W zamierzchłych czasach ludzie do budowy schronień i domów przede wszystkim używali drewna lub kamienia. Zależy gdzie czego było więcej. W okolicach Bachczysaraju od zawsze królowały skały toteż z tego rodzaju budulca korzystano najczęściej. Do dziś można spotkać ludzi, którzy w poszukiwaniu własnych czterech kątów wykuwają domy w miękkim kamieniu. Zdarza się to w krajach z ciepłym klimatem, zdarza się to także na Krymie, choć udogodnień taki sposób mieszkania nazbyt wiele nie oferuje…
Idziemy w kierunku Czufut-Kale
Ze starej części Bachczysaraju gdzie udało nam się zameldować, do skalnego miasta był kawałek drogi. Spokojnym marszem zajęło nam to może trochę ponad pół godzinki. Mieliśmy o tyle dobrze, że większość bagażu zostawiliśmy w namiocie na kwaterze. Staliśmy się w związku z tym bardziej żwawi na trasie, mieliśmy więcej sił, było nam o wiele łatwiej podczas wspinaczek oraz zejść. Dzień, w perspektywie długi, męczący i pełen wrażeń rozpoczął się raniutko. Wstało słońce a zaraz za nim obudziliśmy się my. O godzinie 5 rano dziarsko szliśmy główną drogą w kierunku Czufut-Kale. Tak wczesną porą ta część Bachczysaraju była jeszcze mocno zaspana. Oprócz nas, paru samochodów i bezdomnego psa, który przyczepił się i nie miał zamiaru odejść, nie było żywej duszy. Kompletna cisza przerywana lekkimi podmuchami wiatru, porannym chłodkiem i chrupaniem kamyków pod naszymi butami. Okoliczne budynki nie grzeszyły nowoczesnością, droga również czasy świetności miała daleko za sobą, niemniej jednak było to ciekawe doświadczenie. Marsz i obserwacja.
Przyglądanie się wszystkiemu dookoła, innemu otoczeniu, innej kulturze, pięknym krajobrazom. Zrobiły na nas wrażenie domy będące częścią skalnego urwiska. Budowano je w taki sposób, że połowa tkwiła wykuta w skale a druga połowa, tak jak normalny dom stała sobie obok. Fajna i niespotykana rzecz to to, że podwórko z jednej strony kończyło się kilkudziesięciu metrową, pionową ścianą. Widać, że usiłowano wykorzystać trudny teren jaki zafundowała w tym rejonie matka natura i dostosowywano się na wszelkie sposoby. Małym hitem okazał się widok na bardzo charakterystyczny skalny dom umiejscowiony na przeciwległym wzgórzu, któremu uważnie się przyglądaliśmy i przyklaskiwaliśmy pomysłowi.
Monastyr Uspieński
Ażeby dojść do celu naszej wędrówki należy przejść obok Monastyru Uspieńskiego. Cóż to takiego jest? Nazwa nie powiedziałaby mi zupełnie nic, na szczęście przed wyjazdem zobaczyłem parę fotografii i miałem jako takie pojęcie jak ten Klasztor może wyglądać. Bo jest to Klasztor, bardzo stary, który stanowi ważną atrakcję turystyczną, odwiedzaną rok rocznie przez całą rzeszę ciekawskich.
Monastyr Uspieński – klasztor Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny – został wykuty w skalistym zboczu wąwozu w Górach Krymskich przez greckich mnichów chrześcijańskich pod koniec 8 wieku. W kolejnych stuleciach spokoju w klasztorze nie było. W 13 wieku Krym najechali Tatarzy i wymyślili sobie, że klasztor obok innych chrześcijańskich świątyń, ma być zlikwidowany. Nadchodzi 1778 rok i mnisi wraz z mieszkańcami okolicznej wioski muszą przenieść się nad Morze Azowskie. Troszkę później, w 1818 roku miejsce to wizytuje car Aleksander Pierwszy, a w roku 1850 zostaje odnowiony jako rosyjski, z cerkwią prawosławną. W latach 1854-1855 podczas Wojny Krymskiej, w trakcie obrony Sewastopolu przed Turkami, w klasztorze urządzono szpital dla oficerów armii rosyjskiej. Po skończeniu rewolucji październikowej, bolszewicy grabią klasztor, wywożąc z niego co tylko się da. w 1921 roku Monastyr zostaje zamknięty. Ożywia się na czas 2 Wojny Światowej, gdzie znów stworzono w nim szpital. Dopiero w 1993 roku Cerkiew prawosławna dostaje z powrotem Monastyr, w którym otwarto klasztor męski.



My, choć trochę ciekawi byliśmy, to jednak nie zdecydowaliśmy się tam wstąpić i tego wszystkiego poznać. Okazało się to trafną decyzją, patrząc na to, w jaki sposób udało nam się później przechadzać po Czufut-Kale. Pomału, trochę z przyczajki oddaliliśmy się od klasztornych terenów, tuż obok mnichów, którzy prawie co skończyli poranne modły i obok starszych, miejscowych kobiecin, które tym mnichom pomagały i chyba sprzedawały jakieś jedzenie i picie. Przez lasek, lekko pod górkę, podążyliśmy w kierunku kamiennego miasta. Zalesiony obszar po chwili się skończył, wyszliśmy na otwarty teren i naszym oczom, w oddali ukazały się skalne ściany. Strome, bez szans aby się na nie w sposób bezpieczny wspiąć, na których szczycie widniały zabudowania. Jak się okazało to tam mieliśmy się dostać, to tam czekało na nas słynne Czufut-Kale.
Podeszliśmy pod samą skałę, rozejrzeliśmy się wokoło, tu i ówdzie trzasnęliśmy jakieś zdjątko i ruszyliśmy w stronę głównego wejścia do miasteczka. Po chwili w odstępie kilkudziesięciu metrów, praktycznie tuż za nami wchodziło dwóch kolesi. Gdy my kręciliśmy się po okolicy, oni na coś czekali. Wydawało nam się, że są to poranni odwiedzający a okazało się, że czekają na nas. Byli to pracownicy Czufut-Kale. Jeden sprzedał nam bilety, drugi chodził i coś sprawdzał, następnie ten pierwszy dołączył do kumpla i w duecie penetrowali teren. Pojawiła się jeszcze jakaś starsza kobieta, która sumiennie zbierała wszelkie śmieci, sprzątając wszystko dookoła.
A jaki był skutek tak wczesnego pojawienia się w Czufut-Kale? Dla tych dwóch kolesi i starszej babki bez znaczenia, bo oni i tak pewnie rozpoczynali kolejny, taki sam dzień pracy ale dla nas wręcz przeciwnie. O godzinie 6:20 weszliśmy do środka my, wrota zostały zamknięte i po nas przez co najmniej godzinę nie wszedł już nikt. Nie powiem, ucieszyło nas to, bo nie dość, że w spokoju mogliśmy porobić zdjęcia, to jeszcze pierwszą część miasteczka mieliśmy tylko dla siebie. Była to sytuacja zbawienna biorąc pod uwagę jak to miejsce wyglądało później i jakie hordy ludzi się tam zjawiły.
Burzliwa historia Czufut-Kale
Myślę, że zanim rozpoczniemy wędrówkę, to może warto przybliżyć historię tego skalnego miasta?
Wszystko zaczęło się na początku 6 wieku. Informacje na temat osady z pierwszych wieków jej istnienia są bardzo mgliste i sprzeczne. Mówi się, że początkowo była to graniczna strażnica bizantyjska – Fulli. Inna wersja zakłada, iż była to twierdza miejscowych Alanów, którzy w tym czasie podlegali cesarstwu bizantyjskiemu. W kolejnych stuleciach gród znalazł się pod władaniem Połowców – z tego okresu pochodzi nazwa Kirk Er (Kyrk Or), co w języku tatarskim oznacza 40 umocnień. W 1299 roku dają o sobie znać Mongołowie, którzy pod dowództwem chana Nogaja zdobywają, plądrują, a następnie na powrót zasiedlają miasto Alanami. W latach 40 XIV wieku Tatarzy już bezpośrednio zarządzają miastem, budując w nim między innymi meczet. W 15 wieku w Czufut-Kale utworzony zostaje Chanat Krymski, w którym ustanowiono stolicę nowego państwa. Stan taki utrzymuje się do roku 1532, kiedy ostatecznie przeniesiono dwór chański i stolicę do nowo wybudowanego pałacu w Bachczysaraju. W Czufut-Kale pozostała głównie społeczność karaimska oraz mniejsza ormiańska, znajduje się tam również arsenał chański, więzienie dla jeńców chana i ogólnie tamtejsze fortyfikacje utrzymywane były w stanie gotowości. Plan był taki, że w razie ataku wroga cała społeczność Bachczysaraju miała znaleźć schronienie właśnie w Czufut-Kale. W 1778 roku miasto opuszczają Ormianie a Krym zostaje wcielony do Rosji. Miasto upada, większa część Karaimów przenosi się do innych miast, pozostali wymierają i na przełomie 19 i 20 wieku Czufut-Kale było już niezamieszkane.
Czufut-Kale położone jest na szczycie góry stołowej, od zachodu, południa i północy otoczone urwiskami sięgającymi do 30 metrów wysokości. Całe miasto liczy 46 ha, przy czym aż 36 ha było niezamieszkane i służyło jako schronienie dla bydła. Obszar zabudowany znajdował się we wschodniej części i obejmował stare miasto o powierzchni 7 ha i nowe miasto (3 ha) powstałe w 15 wieku.
Wchodzimy na teren skalnego miasta
Przyjemność bycia i oglądania tego ciekawego miasta kosztowała nas w sumie 80 HRY. Pierwsze, tuż po wejściu, co rzuciło mi się w oczy to była spora ilość dziur wydrążonych w skale. Dziury okazały się oknami i drzwiami, za którymi znajdowały się skromne mieszkania. No mieszkania, to może za duże słowo, były to takie bardziej jamy, czy też pieczary, które przystosowywano do życia. Znajdowały się na różnych wysokościach, niektóre kilkukondygnacyjne, większe i przestronniejsze a inne małe i o wiele bardziej skromne. Oprócz wspomnianych drzwi i okien były tam i kuchnie, i spiżarnie, były również kamienne tłocznie do wina. Wszędzie skała, mnóstwo kamieni, zieleń, jakieś drzewka i krzaki a także fragment muru. W jednym domku na ścianach wymalowane były czerwone postacie polujące na dzikiego zwierza – zastanawialiśmy się czy była to pamiątka z odległej przeszłości czy może malowidła powstały znacznie później, dla potrzeb turystycznych? Przyjmijmy, że to pierwsze.






Minęła 7. Po niecałej godzinie spędzonej w dolnej części kamiennego miasta czas było na dalszą wędrówkę. Wspięliśmy się trochę wyżej i weszliśmy na jeden z 3 głównych traktów starego miasta. Tak jak na dole dróżki i ścieżki były raczej umowne, a właściwie chodziło się po udeptanej, nierównej ziemi, tak teraz droga przypominała drogę. Szeroka, ciągnąca się leniwie przed siebie, aczkolwiek strasznie dziurawa z jak gdyby wyrzeźbionymi przy jej krawędziach śladami kół. Wydaje się, że gdy w mieście tętniło życie to musiała być ona lepiej przystosowana do użytku i już na pewno była bardziej równa. Wzdłuż drogi wzniesiono gruby mur a krawężniki miały niecodzienną, ogromną wielkość.


Obszar starego miasta, w którym się znaleźliśmy oprócz 3 głównych dróg, kilkunastu mniejszych, mnóstwa niedużych krzaków i drzew posiadał również ruiny dwóch Kienes (karaimskich świątyń) z 18 i 19 wieku., miejsca gdzie niegdyś znajdowały się szkoła oraz bazar. Przechodziliśmy obok resztek starego Meczetu wybudowanego przez Tatarów w 1346 roku, przyjrzeliśmy się dosyć dobrze zachowanemu Mauzoleum córki chana Tochtamysza – Dianiki chanym (z 1437 roku) aż w końcu przekroczyliśmy sporą Bramę (tzw. Środkowe Wrota), która łączyła stare i nowe miasto.


W tym czasie zaczęli pojawiać się turyści, przybywało ich co raz więcej co było równoznaczne z otwarciem głównego wejścia. Pojawiali się ludzie, słoneczko przyświecało przyjemnie, powiewał lekki wiaterek, dzionek szykował się bardzo miły. Chodziliśmy sobie nieśpiesznie, zaglądając we wszystkie ciekawsze miejsca, penetrując wszelakie dziury i jaskinie, podziwialiśmy widoczki, cały czas będąc w gotowości fotograficznej.
Na dłuższą chwilkę zatrzymaliśmy się nad północnym urwiskiem. Rozpościerał się stamtąd fantastyczny widok na ogromny wąwóz i kolejną stołową górę.
W tej części miasta jest sporo ciekawych, wydrążonych w skale pieczar. Długo nie czekając weszliśmy do tej największej, która składała się z dwóch ogromnych pomieszczeń – jedno wyżej a drugie ciut niżej. Pomieszczenia te były starymi piwnicami okazałego domu, w którym mieszkała jedna z bogatszych karaimskich rodzin. Na cel obraliśmy sobie piękne oświetlone schody łączące dwa przerośnięte pokoje i zrobiliśmy sobie krótką sesję zdjęciową. Z okna w dolnej sali można było zaobserwować fragment wspomnianego kanionu. W moim odczuciu, wyszedłby z tego interesujący fotograficzny motyw, toteż nie namyślając się długo sięgnąłem po aparat i zrobiłem parę ujęć.






Wróciliśmy do głównego traktu. Wędrowaliśmy po Czufut-Kale już od 3 godzin i powolutku zbliżaliśmy się do końca. Oczywiście nie znaczyło to, że nic już w tym dniu się nie wydarzy, wszakże była dopiero 9 rano, więc trzeba było wymyślić plan na resztę dnia. Zanim jednak do tego doszło mieliśmy przed sobą parę chwil w mieście-twierdzy. Po naszej prawej stronie ukazała nam się nieduża gospoda, w której można było się napoić bądź coś zjeść. Założyliśmy, że coś ciepłego i treściwego do brzuchów sobie wrzucimy, jednak chcieliśmy to uczynić później, w Bakczysaraju, w okolicach pory obiadowej.


Powyższa gospoda pochodziła z 17 wieku i dawała wyobrażenie na temat konstrukcji budynków mieszkalnych oraz jaki był sposób zagospodarowania miasta. Domy najczęściej posiadały piętro, wraz z balkonami i oknami. Na piętrze mieszkano, z kolei parter był przystosowany do przechowywania bydła oraz inwentarza. Dachy domów były pokryte dachówką koloru czerwonego, natomiast wnętrza ogrzewano poprzez paleniska, a w niektóre miały nawet piece. Żywność przetrzymywano w piwnicach wykutych w skale pod domami, na podwórzach widniały szopy i stodoły a całość otoczona była wysokim, kamiennym murem. Mniej więcej tak wyglądały wszystkie inne skalne miasta na Krymie.
Zwiedzanie miasta zakończyliśmy przy tylnej, wyjściowej bramie. Była ona zamknięta. Spytawszy się siedzącej tam dziewczyny, czy mogłaby nas wypuścić, usłyszeliśmy – że owszem ale trzeba zaczekać aż ktoś zjawi się z kluczem. Skoro tak, to ok, zaczekamy. Czekaliśmy my i czekały dwie, polskie pary. Zamieniliśmy ze sobą parę zdań, podzieliliśmy się wrażeniami – oni poszli jeszcze coś oglądać a my, po otwarciu wrót (pojawił się w końcu jakiś koleś) staliśmy poza granicami miasta.




I co dalej? Wymyśliliśmy, że zejdziemy z góry, na której się znaleźliśmy i na której zostało wybudowane Czufut-Kale. Patrzymy: jest jakaś piaszczysta droga wchodząca w lasek i ciągnąca się coraz niżej i niżej. Troszkę nią przeszliśmy ale nie chcąc ryzykować dokąd mogłaby nas zawieść i ile kilometrów mogliśmy brnąć w nieznane, postanowiliśmy zawrócić do bramy, którą kilkadziesiąt minut wcześniej weszliśmy. Następnie wąską ścieżynką, wśród wyschniętych, wysokich traw, obok krzaczorów przesuwaliśmy się do przodu tuż pod murami miasta. Weszliśmy jeszcze w ogromną dziurę, która najprawdopodobniej spełniała rolę studni, zrobiliśmy parę fotek małym jaszczurkom płochliwie biegającym po skałach i po dłuższej chwili, znaleźliśmy się z powrotem przy głównym wejściu.


Pisałem wcześniej o zaletach tak wczesnego zwiedzania. Mieliśmy komfort, nikt nam praktycznie nie przeszkadzał a teraz do Czufut-Kale nacierały takie tłumy, że aż strach. Decyzja przyjścia tu o godzinie 6 okazała się najlepszą jaką można było podjąć. Jak mówi znane przysłowie: ,,Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje!” Nam dał, bez dwóch zdań. 🙂



Niedaleko wejścia jest jeszcze jedna rzecz warta (?) obejrzenia. Głęboka piwnica czy też tunel, do którego można było wejść. Służył on chyba jako schron w przypadku najazdu wroga. Po krótkim namyśle stwierdziliśmy, że odpuszczamy i nie zamierzamy płacić następnych pieniędzy za zwiedzanie tej rzekomej atrakcji.
W zamian naszedł nas pomysł aby podejść trochę zboczem , na którym staliśmy w celu uchwycenia Monastyru Uspieńskiego z innej perspektywy, trochę z oddali, tak żeby mieć wszystko przed sobą i widzieć cały klasztorny kompleks z góry. Po krótkim marszu, gdzie pomimo, że trasa była ogólnie bezpieczna, to w pewnych momentach należało zachować minimum ostrożności co by nie spaść w dół. Szliśmy sobie spokojnie widząc w dole drogę, którą w stronę Czufut-Kale wędrowali turyści. Widzieliśmy wszystkich a nieliczni widzieli nas, wyglądając przy tym tak, jakby zobaczyli duchy. Przyglądali się i chyba nie dowierzali, że ktoś może łazić po skałach, chaszczach, po terenie gdzie na co dzień nikt się raczej nie zapuszcza. My się zapuściliśmy. Po chwili staliśmy już na jednej z półek skalnych, która okazała się być dachem domu, zrobiliśmy kilka ujęć klasztoru i pomknęliśmy w drogę powrotną.




Poranek i południe pierwszego dnia naszych krymskich wojaży udał się aż miło. Jeszcze nigdy nie byłem w skalnym mieście, odwiedzenie Bachczysaraju mi to umożliwiło i myślę, że było to ekstra doświadczenie. Poczułem się trochę jak w Irlandii, choć klimat zupełnie inny – rzeczą wspólną były bez wątpienia skały i kamienie, które wykorzystywano do budowy domów, zamków, meczetów, opactw czy też murów.
Plan na dalsze godziny tego słonecznego poniedziałku był taki, że idziemy do jakiejś knajpki na jedzenie, potem do Pałacu Chana i do miasta w celu zrobienia zapasów żywnościowych na wieczór i na następny dzień. Dzień, w którym z samego ranka mieliśmy opuścić Bachczysaraj i wyruszyć w dalszą drogę.
PS. Po długim okresie czasu wreszcie udało mi się wznowić relację z naszej wyprawy na Krym, która odbyła się we wrześniu 2011 roku. Od teraz, regularnie będę dodawał kolejne wpisy. Dla przypomnienia zapraszam do poprzednich historii: Przygotowania do wyjazdu na Krym, Podróż w kierunku wschodnim, Pociąg relacji Lwów-Symferopol, Bachczysaraj oraz TUTAJ.

























I to jest największa wartość wypraw, usiąść pooddychać widokami i planować kolejne. Gruzja 2014?
O tak, wspomnienia z tego typu wyjazdów są fantastyczne, aż chciałoby się jeszcze i jeszcze. Mówisz Gruzja? Kusząca propozycja… 😉
Fajne zbiżenia monastyru, dzięki za odświeżenie wspomnień.
Nie ma problemu, sam również sobie wszystko przypominam i aż żal, że to już było… Ale może kiedyś tam wrócę? Przecież tyle jeszcze zostało do zobaczenia 🙂
pozdrawiam!
,,,Panie Spinner nie wiem czy Gruzja czy nie Gruzja ale ja jadę z Wami,,, chciałam Pana tylko lekko uświadomić o tym fakcie bo mój Pan, Król i Władca stara się już z tą nowiną jakoś oswoić,,, zatem panowie – do zobaczenia 🙂
Droga Doriss 🙂 Mając nas uwadze, że jesteś niewiastą, i że tego typu wyjazd w nieznane wiązałby się z najróżniejszymi sytuacjami, toteż nie wybaczyłbym sobie, gdybyśmy narazili Cię na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. 😉
,,,daruj sobie tą niewiastę,,, przyznaj lepiej, że masz cykora bo przy mnie twoja męskość traci na wartości i doskonale wiesz, że zrównam Cię z ziemią 🙂 ,,,spadaj na pyry ,,,zamiast gdybyć mi tu, to lepiej zacznij się przygotowywać psychicznie na starcie ze mną 🙂
Doroto. Piszemy na temat, nie rozmywamy. ; )
Zostawię infantylny komentarz, a co mi tam 😉 Ale fantastyczne miejsce! Super przygoda i piękne fotki [choć kolory ‘podrasowane’ to i tak widać, że pogoda sprzyjała] – niczym z folderu turystycznego. Fajnie byłoby to kiedyś zobaczyć na żywo. A nawet jeśli wiatr nie zawieje mnie w tamte strony, to przyjemnie było obejrzeć sobie to miejsce dzięki Tobie. Przyznam, że nie wiedziałam o jego istnieniu. Taka ze mnie podróżniczka 😉
Mówisz, że poczułeś się jak w Irlandii? 🙂 Ale tutaj byś takich cudów nie zobaczył.
Piękności, ech…!
Witaj Taito!
Gdzie Cię wywiało? 🙂 Myślałem, że wywaliłaś mnie ze swojej blogowej stopki 😉 Co do echów i achów, to z całą pewnością, zarówno to konkretne skalne miasto jak i generalnie cały Krym, może je zbierać w nieskończoność – zapewniam. Miejsce (Półwysep Krymski) w dalszym ciągu nie jest jakoś super popularne, aczkolwiek z roku na rok się to zmienia, ale bez dwóch zdań warto się tam wybrać. I spokojnie znajdzie się normalne, nie namiotowe, spanie. Jeżeli ktoś lubi fajną przygodę, gwarantowaną pogodę i inną niż nasza kulturę, to na Krymie bez problemu to wszystko znajdzie.
A zdjęcia? Jak sama wiesz, bez delikatnego tuningu w Photoshopie raczej nigdy się nie obędzie 🙂 Nasycenie kolorów i automatyczny kontrast – jedyne rzeczy, które robiłem 😉
Zdradzę, że było to jedno z dwóch skalnych miast, w których się znaleźliśmy – za 2 wpisy dowiesz się nieco więcej o kolejnym.
pozdrawiam serdecznie1
To pasuje się wytłumaczyć. Ja tu cały czas byłam, tylko nie zawsze komentowałam. Nie zaglądam codziennie, bo życie w “realu” rządzi się swoimi prawami, ale zawsze czytam, co masz do powiedzenia. Wiesz przecież, co sądzę o Twoim blogu, prawda?
Pewnie kiedyś się to zmieni i na Krymie będą tłumy. Już z Twojego wpisu wynikało, że tamtejsze atrakcje turystyczne cieszyły się popularnością.
A za to wstawanie o piątej i tak Cię podziwiam. Ja wstaję o szóstej do pracy, ale tylko dlatego, że muszę. Ostatnio chciałam udać się na poranną przebieżkę tuż przed szóstą, ale jak tylko zadzwonił budzik, a ja skojarzyłam, że jest sobota i nie muszę tak wcześnie wstawać, to oczywiście nic nie wyszło z mojego planu. A ja jak zwykle poszłam wyciskać z siebie siódme poty dopiero wieczorem 😉
Fajnie, że tamta atrakcja była tak wcześnie otwarta. Sam wiesz, że w Irlandii tak dobrze nie ma. Dlatego ja przeważnie nigdy nie wyruszam w trasę po wyspie o tak wczesnej porze. No chyba, że musiałabym dostać się na Mizen albo Malin Head i przejechać “całą” Irlandię.
No to mnie uspokoiłaś 🙂
Wszystko na to wskazuje, że w pewnym momencie rzeczywiście będą tam tłumy. Jak pisałem tendencja do odwiedzania tego miejsca jest cały czas wzrostowa. Wydaje się, że gdyby było jakieś dobre połączenie lotnicze z Symferopolem (pewnie długo nie będzie, bo lotnisko raczej się nie nadaje na samoloty pasażerskie) to tej turystycznej gawiedzi na Krymie widzieliby o wiele więcej. Pewnie 25 godzinna jazda pociągiem nie wszystkim też dziś odpowiada – pomimo, że ja uważam, że to już jest samo w sobie przygodą 🙂
Wstawanie o 5 rano w miejscu, gdzie jest cały czas ciepło, i gdy dzień wcześniej kładzie się spać o 20-21, nie jest jakimś wielkim problemem.:)
W Irlandii rzeczywiście tak kolorowo nie jest, ale z czasem wchodzi w krew. Gdy jedzie się przykładowo zobaczyć groby korytarzowe (Loughcrew, Carrowkeel) to nie ma najmniejszego problemu, aby łazić po nich o której się chce. Mnóstwo opuszczonych opactw również nie nakłada żadnych ograniczeń.
I żeby nie było, że ja jestem jakimś rannym ptaszkiem, bo lubię pospać, choć ostatnio się to zmienia – bywa, że mam serię wstawania o 7 rano. 😀
Aaa, to wszystko wyjaśnia. Jakoś zapomniałam, że można iść spać o godzinie 20:00. Nie usnęłabym, obawiam się, bo ja jestem typowym nocnym markiem. Najczęściej chodzę spać w okolicach – lub po – północy. A latem, kiedy zmrok zapada przed 23:00, to już w ogóle nie wyobrażam sobie tak wczesnego pójścia do łóżka. Każdy działa jednak według swojego zegara biologicznego 🙂
Teraz coraz łatwiej o wczesną pobudkę, skoro już o 6:30 robi się jasno. Zauważyłam, że w dni wolne od pracy budzę się wcześniej niż to miało miejsce zimą.
Spokojnie, spokojnie ja również o 20 w normalne dni do łóżka nie idę 🙂 I dokładnie jak Ty, kładę się spać o 0:00 lub później – bardzo rzadko wcześniej. A w tej konkretnej Krymskiej podróży to powiem Ci, że gdy cały dzień byliśmy na nogach, intensywnie zwiedzając, fotografując i taszcząc ciężkie plecaki, to potem sen przychodził w momencie. Nie ma siły, że się nie zaśnie 🙂 No i wtedy o 21 była już kompletne ciemność, więc nie bardzo szło nic konkretnego robić. W Irlandii to już inna bajka, szczególnie latem gdy jak napisałaś, ciemno jest o 23.
Domyślam się i ja nie pisałam o codzienności 🙂 Gdybyś tak wcześnie chodził spać, to prawdopodobnie nie miałbyś na nic czasu, zwłaszcza, gdybyś pracował od rana do wieczora. Ja niestety mam problem z wczesnym zaśnięciem. Nieraz było tak, że przed planowanym porannym wyjazdem mówiłam do Połówka: “dziś koniecznie trzeba iść wcześniej spać”, a potem i tak robiliśmy to, co zawsze, czyli siedzieliśmy do późna w nocy… Niereformowalne typy 😉 Czasami sen po prosu nie przychodzi, a ja nie cierpię leżeć bezczynnie i na niego czekać.
Owszem, nie ukrywam, zdarzyło mi się parę takich dni, kiedy po pracy wracałam do domu naprawdę zmęczona i wtedy akurat nie było mowy o siedzeniu do północy, bo już o 21:00 nie kontaktowałam 😉
Odpowiedź dla Doris 🙂
Nie wiem czy nasze charpagańska turystyka przypadłaby ci do gustu. W pierwszej kolejności pojedziemy na rozpoznanie terenu, a kolejnym razem, czas pokaże:)
,,,wiedziałam, że tam będzie,,, jestem większym charpaganem niż wasza turystyka,,, nie to nie,,, pojade sobie sama i wyśle Wam zdjęcia,,, 😉
Tak, używali drewna i kamienia, i przez to żyło im sie zdrowiej. Zdjęcia przypominają mi widoki z Grecji za czasów młodości, wyjazdów z rodzicami. Ten skalny dom rzeczywiście zadziwiający, tylko pytanie czy chcielibyście w nim mieszkać? Bo ja na pewno nie
Niesamowite to co piszesz o trosce ludzi o Czufut-Kale, i tej pani sprzątającej śmieci. Zdjęcia Az błyszczą czystością terenu.
Zdjęcia wnętrz skalnych domów przypominają architekturę późnego Le Corbusiera. Ciekawe.
Na jednym zdjęciu jesteś w wydrążonej dużej skale, i zaglądasz do wnętrza jamy. Ściany sa zielonkawe. Co to było?
Co prawda w Grecji nigdy nie byłem ale chyba rzeczywiście można by podpiąć te Krymskie widoki z krainami Hellady. Przede wszystkim bardzo podobny, gorący klimat jest tu i tu. Wiadomo, że w tego typu skalnych domach nikt normalny, albo inaczej, nikt z naszego ,,cywilizowanego” świata raczej by mieszkać teraz nie mógł. Zbyt wygodni jesteśmy. Co do Le Corbusiera, to od razu przyznaję bez bicia, że gdyby nie Ty (i potem Google) to nigdy bym o nim nie słyszał. Sprawdziłem i jak dla mnie tylko jeden dom z naszej wyprawy pasował do jego stylu – ten na stoku góry z wielką skałą zamiast dachu
W wydrążonej dużej skale akurat jest Daniel – ja robię mu zdjęcie – i z tego co żeśmy sobie wyobrazili, to musiał być to jakiś zbiornik wodny, ewentualnie wielka studnia, z której korzystali mieszkańcy Czufu Kale. I ta zielona barwa na skałach świadczyła by właśnie o tym, że była tam wcześniej woda.
Link prowadzi do zdjęcia kaplicy w Ronchamp, dosyć późnego budynku Le Corbusiera, ponoć zabrało mu cale życie dotarcie do takiej właśnie prostoty i miękkości formy, jakiej uczył się za młodu nie w szkole architektury, ale w podroży, będąc pod wpływem domów mnichów na pustyniach, katakumb Azji, Afryki.
Dosyć mistyczne zdjęcia jakie pokazujesz bardzo się kojarzą z Le Corbusierem.
Popatrz na wnętrze Ronchamp
Patrząc na te wnętrza u Ciebie ze zdjęć mam wrażenie super odpoczynku.
Niesamowite jest tez to, ze ze współczesnych topowych architektów, Tadao Ando, tez nie odebrał żadnej standardowej edukacji w postaci szkoły, ale najpierw jako kickboxer a później podróżnik oglądał świat i uczył się proporcji i światła. Podobnie jak Le Corbusier. Obaj nie musieli później walczyć z trudnymi do pozbycia naleciałościami jakie większość z nas wynosi ze szkol.
… to zaowocowało genialnie indywidualna i nowatorska architektura.
Która już była, jak pokazujesz to na zdjęciach