Stała się rzecz niesamowita, wiekopomna i niezapomniana! Kolejny raz Adam Małysz udowodnił jak wielkim jest mistrzem, dominatorem i legendą skoków. Pisałem niedawno o medalowych szansach Małysza i wyszło mi, że takowe jak najbardziej są.
Co prawda rywale mocni i co najmniej 10 z nich z chrapką na olimpijski medal ale wierzyłem w geniusz i doświadczenie naszego skoczka. Delikatnie, nie głośno ale wierzyłem… I co? I się udało! Udało się w 90 procentach, nie było spełnienia całkowitego, bo jednak krążek ze złotego krużcu znów się wymknął, kolejny raz powędrował w ręce tego niesamowitego Harrego Pottera Ammanna ale srebro też jest bardzo ważne, dające porównywalną radość. Adam odwalił kawał naprawdę dobrej roboty, jednak mimo tego da się słyszeć głosy minimalnego rozczarowania. Oczywiście trochę żal, że nie ma złota, bo przecież każdy w nie celuje i każdy o nim marzy, jednak biorąc pod uwagę niedawną dyspozycję naszego mistrza, te wszystkie ostatnie lata, w których forma nie była najwyższych lotów, srebrny medal smakuje i cieszy niezmiernie. Adam, w przeciwieństwie do choćby Shlierenzauera się nie spalił, choć młody Austriak i tak dokonał dużej sprawy awansując z 7 miejsca po pierwszej serii, na podium. Wyszło doświadczenie, utrzymanie nerwów na wodzy i ogromna chęć tryumfu. Pomieszane z talentem i lekką nutką szczęścia dało medal.
Po raz kolejny Adam Małysz wszedł na szczyt, znów udowodnił, ze jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Wisienką na torcie będzie olimpijskie złoto, jedyna rzecz, której nie udało się jeszcze wywalczyć. Biorąc pod uwagę, że są to prawdopodobnie ostatnie Igrzyska Adama w karierze, szansa zostaje już tylko jedna. 20 lutego wszyscy będziemy trzymać kciuki i z wypiekami na twarzy oglądać kolejny konkurs. Skoro udało się na normalnej to dlaczego miałoby się nie udać na dużej? Wierzę z całego serca, że się uda. A wiara czyni cuda, nieprawdaż? 😉