WROBELS

Cannes – poranna wędrówka po mieście festiwalu

Nie od dziś wiadomo, że aby dobrze poznać dane miasto, to trzeba je zobaczyć we wszystkich porach dnia. Inaczej ono wygląda w południe, inaczej wieczorem a jeszcze inaczej rankiem –o brzasku, gdy słońce dopiero się budzi. To właśnie wtedy widzi się prawdziwe oblicze, bez retuszowania, upiększania i całej tej turystyczne promocji. Wówczas możemy się przenieść bliżej ludzi, zobaczyć jak otwierają swoje sklepy, jak rozkładają stragany lub też zerknąć w stronę miejskich służb porządkowych walczących dzielnie z brudem dnia wczorajszego. Naprawdę warto zmusić się do wcześniejszego wstania i do porannej przechadzki labiryntem ulic w danej metropolii/mieście/miasteczku.

Ja, pomimo, że ciepłe łóżkowe pielesze lubię i nigdy nimi nie pogardzę, to jednak podczas naszej cannienskiej wizyty postanowiłem czasu nie tracić i często niczym świt wyrywałem się na miasto. Oczywiście z aparatem, bez którego takie wyjścia nie miałyby zbytnio sensu.

A więc pierwsza czynność: wstać. Niby proste, ale ten, kto zwleka się z łoża o godzinie 4: 00 rano wie, że jest to niemalże barbarzyństwo. Można się przyzwyczaić, wtedy bólu nie ma, lecz gdy robi się to od święta… Ciężko. Ja jednak nie zamierzałem narzekać i parę razy udało mi się czmychnąć z domu. Z reguły o 4 rano byłem już gdzieś w trasie, raz nawet zbudziłem się parę minut po 3 – zależało mi, aby było jak najwcześniej, tak żeby niczego ciekawego nie przegapić, aby zdążyć nim na ulice wypełźnie, co raz więcej ludzi.

Bd Eugene Tripet
Bd Eugene Tripet

Wydawać by się mogło, że jak jest tak wcześnie, to będzie zimno na dworze. Ku mojemu zdziwieniu zimno nie było praktycznie wcale, nawet, gdy jechałem na rowerze, po prostu inny klimat, jeśli dni z reguły są gorące a powietrze cały czas nagrzane, to i nocki bywają  stosunkowo ciepłe. W krótkim rękawku? Nie ma najmniejszego problemu.

Siedzibę mieliśmy przy skrzyżowaniu Bd de la Source i Av. du Mourre-Rogue, przed nami znajdowały się tory kolejowe, na podwórku rosły palmy, okolica oprócz pociągów, które w ciągu dnia przejeżdżały, co najmniej kilkunastokrotnie, była cicha i spokojna. Z domu starałem się zawsze wyjść bezszelestnie, tak, aby nikogo nie budzić, aby nie narobić zbędnego hałasu. Gdy już znalazłem się na ulicy, to albo rowerem, albo na piechotę ruszałem w stronę centrum. Po paru minutach mijałem uroczą ciastkarnio-piekarnię Cesarine,,o świeżych bagietkach pomyślę, jak będę wracał’’ – następnie wchodziłem na Avenue Tristan Bernard, która to doprowadzała mnie do większej Bd de la Croisette. Tam pierwszy raz zerkałem na morze, na śpiące luksusowe jachty zacumowane szeregowo w marinie i na pierwsze samochody snujące się od czasu do czasu po ulicy.

Martinez Rankiem
Carlton

Najpopularniejszą drogą w mieście przemieszczam się nieśpiesznie, na moment staję przy Martinezie, który tak pięknie świeci się na tle ciężkich, deszczowych chmur – teraz jest tam dziwnie spokojnie, żadnych aut, ochroniarzy, turystów, – ale wiem, że za kilka godzin na powrót rozpocznie się to całe festiwalowe szaleństwo, zlecą się gapie, cierpliwie wyczekujące przy barierkach przed głównym wejściem do Martineza na znanych, pięknych i bogatych. Jezdnia po nocnych opadach mokra, jednak nie martwię się tym, że może być niepogoda – za dnia świeci słońce, nie ma deszczu – jest to niemalże gwarantowane. Gdzieś powolnym krokiem przejdzie zmęczona całonocną zabawą parka, gdzieś przejedzie śmieciara – jedni kończą i kierują się w stronę łóżka, inni dopiero rozpoczynają… A ja?Ja sunę dalej.

Po lewej stronie promenada – z reguły pełna, tętniąca swoim życiem, kolorowa, przyjmująca ogromną ilość spacerowiczów – po prawej największe hotele w Cannes: Miramar, Carlton, Grand Hotel, Marriott, Splendid, Majestic Barriere. Kieruję swój wzrok na witryny sklepowe, każda oświetlona i kusząca, za szybą ekskluzywne suknie wieczorowe, piękne buty, nieprzyzwoicie drogie torebki czy eleganckie garnitury – chcesz sobie coś sprezentować? Nie ma problemu, za parę godzin otwierają, ale bez kilku tysięcy euro w portfelu nawet nie masz, co startować. Jitrois, Roberto Cavalli, Boss, Valentino, Dolce&Gabbana, Salvatore Ferragamo, Louis Vuitton, Ermenegildo Zegna czy też Gucci to z całą pewnością nie są sklepy dla zwykłych ludzi – zwykli ludzie mogą sobie, co najwyżej popatrzeć w witryny.

Red Carpet
Jedyna szansa na pusty czerwony dywan? Wczesnym rankiem.

O godzinie 4: 30 stoję naprzeciw głównego wejścia do Pałacu Festiwalowego. Jest to jedyny moment, gdzie spokojnie można się napatrzeć na słynny czerwony dywan – później przy odrobinie szczęścia może uda Ci się dopchać do barierek. Zdmuchująca świeczkę na urodzinowym torcie Marilyn Monroe na mnie nie zerka, ja za to na nią tak, Amerykanka widnieje w wielu miejscach w mieście, na plakatach, wielkich tablicach, wszędzie – ikona kina jest twarzą 65 Festiwalu Filmowego.

Moją pierwszą stacją docelową podczas tej porannej wędrówki jest punkt widokowy, znajdujący się na wzgórzu Le Suquet, w najstarszej dzielnicy Cannes, zwanej ,,Starą Wsią’’. Z okolic Palais des Festivals, w których się znalazłem do Mont-Chevalier, gdzie chciałem dotrzeć jest stosunkowo niedaleko – jeszcze momencik i będę miał pod sobą całe Cannes. Zostawiam za sobą kasyno (jacyś ludzie się kręcą, chyba opuszczają ten finansowo-ryzykowny raj, ale czy z tarczą, czy na tarczy? Tego nie wiem) i wkraczam na Promenade de la Pantiero. Po mojej lewicy rozłożone są pawilony festiwalowe oraz główna siedziba telewizji Canal+, tuż za nimi mamy już port – z kolei po prawicy mnóstwo drzew, pod którymi za dnia rozgrywane są mecze w bule a w niedziele rozkłada się Flea Market/ targowisko z antykami  – kwadrans przed piątą rano nie za wiele się tam jednak dzieje. Tu zaparkowany Royce Rolls, tam stoi sobie Aston Martin – ot codzienność, normalność, nikogo to nie dziwi.

Po 350 metrach stoję na terenie dworca autobusowego. O, tutaj jest już jakiś ruch – autobusy podjeżdżają, odjeżdżają, ktoś stoi na przystanku – jeszcze tak niewinnie, ale widać, że szaleństwo dnia się pomału rozkręca. Stoję naprzeciw Hotel de Ville, z góry groźnie spogląda na mnie jakiś facet – ,,Czego on może ode mnie chcieć?’’ – myślę sobie. ,,Panie Hitchcock, zostaw mnie pan w spokoju i znajdź sobie inną ofiarę na swoje dokazywania!’’ Nie słucha. Dalej ma wyciągniętego palca i niezmienny, dość poważny, na pewno stanowczy wyraz twarzy – tkwi tak dość długo, bo od 1972 roku. Ja nie zamierzam rozwlekać się nad czymś zbyt długo, muszę kontynuować marsz, tak, aby wrócić zanim moje kobietki się obudzą.

Podejście na Le Suquet
Podejście na Le Suquet

Rue Montchevalier już na mnie czeka, wzywa do siebie i bez wątpienia chce, żebym się po niej wspiął. Idzie się nią dość wolno, pierwsze podejście wydaje się być strome, ale tuż za zakrętem teren się wyrównuje i delikatnie można przyspieszyć. Tak samo jak w dole, tak i tutaj, praktycznie ani widu ani słychu człowieka. Większość zwykłych obywateli jeszcze śpi – ci, co nie muszą (miejscowi) nie wychodzą, przyjezdni tacy jak ja poznają z ciekawości i z chęcią, natomiast rozpoczynający swoją poranną, zapewne monotonną pracę są już na nogach z przymusu i pewnie wbrew własnej woli. Przechodzę obok starych kamienic, pamiętających czasy średniowieczne, patrzę na ozdobne detale wplecione w fasady budynków, obserwuję piękne, masywne drzwi i kroczę przed siebie. Po przecięciu Rue Louis Perrissol pokonuję jeszcze jedną mini-stromiznę i melduje się na Place de la Castre – to stąd mam zamiar raczyć się panoramą miasta.

Rozstawiam statyw, montuję aparat, sięgam wzrokiem po horyzont i wyłapuję najciekawsze i najkorzystniejsze ujęcia. Po prawej stronie w dole port – wszystkie jachty śpią – jeszcze nie czas na lanserkę. Za portem w oddali majaczą Wyspy Leryńskie, obok wysp stoi zacumowany ogromny statek pasażerski. Widzę fragmenty promenady przy Bulwarze de la Croissette, rozpoznaję sylwetkę Carltona i Martineza, jak na dłoni mam Pałac Festiwalowy, trochę bliżej białe namioty na czerwonym dywanie, gdzieś za miastem wzgórza, na których porozsypywane są domy. Wyłapuję detale, ale i tak rządzą czerwone dachy, morze czerwonych dachów i zlepionych ze sobą budyneczków. Oczywiście nie może zabraknąć Don Alfreda i jego groźnej facjaty – jest jeszcze muszkieter wychodzący z bocznej ściany jakiegoś budynku i zalotnie spoglądająca Marilyn. Kręcę aparatem we wszystkie strony i pstrykam – warto było tutaj przyjść, tyle emocji a to dopiero początek – wrócę do domu grubo przed południem i przede mną w perspektywie cały długi dzionek. Widoczki piękne i przykuwające uwagę, ale trzeba ruszać dalej.

Wieża widokowa na szczycie Le Sequet / Muzeum de la Castre
Wieża widokowa na szczycie Le Sequet / Muzeum de la Castre

Zniżam swoją wysokość korzystając z setek schodów na Escalier de la Tour, później stąpam kawałek po Rue Georges Clemenceau i po chwili jestem już obok fontanny na Place Massuque. Kolejnych kilka kroków i docieram do początku Quai Saint Pierre – pięknie oświetlone przez słońce budynki kuszą, aby je sfotografować – nie omieszkam tego uczynić, w końcu jest to jednym z moich celów tej wycieczki. Wylądowałem znów na dworcu autobusowym i kolejne, przyświecające mi pragnienie to wejście w plątaninę ciasnych uliczek oplatających halę targową przy Rue du Marche Forville, wzajemnie się przecinających, pełnych tajemniczych zakamarków, wąskich przejść i kolorowych bram.   

La-Pizza

Będąc o tak wczesnej porze w mieście, warto zajrzeć na Market Forville – dzisiaj rozkładają się tam sprzedawcy warzyw i owoców, ale w poniedziałki swój dzień ma tzw. Brocante Marche lub pchli targ, na których można się zaopatrzyć w książki, dzieła sztuki, biżuterię i całą masę innych przedmiotów. Trzeba zaznaczyć, że tenże targ nie jestem zwykłym targiem – cieszy się on niesamowitą popularnością i jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych w całym Cannes. Już sam budynek jest niezwykły, pokryty łososiową/różową farbą i z charakterystycznym kształtem został zaprojektowany w 1929 roku przez Henri Breta, słynnego architekta tamtych czasów. A czego tam nie ma! Stoły pełne owoców i warzyw najróżniejszej maści, trudno byłoby mi wymienić wszystkie rodzaje; jajka, ryby i owoce morza, orzechy i bakalie, mięsa, sery, różnorakie sałatki, grzyby, wonne zioła a także piękne, pachnące kwiaty. Gdy stanąłem w jednym końcu, to przed sobą miałem morze kolorów i barw, jak gdyby ktoś wylał na stoły całą paletę barw i pomieszał ją z tęczą…

Spirit-Street

Wielkim plusem jest to, że produkty są najwyższej próby, od lokalnych producentów, dostarczane z okolicznych pół bądź prosto z morza zaledwie parę godzin wcześniej. W sumie sam nie wiem dlaczego, ale nie zdecydowałem się na żaden zakup, a przecież taki świeżutki krwisty pomidorek świetnie komponowałby się z chrupiącą bagietką podczas śniadanka. Klimatyczne targowisko, które o tej porze było jeszcze praktycznie puste, ale już w pełnej gotowości, należało opuścić i spacerkiem udać się dalej. Ale dalej gdzie? Bez większego planu, byleby w kierunku domu. A więc idę.

La Croisette des Pains
La Croisette des Pains

Na Rue Meynadier spokojnie. Co prawda Cafe Poet już wystawiła swoje stoliki, lecz nikogo w środku jeszcze nie ma. Tu przejedzie rowerzysta, tam niebieskie kubły czekają na opróżnienie – nie długo, bo po chwili podjeżdża śmieciarka i robi, co do niej należy. Parę minut i stoję przy Rue Emile Negrinniewielki sklepik spożywczy już rozstawiony, ale kto tutaj będzie kupował jak kilkaset metrów wcześniej zipie i bucha wielka targowa hala? W La Pecherie Cannoise również coś się dzieje – sprzedawca ryb dogląda czy aby wszystko zostało dobrze poukładane – wydaje się, że tak, jeszcze parę szybkich poprawek, ostatnich sypnięć lodem i można oczekiwać na pierwszych klientów. Połykam jakieś 200 metrów i podziwiam piękną, żółtą, czteropiętrową kamienicę – zjawiskowo oświetloną przez budzące się do życia słońce – aparat z OFF na ON i parę pstryknięć spustem migawki. Mogę ruszać dalej.

Słynna Rue d'Antibes
Słynna Rue d’Antibes

 Zmieniam kierunek i po przejściu 100 metrów przez Rue Jean de Riouffe docieram do mekki sklepocholików – Rue d’Antibes. Czeka mnie troszkę ponad kilometrowy spacer, bo tyle właśnie mierzy sobie ta ulica – spacer w scenerii możliwej tylko i wyłącznie kwadrans przed 6 rano. Teraz pusto, więc bez przeszkód mogę sobie pooglądać, zobaczyć, jakie są tutaj sklepy (praktycznie wszystkie jeszcze zamknięte), bezstresowo porobić zdjęcia – za parę godzin o czymś takim mógłbym sobie tylko pomarzyć, bo ulicę zalewa morze ludzi. Rue d’Antibes nie jest tania, mieszczą się na niej setki sklepów, z reguły znanych i drogich, głównie z ubraniami, ale też z meblami, z biżuterią czy jedzeniem. Można tu znaleźć mnóstwo kawiarenek – to one właśnie są otwierane, jako pierwsze, na rozpoczęcie dnia serwują pyszną kawę i częstują równie dobrymi croissantami. W jednej z nich postanawiam się na chwilkę zatrzymać – kawa z mlekiem smakuje wyśmienicie…

Minęło może 30 minut zanim znowu wszedłem w tryb maszerowaniaRue Latour Maubourg doprowadza mnie spowrotem do Bulwaru de la Croissette – znalazłem się tuż obok Martineza, który nie jest już tak oświetlony jak miało to miejsce prawie 3 godziny wcześniej. Moja wędrówka pomału zmierza ku końcowi, naładowany pozytywną energią, szczęśliwy, z nowymi doświadczeniami wracam do domu. Ciekawe czy dziewczyny jeszcze śpią? Po drodze kupuję świeżutkie pieczywo – ślinka mi cieknie na myśl śniadania – na pewno niczym nie pogardzę.

A tutaj słynny Le Marche de Forville okiem kamery (nie mojej):

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *