Fale kołysały okrętem równomiernie, noc jeszcze się nie skończyła, mgła opatuliła cały pokład, do końca podróży pozostały długie tygodnie. Słychać szum oceanu, okrętowe deski skrzypią złowrogo a spod pokładu dobiegają przeraźliwe jęki… Ludzie stłoczeni w koszmarnych warunkach, po kilka osób na jednej pryczy, w towarzystwie karaluchów i szczurów, z nadzieją na lepsze jutro, z wiarą na przetrwanie. Niestety nie wszystkim się udaje… Ciała owinięte w kawałki żagla wrzucane są za burtę prosto w odmęty oceanu; kobiety, mężczyźni, starcy czy kilkuletnie dzieci lądują w głębinach Atlantyku – nie ma reguły, śmierć nie wybiera, przychodzi po każdego…
Z reguły bywa tak, że narody z roku na rok, z dekady na dekadę się powiększają, że populacje się rozrastają, że miasta stają się okazalsze. Paradoksalnie w Irlandii było trochę inaczej, bo w kwestii ludności od mniej więcej połowy 19 wieku, zanotowano tendencję zniżkową. Obecnie Zieloną Wyspę zamieszkuje 4,5 miliona ludzi ale wyobraźmy sobie, że w 1821 roku spis ludności wykazał 6,8 mln, w 1831 roku 7,7 mln, w 1841 roku 8,75 mln a w 1845 roku aż 9,2 mln. Od 1780 roku przez następne 60 lat wzrost ludności wyniósł aż 300 procent. Dlaczego później nastąpił aż tak drastyczny spadek? Co spowodowało, że populacja zmniejszyła się w mgnieniu oka? Wydarzyły się dwie rzeczy, w znacznym stopniu od siebie zależne. Irlandia w tamtym okresie w porównaniu do Europy była bardzo zacofana. Dieta ludności wiejskiej bazowała głównie na ziemniakach, które były podstawowym źródłem pożywienia. Zwierzęta hodowlane oraz produkty mleczne zostawały oddawane właścicielom ziemskim w ramach opłaty za dzierżawione ziemie. Dla znacznej większości ludzi ziemniak był w owym czasie niczym największy skarb, tylko on im pozostawał i jego należało bezwzględnie chronić. Tylko że co zrobić, gdy na i tak już niełatwe życie chłopów przychodzi kolejna, o wiele bardziej brzemienna w skutki katastrofa? Jak się okazało nic nie można zrobić…
Wielki Głód, spowodowany zarazą ziemniaczaną, która zaczęła niszczyć uprawy ziemniaka panował w latach 1845-1850 i pociągnął za sobą około 1,5 miliona istnień! Kolejny milion opuścił Irlandię. Z 9 milionów, w przeciągu 6 zaledwie lat pozostało 6,5 miliona…

Ludzie nie mieli żadnych perspektyw i nie chodzi tu już nawet o godne życie, ale przede wszystkim nie widząc szans na przeżycie, decydowali się emigrować. Głównie do Ameryki, ale też do Wielkiej Brytanii, do Kanady oraz Australii. Statki odpływały regularnie z różnych portów: z Dublina, z Cork, z Galway, ze Sligo, z Belfastu.
Masowo uciekano zarówno z dzisiejszej Republiki jak również z Ulsteru. Byle dalej, byle było lepiej, z ciężkim sercem… W związku z tym smutnym zjawiskiem chciałbym pokazać bardzo ciekawe miejsce, osadzone w czasach współczesnych, opisujące i pomysłowo przedstawione wielką migrację Irlandczyków za wielką wodę – Ulster American Folk Park.
Trafiliśmy do tego skansenu pod gołym niebem przypadkowo, decyzja była spontaniczna, trzeba było się nawet wrócić, bo przeoczylibyśmy ten park. Cel podróży mieliśmy zupełnie inny, jechaliśmy prosto na północ, na słynną Groblę Olbrzyma ale stało się bardzo dobrze, że udało się przez te kilka godzin zanurzyć w klimaty 18 i 19 wiecznej Irlandii i Ameryki.
Ulstersko Amerykański Park Ludowy koncentruje się głównie na stylu życia i doświadczeniach emigrantów, którzy płynęli z Ulsteru do Ameryki w 18 i 19 wieku – pomiędzy rokiem 1700 a 1900 było ich ponad 2 miliony. Ukazane to jest w świetnej, niezwykle interesującej formie, pod chmurką, w starych klimatach i w towarzystwie ludzi – pracowników muzeum, którzy poprzebierani w stroje z tamtej epoki przechadzają się wśród odwiedzających jakby nigdy nic, jakby czas zatrzymał się dla nich 200 lat temu . Najważniejsze w tym wszystkim wydają się budowle – w większości oryginalne, niektóre bardzo dokładnie odwzorowane – do których można zajrzeć, zobaczyć jak są urządzone i które co jakiś czas pojawiają się na trasie zwiedzania. Pomysłem równie oryginalnym jest sama trasa, zorganizowana w ten sposób, że wędruje się poprzez dwa światy – ten irlandzki (Old World) przed emigracją oraz świat amerykański (New World), tuż po niej. Kapitalnym rozwiązaniem wydaje się połączenie tychże światów, mniej więcej w połowie wędrówki, poprzez wierną replikę ogromnego, dziewiętnastowiecznego żaglowca, który przemierzał niełatwą trasę pomiędzy starym a nowym, pomiędzy biedą a bogactwem, który w mniemaniu ówczesnych podróżnych miał odmienić ich ponury żywot.
Parking mieści się tuż obok głównej drogi, parę kilometrów za Omagh. Dogodnie położony, obszerny, z ławeczkami na jakąś strawę, pośród roślinności. Wchodzimy do Visitor Centre, panie za biurkiem witają nas z uśmiechem na ustach, sprzedają bilety (w funtach bądź euro, bez różnicy), dają kolorową mapę i krótko instruują jak się poruszać. Pomieszczenie jest przestronne, do wyboru mamy rozmaite pozycje książkowe, ładne pamiątki, jest też kawa, są i toalety. Zorganizowane bardzo dobrze, nie można się do niczego przyczepić, wszak znaleźliśmy się w jednym z trzech narodowych muzeów Irlandii Północnej – to zobowiązuje :-).
Zwiedzanie można rozpocząć już w budynku, bo od centrum informacyjnego idzie się dostać do Emigrants Exhibition – ekspozycji opowiadającej o ponad 200 latach emigracji i jest podzielona na cztery działy:
- Ludzie i Miejsca – historie poszczególnych emigrantów
- Porażka i Szansa – historia emigracji
- Transport i Migracja – szczegółowe trasy, porty i statki
- Przeżycie i dobrobyt – spojrzenie na życie w Nowym Świecie
Old World
My zrobiliśmy to troszkę inaczej i od razu udaliśmy się na dwór. Niby z mapką – a trzeba przyznać, że wykonana była ona bardzo starannie i kolorowo, tak że szło się wraz z nią fajnie i łatwiej – ale i tak każdą pozycję odkrywaliśmy ze swoistym podziwem, wszystkie budynki nas zaskakiwały. Pierwszy pojawił się stosunkowo szybko, była to jednoizbowa chata, która została przeniesiona z Altahoney, małego miasteczka znajdującego się w pobliskich Górach Sperrin. Tego typu mieszkania zajmowali bezrolni biedacy, a działo się to długo przed nastaniem Wielkiego Głodu. Domek pochodził z końcówki 18 wieku i najpewniej mieszkała w nim 12 osobowa rodzina. Centralnym punktem był spory kominek, obok niego, we wnęce w ścianie było łóżko. Dopiero w późniejszym okresie zostały wstawione drzwi i okno, wcześniej wejście do domu zastawiano skórami zwierzęcymi bądź krzakami. Zwabieni dymem wydobywającym się z komina weszliśmy do środka. Ku naszemu zdziwieniu siedziała tam kobieta, która w wielkim kotle gotowała zupę. Nie przerywając opowiedziała nam historię tego miejsca, jak się w domku żyło i co jadało – wiedzieliśmy dobrze, że zaczyna się ciekawa przygoda, zauważyć trzeba, że ów kobiecina miała na sobie szaty z tamtego, odległego i jakże burzliwego okresu. Przenieśliśmy się w przeszłość. Fajnie. 🙂
Przeszliśmy kawałeczek i usłyszeliśmy trzaski stukającego żelaza… O, coś się dzieje! Zauważyliśmy domek, większy od poprzedniego, również kamienny i pokryty strzechą. Wrota były otwarte, tak więc wiedzeni ciekawością przekroczyliśmy jego progi. Okazało się, że staliśmy wewnątrz, 19 wiecznej kuźni.
Główne palenisko znajdowało się pod ścianą szczytową, z dala od głównych drzwi, na ścianach porozwieszane były rozmaite, żelazne narzędzia, także na stołach porozstawianych dookoła widzieliśmy niezliczoną ilość przedmiotów. Zasłyszane stuki i puki wydobywały się z pod młota, którym zręcznie manewrował kowal. Kuźnia nie pozostała sama sobie, zadbano o to aby miejscowy kowal uchylił rąbka tajemnicy i zaprezentował wszystkim zwiedzającym kowalskie, jakże ważne w tamtych czasach, rzemiosło. Kowal był bardzo znaczącą postacią bo dbał nie tylko o konie ale również zajmował się wyrabianiem jak i naprawą sprzętu rolniczego.
Wiele domów z tamtego okresu sprawowało zarówno funkcje mieszkalne jak i były miejscem pracy. Dobrym tego przykładem jest Chata Tkacza. W jednej izbie spano a w drugiej tkano. Mogliśmy pooglądać rozmaite wełny, włókna lniane czy materiały a przede wszystkim zobaczyliśmy drewniany kołowrotek i kobietę, która go obsługiwała. Krótki wykład na temat tkania, mała demonstracja jak się to robi i dalszy spacer po ulsterskiej wiosce… Spacerowały też mieszkanki tego miejsca, z koszykami pod pachą, z chustami na głowach i długimi sukniami aż do ziemi. Czas się tam ewidentnie zatrzymał :-).

Przechodzimy przez lokalną drogę i wchodzimy na teren jakiegoś gospodarstwa. Jak się okazuje nie jest to byle jakie miejsce, jest to rodzinny dom Thomasa Melona, irlandzko-amerykańskiego bankiera i prawnika, który urodził się w 1813 roku i po 5 latach wraz z rodziną wyemigrował za wielką wodę. Tuż przed narodzeniem małego Thomasa, jego ojciec Andrew i brat ojca Archy, własnoręcznie wznieśli ten dom. Miedzy innymi takie właśnie domostwa zostawały porzucane przez Irlandczyków, którzy szukali szczęścia w Ameryce.




Pierwotnie w domu znajdowały się dwa pokoje, oryginalna sypialnie była na lewo od kuchni, teraz jest tam salon oraz mały, tylni pokój. W późniejszym terminie dodano drugą sypialnię. Stół zastaliśmy zastawiony, paliły się świece a w kominku tańczyły ogniste jęzory. Pani domu przechadzała się po kuchni, jakby nie zwracając na nas uwagi. Łóżka świeżo pościelone, obrazy na ścianach wiszące i pięknie zdobione talerze zamknięte w kuchennej komodzie. Życie toczy się dalej, pomimo, że pierwotni mieszkańcy dawno już poumierali…
Dom Campbella z kolei ma o wiele bardziej intensywną i gwałtowną historię. Został zbudowany przed Hugh Campbella w 1786 roku na farmie w pobliżu Plumbridge, w hrabstwie Tyrone. W 1818 roku jeden z jego synów, również Hugh, wyemigrował do Ameryki stając się jednym z najwybitniejszych kupców w Filadelfii. W 1804 roku w Campbell House urodził się Robert, młodszy syn starego Hugh. Na początku 1820 roku dołącza do swojego starszego brata i przez lata zajmuje się najrozmaitszymi zajęciami: handluje futrami, pomaga w ekspedycjach traperów i osadników wyruszających na Szlak Oregonu, sam staje się traperem, sklepikarzem, bankierem, pułkownikiem Armii Stanów Zjednoczonych czy komisarzem. W 1876 roku dom zostaje przekazany rodzinie Dunn, która go powiększa i zmienia dach. W 1976 roku nieruchomość zostaje odziedziczona przez rodzinę Reaney, mieszkającą w sąsiednim domu, tym samym Aghalane House (inna nazwa Domu Campbella) zostaje niezamieszkany. W 1985 roku, opuszczony od wielu lat chyli się ku upadkowi i ma być rozebrany, wtedy na ratunek przychodzi Ulster American Folk Park. Dom dostaje drugie życie i przechodzi gruntowną modernizację.
Po odwiedzeniu dużego, białego Domu Campbella przeszliśmy dalej i zajrzeliśmy do Kościoła katolickiego (Tullyallen Mass House) z 1768 roku. Środek był dosyć obszerny, pod trójkątnym dachem zwisały masywne belki, ściany zostały pokryte wapnem, w jednym z końców mieścił się duży kominek, co sugeruje, że w tygodniu miejsce to działało jako szkoła. Z tyłu natomiast swoje małe mieszkalne pomieszczenie miał ksiądz.
Pierwszym katolickim arcybiskupem Nowego Jorku był John Joseph Hughes. Irlandczyk, urodzony w 1797 roku na małej farmie w pobliżu wsi Augher w County Tyrone. Parę lat po urodzeniu mały John wraz z rodziną przeprowadza się do miasteczka Dernaved, w County Monaghan. To właśnie dom, w którym wtedy mieszkali został ponownie wzniesiony w Ulstersko-Amerykańskim Parku. Rodzina Hughes jak wielu innych drobnych rolników z tamtego okresu trudniła się również tkactwem. Duża część gospodarstwa została oddana pod uprawę lnu, gdy przychodziła zima, wtedy mieszkańcy domu zaczynali wytwarzać płótna.
W każdym miasteczku, dużym czy małym, nie może zabraknąć szkoły. UAFP również takową posiada, powstała ona w 1845 roku w Castletown (mówi się, że na miejscu starej szkoły z 1790 roku), została rozebrana i powtórnie wzniesiona już na terenie Parku. Nie jest wielka, prawdę mówiąc jest malutka, bo składa się zaledwie z jednego pomieszczenia. Cały budynek mierzył 10,4m na 6,1m, uczyły się w nim dzieci ze wszystkich wyznań a średnia frekwencja oscylowała w granicach 70 uczniów. Dzieci uczyły się czytać, pisać i wykonywać proste działania arytmetyczne. Klasę zastaliśmy pustą, tylko nauczycielka krzątała się pod tablicą, jakby czekając na uczniów, którzy lada moment powrócą z przerwy. Z przodu, po środku stał kominek, po obu jego stronach, na ścianach widniały mapy, w roku tablica i liczydło a na środku sali rzędy drewnianych ławek oraz stolików.




Pozostawiliśmy za sobą cały,,wiejski” Ulster i pomału zmierzaliśmy w kierunku jak gdyby serca Parku. Pisałem na początku, że historia zawarta w UAFP jest jedyna w swoim rodzaju i to się cały czas sprawdzało, teraz mieliśmy przed sobą innego typu zabudowania, bardziej zwarte, trochę bardziej nowoczesne, ucywilizowane. Weszliśmy do typowego miasteczka, które funkcjonowało w 19 i 20 wieku, znaleźliśmy się na Ulster Street, jedynej w swoim rodzaju ulicy, posiadającej unikalne, odrestaurowane, drewniane, wiktoriańskie fronty sklepowe. Zostały one zebrane z 5 hrabstw: Antrim, Cavan, Fermanagh, Londonderry i Tyrone. Można się było dowiedzieć w jaki sposób funkcjonowało miasteczko, jak wyglądały sklepy, kto w nich sprzedawał a zarazem jaką pełnił rolę w społeczeństwie. Nie dość, że ukazano całość w niezwykle interesujący sposób to jeszcze udało się zatrzymać czas i sposób życia, który obecnie odszedł już praktycznie do lamusa.

Tuż przed wejściem na główną ulicę mamy pocztę. Przeniesiono ją z pobliskiego miasteczka Mountjoy, w którym działała od roku 1861 aż do wczesnych lat 20 wieku. Dalej stoi drukarnia Blaira, otwarta przez księgarza i sprzedawcę artykułów papierniczych RJ Blaira pod koniec 1870 roku. Apteka J.Hill and Co. powstała pomiędzy 1870 a 1885 roku w Strabane i działała aż do 1980 roku. W środku użyto oryginalne wyposażenie i umeblowanie i przywrócono wygląd apteki z 1900 roku. J.Devlin działał kiedyś jako lombard w Glenarm, Co. Armagh i taki właśnie front sklepowy posiadało wiele sklepów Ulsterskich w 19 wieku. J.McMaster z zielonym frontem był swego czasu sklepem z najrozmaitszymi towarami, taki mini-market, choć wcześniej działał jako sklep spożywczy a także w pewnym czasie, jako kuźnia. Ważnym budynkiem jest była tawerna i sklep spożywczy Reilly’s, założony w 1820 roku przez Johna Reilly’ego, kamieniarza z hrabstwa Cavan. Ostatnim właścicielem budynku był pan McCormack, prawnuk J.Reilly, potrafił dostarczyć oryginalne księgo rachunkowe z okresu pomiędzy 1860 a 1900, które obecnie można oglądać w środku sklepu. Oferują niepowtarzalny wgląd w codzienną rutynę sklepu z czasów po Wielkim Głodzie aż do pojawienia się pierwszych samochodów.


Biznes Davida Reynolds’a polegał na produkowaniu lin. Przejął on sklep od Richarda Murray’a, który pracował już w tej profesji w 1830 roku w miejscowości Dungannon. Na przełomie 19 wieku doszło do wspomnianej transakcji i nowy właściciel wytwarzał liny aż do 1870 roku. Owe, oryginalne wyroby oraz urządzenia do ich produkowania możemy dzisiaj zobaczyć w środku sklepu. Przychodnia lekarska pochodzi z Enniskillen, w 1840 roku z wszystkich 11 lekarzy, który byli wówczas w mieście aż 8 praktykowało w tej właśnie przychodni. Budynek ma wygląd typowego, georgiańskiego domu, z dodatkami wiktoriańskimi w oknach i jest typowy dla pomieszczeń, w których praktykowali prawnicy, architekci czy lekarze. Przeszliśmy jeszcze obok sklepu Williama Murraya i stanęliśmy naprzeciwko dużych, brązowych drzwi, nad którymi zwisał metalowy hak a wokół poustawiane były beczki.

Co zastaliśmy za tymi zagadkowymi drzwiami? Jak zareagowaliśmy na napotkaną scenerię? W jaki sposób potoczyła się nasza dalsza podróż? O tym dowiecie się już w kolejnym tekście ;-).







Wiem, co jest za tymi drzwiami, ale i tak z niecierpliwością będę oczekiwać ciągu dalszego Twojej opowieści.
Ja bardzo lubię skanseny [byliście już w Bunratty Castle & Folk Park?], zatem wizytę w UAFP wspominam bardzo sympatycznie. Pogodę miałam lepszą, ale niestety nie widziałam aż tylu mieszkańców. Wykład u pana kowala zaliczyłam, ale np. nauczycielki w ogóle tam nie widziałam.
Polecam też Craggaunowen Project, pewnie by Ci się spodobało. Irish National Heritage Park też nie jest zły. A jeśli chodzi o statki trumny, to Dunbrody jest niezastąpiony.
PS. Świetny pierwszy akapit 🙂
Nie zdradzaj! Może kogoś uda się zaciekawić końcówka tego wpisu 🙂 Nie byliśmy w wymienionych przez Ciebie miejscach ale jeśli są podobne do UAFP to jestem przekonany, że byłoby fajnie. Zresztą nie jestem wybredny, więc przypuszczam, że wszędzie by mi się podobało 🙂 My byliśmy w UAFP dwa razy i za każdym razem spotkaliśmy panią nauczycielkę i szkoda tylko, że w mieście było pustawo. Tak w ogóle to się zastanawialiśmy ilu tam mają mieszkańców/aktorów/pracowników i czy zdarza się, że wszyscy w jednym czasie pracują?
pozdrawiam! 😉
Właśnie! Powiedz jeszcze, że te fotki pochodzą z dwóch wyjazdów odbytych o nieco innych porach roku? 😉 Tak sobie wczoraj oglądałam te zdjęcia i zastanawiałam się, czy nie byłeś tam dwa razy, bo na niektórych zdjęciach drzewa są “łyse”, a na innych bardziej zielone.
Parę razy zdarzało mi się wstawiać zdjęcia danego obiektu sfotografowanego przy kilku różnych okazjach, ale jak dotąd nikt tego nie zauważył. Chyba. A nawet jeśli tak było, to się nie liczy, bo nikt głośno nie wyraził swoich spostrzeżeń 😉
Gdybym chciała zdradzić, to zrobiłabym to wcześniej 🙂
Rozgryzłaś mnie 🙂 Przyznaję bez bicia: pierwszy wyjazd miał miejsce w październiku 2010, natomiast drugi w maju 2011 – siłą rzeczy roślinność troszeczkę się różniła a i nie w tych samych domkach urzędowali mieszkańcy. Ja powiem szczerze, nawet się nie przyglądałem, czy akurat masz fotki z dwóch/kilku różnych wyjazdów 🙂 Nawet jeśli było by to prawdą – a przyznałaś się, że tak właśnie jest – to w ogóle mi to nie przeszkadza 😉
Duże brawa . Wspaniale opisane i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.Zaintrygowały mnie te brązowe drzwi i nie domyślam się co może za nimi się znajdować.Byłam w skansenie w Bunratty , który również zwiedza się jakby było się w tamtych, odległych czasach.Bardzo mi sie tam podobało i myślę , że i to miejsce przypadłoby mi do gustu.
Na razie za 2 dni wyjeżdżamy na parę dni szlakiem polskich pałaców , na południe kraju. Odezwe się po powrocie.
Pozdrawiam
Hej Bawo! Ciąg dalszy z całą pewnością nastąpi, jeszcze nie teraz, ale mam nadzieję, że już niebawem. Bunratty niestety nie zwiedziłem, choć byłem rzut beretem (jadąc na Dingle) – ze zdjęć robi wrażenie, jest monumentalny. Czytałem na temat zamków – inicjatywa świetna, można by było nawet poświęcić temu kilka wpisów, np. ,,Szlakiem polskich zamków”, odpowiednio je grupując, pod kątem historycznym czy architektonicznym.
pozdrawiam!
Bardzo fajna stronka , miło się czyta. Dużo ciekawych info . Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam
Miło czytać, że się podoba. Mam nadzieję nie zawieźć i przedstawiać kolejne, ciekawe miejsca. 🙂
pozdrawiam!
Dobry tekst. Generalnie bardzo ciekawią mnie te czasy i chętnie wybrał bym się do tego miejsca. Kurczę patrząc na same zdjęcia już czuć klimat tamtych miejsc…
Hej Ludwiku!
Czasy zaiste interesujące, miejsca podobne do tego skansenu, również. Sam UAFP stworzony niezwykle pomysłowo – z fajnie wplecioną historią. Na prawdę warto się tam wybrać i zobaczyć jak kiedyś się żyło. Każdemu się spodoba.
pozdrawiam!
Świetne.
W ogóle nie wiedziałem o tym uzależnieniu ludności w Irlandii od jednej uprawy ziemniaka. jak znakomicie to obrazuje niebezpieczeństwo polegania na jednym, czy to pracodawcy, rodzaju dochodu, diecie, sposobie myślenia, rozumieniu świata.
Brzmi to dramatycznie jak podróżowali, ale myślę ze to pragnienie przyczyniło eis do tego ze tak wielu wybitnych Amerykanów ma Irlandzkie korzenie.
Przypomniało mi to trochę historie Andrew Carnegie, Szkota, ale tez emigrującego z powodu biedy i upokorzenia nią spowodowanego.
A tu coś dla was mam:
Ameryka z 1905 roku
Zgadza się – warto mieć różne alternatywy, bo poleganie tylko na jednym, często jest zgubne. Ale nie zawsze się tak da – Irlandczycy z tamtego strasznego okresu wyboru niestety nie mieli. Kiedyś czytałem, że w obecnej Ameryce co czwarty obywatel jest pochodzenia Irlandzkiego 🙂 Za jakiś czas będzie można stwierdzić, że co czwarty mieszkaniec Irlandii ma Polskie pochodzenie 🙂 Dzięki za link.
hehe
niezłe skojarzenie a propos Polaków. Jeśli nie możemy się bić orężem zbrojnym, to wygramy inaczej, czasem jak sam mówisz, trzeba ruszać w świąt i zdobywać swoje tam gdzie grunt zyzniejszy
Ech…
No i Jestem! Napisałeś to samo bardzo ciekawie. Ogólnie, gdy mam gości i jedziemy w jakieś miejsce, wszyscy robimy fotki. Fotem na TV okazuje się jak każdy widzi inaczej to samo miejsce. Zabawa jest przednia. Ćwirek, moim skromnym zdaniem, odwaliłeś kawał dobrej roboty!!!!
Witaj Piotrze!
Wreszcie się ujawniłeś 😉 Jest prawdą, że każdy postrzega inaczej. Dlatego też lubię czytać na blogach o miejscach, w których i ja byłem. A co do wyjazdów grupowych, to pomimo, że generalnie lubię (ogranicza się to głównie do mojej najbliższej rodziny, rzadziej w szerszym gronie) ale są też takie miejsca, w których najlepiej czuję się sam.
pozdrawiam!