piątku) poznaje się między innymi technikę pracy na kole garncarskim, technikę rzucania, dekoracji, modelowania gliny oraz japońską technikę wypalania – Raku.
Troszeczkę żałowałem, że nie udało nam się trafić do Vallauris w innym momencie dnia. W samo południe, przy lejącym się z nieba słońcu, w miasteczku niewiele się działo. Ludzi jak na lekarstwo, atmosfera jakaś taka senna, leniwa, nie dało się tak do końca poczuć tego artystycznego klimatu. A jestem przekonany, że wieczorami, w weekendy, dzieje się tam o wiele więcej.
Drugim błędem, jakże niewyobrażalnym błędem było to, że nie kupiliśmy sobie z Vallauris żadnej pamiątki! Niewyobrażalna sprawa… A było przecież tyle okazji, tyle sklepów oferujących najróżniejsze ceramiczne i gliniane wyroby – piękne, kolorowe, duże i małe, gustowne – nic tylko wybierać a następnie cieszyć się ich widokiem. Niestety, ehhh…

Przed końcem wycieczki udało nam się jeszcze zawitać w sklepiku z ciuchami, gdzie Ewelina wzbogaciła się o piękną, długą do samej ziemi suknię w kolorze łososiowym. Oprócz drożdżówek i słodkich bułek kupionych w Les Boulangerie du Soleil i tejże powabnej sukni, nie przywieźliśmy stamtąd nic więcej. Nic, jeśli idzie o rzeczy materialne, bo oczywiście wzbogaciliśmy się o podstawową wiedzę na temat Vallauris, zerknęliśmy na kunsztowną, pełną artyzmu duszę tego miejsca, w pamięci nam zostały małe uliczki, uliczne rzeźby, kameralne sklepiki i spokój, snujący się ociężale w ten majowy, słoneczny dzionek…






,,,chciałam tylko zaznaczyć, że jeszcze pod domem ten niby kierowca z 12-letnim stażem zgniótł mi nogę, powiem więcej – moja noga była między dwoma samochodami, tak więc nie kierujcie się stażem a umiejętnościami 🙂 ,,,nie wspomne że ten sam kierowca zaliczył co najmniej dwa razy krawężnik i jeden raz lusterko 🙂 ,,,szerokości,,,
Oooo, kogo ja tu widzę? :)A więc po pierwsze: komentarze o treści oczerniającej autora będą bezwzględnie usuwane!(tak na przyszłość):-)A po drugie: krawężnik był zaliczony tylko dlatego, żeby pasażerka przedniego fotela nie miała zbyt spokojnej jazdy a jeśli idzie o lusterko, to celowałem specjalnie, tak aby trafić i nie urwać :)I po trzecie: nie pcha się nogi tam gdzie nie należy!
pozdrawiam serdecznie i miłej nocki życzę! 😉
ps. i mam nadzieję, że jak już tutaj zawitałaś, to zostaniesz na dłużej droga Doriss? :->
,,,no widzę, że męska duma została naruszona,,, no cóż, nie każdy facet jeździ jak facet 🙂 mój drogi Panie, Królu i Władco trzeba Cię od czasu do czasu sprowadzić na ziemię a nikt tak dobrze tego nie czyni tak jak ja 🙂
Męska duma? Nie znam 🙂 Pech, że tyle tysięcy kilometrów nas dzieli, nie? Mogłabyś częściej sprowadzać mnie na ziemię. Choć szczerze wątpię, czy by Ci się to udało 😉 Za silny charakter z mojej strony 🙂
Rzeczywiście wygląda na klimatyczne miasteczko. Szczególnie podoba mi się ta ulica na pierwszym zdjęciu. Przypomina mi Neapol 🙂
Tylko, że w Neapolu chyba jest coś jeszcze: śmieci zalegające wzdłuż ulic 🙂 A wspomniana ulica fajna, ale jak wspomniałem w tekście – poprzez porę dnia, w której się tam znaleźliśmy – dosyć pusta. 🙂
,,,Panie, Królu i Władco koniec wojny damsko męskiej przez neta,,, załatwimy to jak prawdziwi mężczyźni,,, jak się spotkamy to pogadamy – na gołe klaty,,, ciał amore mijo baj
Niech Ci będzie Dorotko :)A tak w ogóle, żeby nie odbiegać od tematu, to mogłabyś skoczyć raz jeszcze do Vallauris i mi przywieźć stamtąd jakąś fajną porcelankę czy glinianą rzeźbę 🙂 Będąc tam, jakimś dziwnym zrządzeniem lodu, żadnej charakterystycznej pamiątki sobie nie kupiliśmy :-/
Witaj, pieknie opisales to miasteczko. Chociaz mieszkam w Vallauris od trzech lat, nie wiedzialam o wielu rzeczach, o ktorych napisales. W kazdym razie nie ma co sie ludzic. W weekendy nic sie tutaj nie dzieje, a wieczorami owszem jest wiecej ludnosci, ale zwlaszcza arabskiej i trzeba uwazac, zeby bezpiecznie wrocic do domu 😉
Cześć Ema!
Czyli senność tego miasteczka przechodzi z dani na wieczór również 🙂 A to dziwne, bo myślałem, że dzieje się tam ciutkę więcej, w związku z tą całą sztuką i kulturą. To może chociaż w wakacje jest żwawiej? 🙂 Skoro o wielu rzeczach nie wiedziałaś, to teraz masz okazję ruszyć na jakieś małe zwiedzanie a potem zdać mi relację, bo ja w gruncie rzeczy od środka (muzea bądź stare kościoły) też raczej nic nie widziałem.
pozdrawiam! 😉