WROBELS

Wyspy Aran – kawałek prawdziwej Irlandii

Za każdym razem, kiedy przejeżdżałem przez Connemarę nigdy nie trafiłem w jej południowe rejony. Wyjeżdżając z Galway praktycznie wszyscy wybierają N59, drogę najłatwiejszą, najbardziej popularną oraz pokazującą te piękne tereny w sposób chyba najwłaściwszy. Oczywiście najwłaściwszy jeśli jedzie się samochodem, bo całkiem inaczej odbiera się Connemarę maszerując przez nią pieszo. Tak więc jest droga N59 ale jest również droga R366, ciągnąca się niemal poziomym, kilkudziesięciu kilometrowym  odcinkiem wzdłuż północnego wybrzeża nad zatoką galway’owską.

Aran Islands – miejsce surowe i odludne

N59 przecina Connemarę przez środek, znaleźliśmy się na niej ale chcieliśmy udać się na samiuteńkie południe. W tym celu dotarliśmy do Maam Cross, z którego odchodzi trasa R336. Ta część tej niepowtarzalnej krainy naszpikowana jest niezliczoną ilością jezior, małych i dużych, połączonych pomiędzy sobą małymi rzeczkami, niektóre posiadają wysepki, inne wchodzą w las i tam sobie w spokoju leżakują. Nie ma tu górskich krajobrazów, teren w porównaniu z północą jest raczej płaski i bardzo rozległy. Przestrzenie są spore, słabo zaludnione, jechaliśmy przed siebie i podziwialiśmy. Droga wiła się, wznosiła i opadała, miejscami wyremontowana, także jazda sprawiała nam przyjemność.

Po 21 kilometrach dotarliśmy do Costelloe (Casla w języku gaelickim), w którym można skręcić na południe, bądź jak my, jechać dalej. W momencie wybrania tej pierwszej opcji droga prowadzi wzdłuż bardzo rozczłonkowanych wybrzeży, w tej części jest mnóstwo mniejszych lub większych zatok z Kilkieran Bay i Berthraghboy Bay na czele. Moja kolejna na Connemarze wizyta obejmie właśnie te poszarpane przez naturę tereny. W Rossaveel (z irlandzkiego Ros an Mhíl) byliśmy po około 30 minutowej jeździe. W chwili naszego się tam pojawienia wykiełkował kolejny, wydawać by się mogło troszeczkę szalony pomysł gdyż z nieba lało się cały czas, a sama góra była spowita ciemno-szarymi chmurami na całej powierzchni. Pierwotnie chcieliśmy przenocować w aucie, na którymś z okolicznych parkingów i dopiero rankiem ruszyć w kierunku Aranów. Tak się jednak złożyło, że do wypłynięcia ostatniego promu było mniej więcej 30 minut, więc w mgnieniu chwili wymyśliliśmy, że płyniemy na Wyspy Aran już teraz.

Rejs na Arany

Aran Island Feries

Pamiętam, że w momencie przygotowywania się do odwiedzenia tychże wysp miałem obawy co do promu, który kursuje na Aran Island. Zastanawiałem się jak zdobyć bilet, skąd te stateczki wypływają i co z samochodem? Na miejscu wszystko okazało się dosyć banalne i moje wcześniejsze wątpliwości były niepotrzebne. Postanowiliśmy wjechać na jeden z parkingów, przy którym widniała duża tablica na temat odpływania promów. Jak wspomniałem udało się zdążyć na ostatni tego dnia kurs. Bilety (tam i z powrotem) na jedną osobę do koszt 25 euro, zdecydowaliśmy się na powrót dnia następnego o godzinie 17.  Zostawiliśmy samochód, załadowaliśmy to co było nam niezbędne i z bilecikami w rękach pomaszerowaliśmy w kierunku zacumowanego nieopodal promu. Nie miałem wcześniej wyobrażenia jak taki środek transportu prezentuje się od środka. Po wejściu na pokład od razu rzuciła się w oczy wielka liczba foteli przeznaczonych dla pasażerów, zajmowały one większość miejsca na pokładzie i były bardzo podobne do tych jakie posiadają autobusy (PKS w Polsce czy Bus Eireann w Irlandii). Jeszcze większym zdziwieniem dla nas był fakt, że te wszystkie siedzenia prawie w całości zostały zajęte! Niby promy pasażerskie są stworzone dla ludzi ale myśleliśmy, że akurat w tak deszczowy dzień, oprócz nas, zakręconych wariatów łaknących przygody i zobaczenia nowych miejsc, nie będzie zbyt wielu innych podróżnych.

Prom od środka

Płynęliśmy 50 minut, czasami bujało aczkolwiek nie było to jakość szczególnie uciążliwe. Uświadomiłem sobie wówczas, że pierwszy raz w życiu płynę gdzieś statkiem, że nigdy wcześniej nie było mi to dane. Spoglądałem a to za okno na tańczące po oceanie fale, na deszcz uderzający w okna, na ludzi siedzących spokojnie na swoich miejscówkach. Grupka przyjaciół siedzących tuż przed nami gawędziła i grała w karty, inni spali a jeszcze inni słuchali muzyki bądź czytali książki. Ogólnie większość wydawała mi się zmęczona, być może ta niekorzystna aura miała na to wpływ, a może po prostu był to któryś z kolei kurs i ludzie odczuwali monotonność, coś na kształt codziennego jeżdżenia autobusem, czy to do pracy czy do szkoły. Po mojej głowie chodziły myśli jak i gdzie będziemy tej nocy spali? Nie wiedziałem wówczas, że nocleg zapadnie mi aż tak głęboko w pamięci, że będzie on tak spektakularny i nie łatwy…

Mokre powitanie arańskiej rzeczywistości

Arany (irl. Oileáin Árann) to 3 wyspy: Inishmore (Inis Mór), Inishmaan (Inis Meáin) oraz Inisheer (Inis Oírr lub Inis Oirtheach . Największa z nich to ta pierwsza i tam z reguły udają się wszyscy turyści. My również na nią popłynęliśmy, jest największa i na niej znajdują się najważniejsze rzeczy do zobaczenia. Główną osadą na Inishmore jest Kilronan (Cill Rónáin), maleńka (choć i tak największa na wyspie) mieścinka z ponad 250 mieszkańcami, do której dopływają promy. Jest w niej między innymi hotel, parę pubów, wypożyczalnie rowerów, nie duży port, sklepy z pamiątkami, Spar oraz domy ludzi tam mieszkających na co dzień.

Port w Kilronan, Inishmore, Aran Islands

Dopłynęliśmy na miejsce coś w okolicach godziny 19, wyszliśmy na ląd, załadowaliśmy plecaki na grzbiet i zaczęliśmy maszerować. Deszcz przestał padać a zaczął lać, w dodatku pojawił się wiatr, który nie ułatwiał wędrówki. A wędrowaliśmy tylko my, inni albo wsiedli do czekających na nich samochodów, niektórzy skorzystali z busików a reszta rozpierzchła się gdzieś do okolicznych budynków. Pomału zaczęło się ściemniać, więc chcieliśmy jak najprędzej znaleźć sprzyjające miejsce na nocleg. Prawdę mówiąc normalni wybrali by pewnie wygodniejszą wersję na przenocowanie, w okolicy B&B nie brakowało ale my nie byliśmy normalnymi turystami, my chcieliśmy namiastki surwiwalu. Szliśmy przed siebie nie mając pojęcia dokąd idziemy, chcieliśmy znaleźć się w miejscu, w którym nikogo by nie było, gdzie nie stał by żaden dom, tak aby nikt się nie przyczepił, że akurat u niego władowaliśmy się z namiotem. Wędrówka się przeciągała, jak się okazało dreptaliśmy po głównej drodze na Inishmore, przeszliśmy około 6 kilometrów, mokrzy jak szczury, przewiani wiatrem z każdej możliwej strony, cały czas przed siebie. W pewnym momencie dotarliśmy do miejsca, w którym skręciliśmy w lewo, weszliśmy w wąską dróżkę, po obu stronach wzdłuż ciągnęły się kamienne murki, podejście było lekko pod górkę ale byliśmy już troszeczkę zdesperowani więc na gwałt chcieliśmy gdzieś zakotwiczyć. Ominęliśmy starą latarnię wraz z przyległymi do niej ruinami jakiegoś zamku i poszliśmy dalej.  Poprzez nieustannie lejący się z nieba deszcz oraz coraz większy zmrok widoczność była zaledwie na parę metrów więc nie było już sensu łazić. Wielkiego pola manewru nie mieliśmy, także przeskoczyliśmy jeden z kamiennych murków, przebrnęliśmy przez rosnące wzdłuż tego murku zarośla i rozpoczęliśmy lokalizację miejscówki na namiot. O ulewie nie było co już myśleć i nią się przejmować, nie było by za wielkiej różnicy gdybyśmy się wpakowali w ubraniach do jeziora – efekt zapewne byłby identyczny. Wylądowaliśmy na jakimś pastwisku i przystanęliśmy przy fragmencie murka z kamieni, wyobrażając sobie, że ta niby kamienna osłona uratuje nas od wiatru…

W hotelu 5 gwiazdkowym 🙂

Rozkładanie namiotu okazało się sporym wyzwaniem. Pewne w 100% jest, że jedna osoba nie dałaby sobie z tym rady. Po dłuższej chwili jakoś się udało, choć śledzi nie sposób było wbić w niezwykle twardą, skalistą ziemię i trzeba było je przywalić kamieniami. Około 20:30 siedzieliśmy już w naszym małym, namiotowym pokoiku. Czekała nas dłuuuuga noc. Istna wichura szarpała namiotem we wszystkie strony i tylko się modliliśmy aby cała ta konstrukcja wytrzymała. Ściany namiotu robiły się mokre, mój śpiwór niestety również do suchych nie należał i generalnie komfort był raczej niskich lotów. Zaśnięcie w tak ekstremalnych warunkach było sztuką, marzyło mi się aby już był ranek, krew mroziła mi się w żyłach na myśl, że czeka nas 10 godzin snu (?) niemalże w bezruchu. Udało się jednak. Pierwsze przebudzenie nastąpiło około godziny 23, załamałem się wówczas, że minęło tak mało czasu, że to dopiero początek. Deszcz nie ustawał, wiatr w dalszym ciągu próbował zmieść nasz namiocik ale nie było wyjścia, trzeba było to przeczekać. Kolejna przerwa miała miejsce w środku nocy a zakończenie tego niezapomnianego snu przypadło na godzinę 7 rano. Pogoda się uspokoiła i to zdawało się być najważniejsze…

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

8 komentarzyZostaw komentarz

  • Ha! Chciałeś survivalowych przeżyć, to je dostałeś. Z której strony by nie patrzeć: hardcore 😉 Przynajmniej dla mnie, bo ja troszkę wygodna jestem i chyba szukałabym B&B, aby ogrzać się w cieple kominka, przy zapachu torfu, a przy okazji podyskutować z mieszkańcami Inishmore.

    Z tego co pamiętam, to tylko raz w życiu zmokłam tak naprawdę porządnie. Właśnie tu w Irlandii [co prawda Północnej, ale to szczegół]. Nie było na mnie ani centymetra suchego skrawka. A stało się to parę lat temu w czasie zwiedzania Carrick-a-rede. Na szczęście w bagażniku auta mieliśmy rzeczy na zmianę.

    A właśnie, parking na którym zostawiliście samochód przed załadowaniem się na prom, był strzeżony?

    I jeszcze jedno pytanie na koniec. Kim byli według Ciebie pasażerowie promu? Większość z nich stanowili turyści czy mieszkańcy wyspy?

  • Witka!

    Dokładnie, surwiwalik delikatny nam się przytrafił ale było ciekawie i emocjonująco. Oczywiście mogliśmy się zdecydować na B&B, nawet sobie wymyśliliśmy jeszcze przed przypłynięciem na Arany, że w razie niekorzystnej aury, skorzystamy z ciepłego i przytulnego spanka. Stało się jednak inaczej, przeżyliśmy hardcorową nockę i w pewnym sensie sprawdziliśmy się z siłą natury. Nie polegliśmy, hehe 🙂

    Parking, na którym zostawiliśmy auto miał budkę strażniczą, w momencie, gdy kupowaliśmy bilet strażnik był. Czy był tam również całą noc? Nie wiem, na pewno był dnia następnego, jak kasował nas 5 euro. Zostawiali tam wszyscy swoje samochody, którzy kupowali bilety na prom z firmy ARAN ISLAND FERIES i wydaje mi się, że tylko uczestnicy tego rejsu mogli tam sobie wjechać.

    Pasażerowie, którzy wraz z nami płynęli to byli i turyści ale i miejscowi. Niektórzy mieli ze sobą jakieś skrzynki, kartony z jedzeniem, z owocami, warzywami. Wymyśliłem sobie, że być może są to dostawcy do sklepików, albo właściciele, którzy wieźli towar? Albo ludzie, którzy wracali z zakupami do domu. Pewnie część wracała na Inishmore z pracy gdzieś na lądzie. Na 100% nie byli to tylko turyści.

    Pozdrówka! 🙂

  • Witaj!

    Jak żeś się tam uchował aż tyle czasu? 🙂 Czyli musisz pracować gdzieś w gastronomii, no chyba że pracujesz w Galway a mieszkasz sobie na Aranach 🙂

    Fajne zdiątka.

    pozdrawiam!

  • Witaj!

    Jeśli jeszcze nie miałeś okazji zobaczyć Zielonej Wyspy to czas najwyższy to zmienić! Zapewniam Cię, że na prawdę warto i na 100% nie pożałujesz. Irlandia jest piękna i ma w sobie coś magicznego. Mam nadzieję, że przybliżyłem Ci ją troszkę w opisywanych wyprawach, tutaj na blogu.

    pozdrawiam i zapraszam do odwiedzania!

  • Czy będzie więcej? Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tam wrócę 🙂 To co wydarzyło się w 2010 roku jest już na tym blogu udokumentowane. Pozdrawiam!

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *