W momencie obudzenia się dnia następnego przeżyłem niemały szok… Deszcz atakował wściekle ze wszystkich stron, było szaro, pochmurnie, wietrznie, bez żadnych objawów na poprawę pogody. Przyznam szczerze, że przez głowę przewijały się myśli aby wrócić do Longford. Na szczęście tego nie uczyniliśmy…

Plan był taki aby wejść do ,,Connemara National Park’’, następnie poprzez północną cześć Connemary, w towarzystwie oszałamiających masywów górskich Twelve Bens i Maumturk, dolin, rzek i torfowisk udać się do małej miejscowości Cong, a konkretnie do Ashford Castle. Clifden opuściliśmy w deszczu, realizując wcześniej wymyślony plan. Delikatnie przytłumieni aurą najpierw zatrzymaliśmy się na trasie, nieopodal jednego z torfowisk a następnie przejechawszy kilka kilometrów zrobiliśmy sobie krótki postój w Letterfrack.

W małej zatoczce przycumowany jest wrak kutra rybackiego, udaliśmy się na jego pokład i porobiliśmy trochę fotek. Statek z zewnątrz zaatakowany został przez glony, w środku przez rdzę, a krwisty kolor, który kiedyś rzucał się pewnie w oczy, dzisiaj jest już tylko wspomnieniem. W Letterfrack z głównej drogi zjeżdża się do Parku Connemara i prawdę mówiąc, w ostatnim momencie zdecydowaliśmy się tam pojechać. Pogoda dalej nie zachęcała do wędrówek, ale postanowiliśmy spróbować, a nuż się coś poprawi (w co bardzo mocno wierzyliśmy)? Oprócz nas na parkingu było zaparkowanych parę samochodów, każdy ochoczo ruszał do Parku, więc nie mogliśmy być gorsi. Sprzęt fotograficzny w plecaki, wygodne obuwie na stopy, odzież przeciwdeszczowa na grzbiety i do przodu marsz! Connemara National Park był jednym z głównych celów naszej wycieczki, pamiętając 2007 rok i nasz niesamowity zachwyt Parkiem, koniecznie i bezwarunkowo musieliśmy go teraz zwiedzić. Wchodząc w górę przypominałem sobie miejsca i momenty sprzed prawie 2 lat.

Zachwycałem się zarówno wtedy, jak i teraz, podziwiałem i napawałem się otaczającą przyrodą równie intensywnie. Charakterystyczną rzeczą w CNP jest styczność z górskimi, dziko pasącymi się owcami. Idąc szlakiem natknęliśmy się na taką rodzinkę owiec. W odległości paru metrów, prawie na wyciągnięcie dłoni patrzyły na nas wzrokiem zarówno wystraszonym jak i zaciekawionym. Dla nas był to bardzo miły moment ale wyobrażam sobie jaką frajdę miałyby dzieci, spotykając te urocze owieczki.
Obserwowaliśmy niebo, staraliśmy się odnaleźć nadzieję na poprawę niekorzystnej dotychczas aury. Nadzieja objawiała się w niebieskich skrawkach nieba, raz po raz wyłaniających się z grubego płaszcza deszczowych chmur. Słońce było potrzebne, jeśli marzyliśmy o zadowalających nas fotografiach. Fotki, oprócz ogólnej wędrówki i podziwiania były dla nas głównym celem i bardzo nam zależało na tym aby uchwycić właściwe momenty i móc się nimi później pochwalić, i móc do nich z chęcią powracać.

Podjęliśmy decyzję, że przejdziemy szlak w całości i będąc już setki metrów z przodu zaczęły się dziać rzeczy dla nas piękne, od rana z utęsknieniem oczekiwane. Pojawił się błękit nieba, promienie słoneczne przebijały się przez chmury, nie padało, a kolory wołały nas i zachęcały do uwieczniania dzikiej flory i fauny. Nie czekaliśmy na nic i zabraliśmy się za fotografię. Co paręnaście, parędziesiąt metrów postój, wyciąganie i ustawianie sprzętu i próba uchwycenia jak najlepszego momentu. Byliśmy szczęśliwi, rozentuzjazmowani i pełni energii. Ja się radowałem ale ważniejsza była radość Daniela, Park spełniał moje oczekiwania i budził Danielowi podziw oraz zadowolenie. Robiliśmy fotki, mój towarzysz podróży zdradzał rąbki tajemnicy z tej dziedziny i wspinaliśmy się na Benbaun. Widoki nas zabijały… Z jednej strony oceaniczna zatoka Ballynakill Bay i panorama Parku a z drugiej monumentalne i świetnie oświetlone szczyty masywu Tvelwe Pins. Wdrapaliśmy się na sam wierzchołek, dodaliśmy kolejne kamyczki na wcześniej usypany kopczyk, zrobiliśmy panoramy i zaczęliśmy schodzić w dół.
Plulibyśmy sobie w twarz, gdybyśmy tego przedpołudnia nie weszli na teren Parku. Zaryzykowaliśmy i w pełni się opłaciło. Park popieścił nasze zmysły i poczęstował nas wszystkim tym, co ma w sobie najlepsze, czyli zapierającymi dech w piersiach widokami, bujną roślinnością w dolnej partii i surowością góry Benbaun, dzikimi zwierzętami, torfowiskami, mokradłami, strumykami. Warto było. Opuściliśmy Connemara National Park i ruszyliśmy dalej na wschód, do Cong, do Ashford Castle.
Fotorelacja:








