WROBELS

Przejechać przez Connemarę…

To miała być esencja naszych majowych wojaży po ciekawych miejscach Irlandii. Plany i pomysły, które narodziły się w mojej głowie i które zakładały, że odwiedzimy parę miejsc, ustawiały Connemarę na 1 miejscu, jako główny gwóźdź wycieczkowego programu.

Nasz romans z nastrojową Connemarą zaczął się 2 lata wcześniej. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia i wiedziałem, że będą tam powracał jak najczęściej będzie to tylko możliwe. I że zabiorę tam każdego, kto ma ochotę na spotkanie z niemal nieokiełznaną dzikością, na niezapomniane pejzaże, na ucieczkę od otaczającej codzienności. Jak by na to nie patrzeć, wyjazd na Klify Moheru okazał się nie udany. W Galway było już o niebo lepiej ale tak naprawdę Connemara miała sprawić, że nasza podróż nabierze odpowiednich barw, że nasze zmysły napełnią się pięknem tej krainy. Gdy już się tam ktoś znajdzie nie ma takiej mocy aby przejechać obojętnie i bez żadnych emocji. Moja strona emocjonalna była niemalże tak samo wysoka jak w 2007 roku. Od strony Galway wjechać w Connemarę można na dwa sposoby. Pierwszy to północne wybrzeże Zatoki Galway/bądź też południowa granica Connemary i niemal 30 kilometrowy, monotonnie prosty odcinek, biegnący na zachód od Galway, w stronę sprzyjającej kąpielą piaszczystej plaży kurortu Spiddal. Druga możliwość to przejazd przez góry, drogą N59, przeszywającą Connemarę przez środek i oferującą malownicze, górskie pejzaże – masywu Twelve Bens i gór Maumturks.

Kawałek tajemniczości...
Kawałek tajemniczości…

Wybraliśmy tę drugą możliwość, znałem tę trasę, była w miarę szybka i oferowała bardzo ładne widoki. Jedynym zmartwieniem mogła być pogoda, która chwiała się delikatnie oferując co chwilę deszcz oraz wiatr. W porównaniu z rokiem 2007, gdzie słoneczko przyjemnie grzało, zieleń wokół była nasycona światłem a błękit jezior kusił i cieszył oczy swoim widokiem. Tym razem niebo spowiły deszczowe chmury i krajobraz był jakby uśpiony, lekko tajemniczy, mniej korzystny dla obiektywów aparatów fotograficznych. Nie oznacza to jednak, że przejechaliśmy niezauważalnie, zatrzymaliśmy się parokrotnie aby podziwiać, poczuć, uszczknąć na swój sposób dzikość tej krainy. Mineliśmy Oughterard, Maam Cross, Recess, Derrylea i dojechaliśmy do Clifden.

Clifden Bay
Clifden Bay

Clifden to jedyne miasto Connemary, nie jest duże, znajdują się tam trzy główne ulice formujące trójkąt, mnóstwo pubów i sklepików. A także B&B (Bed and Breakfast), które są na każdym kroku, wszakże Clifden to kurort często odwiedzany przez turystów, więc miejsca noclegowe są jak najbardziej wskazane. Nad miastem górują dwa, 19-wieczne Kościoły: Św.Józefa (St. Joseph’s Chuch) i Chrystusa Pana (Christ Chuch). Pierwszy wybudowany został w 1879 roku za pieniądze ludzi, którzy zmuszeni byli na emigrację podczas Klęski Wielkiego Głodu, drugi z kolei wzniesiony został w 1853 roku, posiada wieżę, z której roztacza się wspaniały widok na Clifden.

Clifden Castle
Clifden Castle

Byliśmy na miejscu stosunkowo późno, z Galway wyjechaliśmy około 16, w międzyczasie zatrzymując się kilka razy i w Clifden zameldowaliśmy się około 18. I gdzie się skierowaliśmy? Odpuściliśmy na razie miasto i pojechaliśmy nad małą przystań, która mieściła się w Zatoce Clifden (Clifden Bay). Tam krótkie przygotowanie się i po paru minutach wyjście wzdłuż Zatoki w kierunku Clifden Castle. Mały zameczek odkryliśmy z Eweliną w 2007 roku, stoi on paręset metrów od Oceanu, wciśnięty w zielone łąki i ogrodzony siatką. Aby dostać się do ruin tego zamku trzeba wejść na jedno z prywatnych pastwisk, mieliśmy szczęście, że akurat nie hasały tam byki, bo ślady na podmokłym terenie były bardzo dobrze widoczne. Spenetrowaliśmy wnętrze zamku, zrobiliśmy parę fotek i wróciliśmy do samochodu. Dzień zbliżał się ku końcowi, a że wcześniej nie udało nam się nic konkretnego zjeść, to też należało to bezzwłocznie nadrobić. Podjechaliśmy do Centrum i postanowiliśmy posilić się w knajpce, którą bardzo dobrze znałem z ostatniej wizyty w Clifden.

Clifden Castle od środka
Clifden Castle od środka

Krótkie zastanowienie się co zjeść i po paru chwilach delektowaliśmy się pizzą w towarzystwie zimnego Guinnessa. Nie wiem dlaczego ale gdy mam jakiś kulinarny wybór, to przeważnie staje na pizzy… Pomimo, że była sobota i to w dodatku wieczór, to jednak miasteczko nie sprawiało wrażenia kurortu. Ludzi nie wielu, zarówno na ulicach jak i w pubach (przynajmniej w naszym)… O godzinie 20 długi dzień praktycznie dobiegł końca. Nie zdecydowaliśmy się na B&B i przenocowaliśmy w samochodzie, w ciągu innych zaparkowanych samochodów…

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *