WROBELS

Słońce zaświeciło nad Enniscrone

Zaświeciło słońcem bardzo obficie jeśli idzie o Irlandię. Powiało ciepłym wiatrem, rozpędził on gdzieś w górze większość tych deszczowych chmur, które tak sobie upodobały wiszenie nad Zieloną Wyspą i sprawił, że ludzie powychodzili z domów i udali się w kierunku natury. My nie byliśmy inni i również skorzystaliśmy z pięknej pogody. Cel? Północ. Miejsce? Ocean. Konkretnie? Enniscrone i jego ogromna, piaszczysta plaża.

Wspomnienie z 2007 roku

Ten cały wyjazd był takim trochę powrotem do przeszłości, jakbyśmy wsiedli do Wehikułu Czasu i udali się wstecz, do roku 2007. Właśnie wówczas wizytowaliśmy pierwszy i zarazem ostatni raz to miejsce. Mnóstwo wody w Shannon upłynęło od tego momentu, ogrom rzeczy w naszym życiu się pozmieniał, ustabilizowaliśmy naszą pozycję w Irlandii, zapuściliśmy znacznie głębiej korzenie a przede wszystkim z rodziny dwuosobowej staliśmy się rodziną czteroosobową + pies. Przechadzaliśmy się w tym rzeczonym 2007 roku razem z trójką ówczesnych znajomych po Ballinie, po Killali i Enniscrone właśnie. Nie było tak ciepło jak ostatnio, chodziliśmy w swetrach, kurtkach i było bardziej jesiennie niż wiosennie. Było nostalgicznie, liście leżały na alejkach, wiatr dmuchał ile sił w płucach a w górze wisiały skłębione, szaro-stalowe chmury. A my spacerowaliśmy, najpierw po parku, czy też małym lesie, następnie po niewielkim porcie i wreszcie po ogromnej plaży – po tej samej, po której kroczyliśmy 9 lat później.

9 lat później były z nami dzieci, starzy znajomi się potracili, każdy poszedł w swoją stronę. Również mieliśmy na niebie chmury, tyle że śnieżnobiałe, porozrzucane po nieboskłonie częściowo, niczym kleksy czy plamy farby rozlane na kartce. Były chmury i było niebieskie niebo. W dole hulał wiatr, ale ciepły, raczej przyjemny, my w krótkich rękawkach, dzieci w wodzie – zupełnie inne okoliczności przyrody aniżeli podczas plażowej przechadzki w 2007 roku… Wracam pamięcią i widzę tylko nas na plaży, czwórka szczelnie poubieranych Polaków idących wolnym krokiem w kierunku oceanu. I praktycznie nikogo więcej! Tylko my i może parę osób na przepastnej, piaszczystej plaży. Takie wspomnienie mi pozostało, nie pamiętam miasteczka, nie pamiętam budynków, tylko plażę, ogromną, mokrą od sunących po niej fal plażę…

Waiting-Enniscrone
Oczekiwanie na fale…

Na plaży w Enniscrone

Tym razem również była mokra, ale tylko w niewielkim jej fragmencie. Za to zbliżał się przypływ i z każdą minutą zabierał ze sobą kilkadziesiąt centymetrów piasku. Jednak musiało zapewne dobrą chwilę minąć aż woda doszła do wydm, wszak od ich początku do linii fal było dobre 300, jak nie więcej, metrów. Niemniej plaża się kurczyła. Bez dwóch zdań. Jak codziennie zresztą. Po przyjeździe na miejsce zaparkowaliśmy samochody, uporaliśmy się z piaszczystymi wydmami i z małymi tobołkami udaliśmy się w stronę wody.

Marsz był długi jak nigdy, minęło dobrych parę minut zanim się zamoczyliśmy. Dookoła spacerowicze, samotni, parami, z psami, każdy gdzieś kroczył, nieśpiesznie przemierzał piaski. W oddali samochody, które zajęły część plaży, z drugiej strony ładny, biały budynek przypominający zamek; za budynkiem panorama miasteczka, domki, nad domkami chmury. Tu przebiegnie pies, tam z wody wyjdzie surfer, dzieci szczęśliwe jak nigdy. Zaczął już się przypływ, w parę godzin uda mu się zająć większą część plaży, delikatnie się wycofujemy, z nacierającą wodą wygrać się nie da. Nasz pierwszy tegoroczny plażing zbliża się powoli do końca.

Lody i spacer po Enniscrone

Jeden z najważniejszych momentów podczas tego wyjazdu. :)
Jeden z najważniejszych momentów podczas tego wyjazdu. 🙂

,,Idziemy szukać lodów”-pada decyzja. Dzieci wniebowzięte, jedna atrakcja zastępuje inną. Po lodach włoskich przechadzka po Enniscrone, chcemy coś zjeść, bo brzuchy puste a siły potrzebne. Miasteczko dosyć gwarne, pełno samochodów, nie mniej turystycznej braci, jedna główna ulica, parę bocznych dochodzących, trochę sklepików, barów, domów – życie toczy się tutaj raczej spokojne i bezstresowe. Po krótkim obchodzie dochodzimy do samochodów. Jedzenia nie kupiliśmy ale nie mamy z tym problemu. Opuszczamy Enniscrone i jedziemy (wzdłuż sznura setek samochodów stojących w korku i zmierzających w stronę wielkiej plaży 😀 ) w kierunku Balliny.

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *