Wjeżdżając na słynną Pętlę Kerry od strony Killorglin nie mieliśmy sprecyzowanych planów gdzie jechać i co oglądać (no może oprócz tego, że na 100% znajdziemy się w Parku Narodowym Killarney). Pomysł był taki, ażeby po prostu przejechać ten 180 kilometrowy odcinek, a gdybyśmy na naszej trasie zobaczyli coś godnego zainteresowania, to bezzwłocznie byśmy się tam udali i ocenili tą konkretną miejscówkę. Oczywiście cały czas przemieszczając się i obserwując wszystkie te krajobrazowe wspaniałości, które oferuje Półwysep Iveragh.
Z Killorglin, niewielkiego miasteczka, słynącego głównie z Puck Fair Festival, wyjechaliśmy po południu, w okolicach godziny 13. Najważniejszą drogą regionu (N70), wzdłuż Zatoki Dingle, toczyliśmy się nieprędko zerkając na lewo i prawo oraz zatrzymując się w co ciekawszych miejscach. Na początku były to wody Dingle Bay, następnie zatrzymał nas wysoki most i przejeżdżające pod nim pojazdy a na koniec podziwialiśmy cudowne, zielone wzgórza, całkiem obficie oświetlane tego dnia przez promienie słońca. Po 60 minutach zerknęliśmy na mapę i zobaczyliśmy 3 interesujące obiekty, które może warto byłoby poznać. Jednym z nich był zamek i to właśnie tam zamierzaliśmy się jak najprędzej dostać.
Cahirsiveen, około 40 kilometrów od Killorglin, ugościło nas tylko na chwilkę. W niewielkim miasteczku położonym przy głównej drodze Pętli Kerry zatrzymaliśmy się w celu zlokalizowania zamku. Nie udało się, choć to właśnie w tej mieścince należało skręcić aby do niego dojechać. W Cahirsiveen tuż nad rzeką Fertha jest jedna z najważniejszych atrakcji miasteczka – ,,The Barracks” czyli koszary policji irlandzkiej z czasów brytyjskiej okupacji. Należy je ominąć, dalej na końcu mostu skręca się w lewo i korzystając z drogowskazów po 2 milach, wąskimi dróżkami, dojeżdża do celu.

Ballycarberry Castle prezentował się okazale stojąc na delikatnej górce, nie mając wokół siebie nic, oprócz wielkich połaci soczystej trawy. Zamczysko pokiereszowane przez czas robiło wrażenie przykuwało uwagę i tylko czekało aby do niego zajrzeć. Nie zamierzaliśmy stać bezczynnie, uporaliśmy się z chaszczami, płotem i zaczęliśmy wędrówkę.
Uroku całości dodawał bluszcz, który upodobał sobie jedną ze ścian Ballycarbery Castle. Szczególnie z daleka zamek robił wrażenie i jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, dopiero patrząc na niego z odległości, mogliśmy poczuć się bezpiecznie. I to już nie chodzi o łażenie po zawalonych komnatach czy stromych, sypiących się schodach , bo to samo w sobie naraża na niebezpieczeństwo ale o niezliczoną ilość pszczół i bąków grasujących przy wspomnianym bluszczu. Jak to często bywa, z daleka coś może zachwycać ale po podejściu bliżej odkrywa się różne tajemnice. Tak samo było w tym przypadku. Tajemnicą wydaje się być również historia tego miejsca, choć tylko do momentu, w którym stajemy przy informacyjnej tablicy – tablicy z grubsza opisującej co się tam kiedyś działo i jak zamek wyglądał. A więc:

Półwysep Iveragh pomiędzy 6 a 12 wiekiem był kontrolowany przez potężny klan Corca Dhuibbne i to właśnie ziemie w Ballycarbery stanowiły centrum tej społeczności. Pierwsze posiadłości, które stanęły w miejscu obecnego zamku datowane są na 1398 rok – dowiadujemy się o tym z kronik opisujących śmierć Taghda Mac Carthaigha. Zamek, którego pozostałości dotrwały do dzisiejszych czasów, został wzniesiony w 16 wieku – mówi o tym dokument z 1569 roku. Wedle tradycji budowniczym zamku obwołuje się wodza klanu O’Shea, niejakiego Carbery O’Shea ale z innych źródeł dowiadujemy się, że jest on mocniej powiązany z klanem Mac Carthy.
Na początku 14 wieku klan Mac Carthy został wypędzony z Killarney i przeniósł swoje włości na Półwysep Iveragh. Donal Mc Carthy Mor przebudował istniejące w Ballycarbery posiadłości i postawił tam, dla swojego syna Taighda Mac Carthaiga, zamek. W 1565 roku Daniel obiecał lojalność wobec królowej Anglii, która w zamian dała mu tytuł Earla Clancare. Po śmierci Daniela Mc Carthiego w 1596 roku zamek przechodzi w ręce Sir Valentine’a Browne. W latach 1651-52 większość ścian działowych zostało zniszczonych przez generała Ludlowa z Armii Cromwella. W 18 wieku wybudowano tam duży dom, w którym mieszkała rodzina Lauder – wiadomo o tym między innymi z dwóch akwareli Daniela Grose’a. Dom rozebrano na początku 20 wieku. Dzisiaj Ballycarbery Castle stanowi świetny przykład dni chwały potężnych, irlandzkich klanów O’Sheas, Mac Carthy More’s i O’Connels.
Zamek otoczony był wysokim murem o długości 35 metrów (wschód-zachód) i szerokości 31,6 metrów (północ-południe), którego do dziś została już mniej niż połowa. Do głównej bryły, o wymiarach 25,5M x 12,9m, w północno-wschodnim narożniku przyłączona została wieża. Główne wejście do zamku ulokowane było na parterze, od strony północnej ściany.




Parter budynku podzielono na 3 poprzecznie umieszczone komory o średnich wymiarach 7,15m x 4,95m. Pierwsze piętro również składało się z trzech pomieszczeń, podczas gdy piętro drugie posiadało komory dwie – jedna większa i druga mniejsza. Na górę szło się dostać na dwa sposoby: klatką schodową wychodzącą z jednego, z pomieszczeń parterowych oraz kolejnymi schodami, idącymi po zewnętrznej stronie komory.
Wśród okolicznych mieszkańców Ballycarbery Castle zwany jest jako Zamek nad Wodą. Jest w tym szczypta prawdy, gdyż bardzo blisko znajdują się wody Zatoki Valentia. Bywa, że jest przypływ i wtedy woda podchodzi bardzo blisko zamku, nie wiem czy to jest przyczyną ale ziemie wokół są niesamowicie podmokłe. Generalnie trawa w Irlandii jest bujna, soczysta i miękka ale w tamtym konkretnym miejscu było to jakby podwojone. Nie mieliśmy z tym żadnego problemu i przemierzaliśmy przez zamkowy teren dziarsko, chętnie, z ciekawością ale przy okazji uważnie. Jak wspominałem, większość pomieszczeń, ścian i dachów jest rozwalonych. Dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się w jednej z klatek schodowych, w której zrobiliśmy sobie małą sesję zdjęciową oraz schodziliśmy ją na całej długości, od góry aż na sam dół. Tylko w jednej z dolnych komór zachowało się sklepienie, całe pomieszczenie było zamknięte i nie miało jakiś drastycznych uszkodzeń. To właśnie stamtąd, w górę wychodziły schody, te same, w których spędziliśmy blisko pół godziny.
Na najwyższe kondygnacje nie sposób było się dostać. Wejście na północno-wschodnią wieżę wiązało się ze zbyt dużym ryzykiem, wiele ścian było rozwalonych, dużo wejść pozasypywanych i nie było sensu ładować się we wszystkie dziury. Cały czas mieliśmy przed sobą całą Petlę Kerry i nie mądrze byłoby się połamać już przy pierwszej lepszej okazji. W związku z tym wchodziliśmy tylko tam, gdzie szło wchodzić i skąd szło następnie wychodzić. Oczywiście co fajniejsze rzeczy uwieczniliśmy aparatem, bo wizyta bez tak ważnego atrybutu podróży w tak interesujących miejscach, byłaby nie do zaakceptowania.
Zamek Ballycarbery uważany jest za najpiękniejszy i najbardziej okazały na całym Półwyspie Iveragh. Trudno się z takimi opiniami nie zgadzać. Pomimo, że w dużym stopniu się rozpadł, to jednak dalej cieszy oko i porusza zmysły. W czasach swojej świetności musiał być na prawdę ładny, stał sobie dumnie na górce i pełen godności spoglądał na okolicę. Nam pozostają dziś tylko karty historii i wyobraźnia, która przydaje się bardzo, w tego typu starych miejscach.



Ale mi się sentymentalnie zrobiło po obejrzeniu tych fotek! 🙂 Ciekawa jestem, czy w tym roku uda mi się wrócić do Kerry. Byłoby bosko.
A ja się nie zgadzam z opinią, że to najładniejszy zamek na Półwyspie Iveragh, ale o tym poczytasz kiedyś w moim poście 😉 Napisałam go już dawno temu, ale na razie nie publikuję, bo zdjęcia mam kiepskie.
Widzę, że mieliście ładniejszą pogodą. A był przypływ? Mnie od jakiegoś czasu prześladuje pech i zawsze trafiam na odpływ, a to niestety ujmuje nieco urody danej atrakcji.
Nas czas nie gonił, więc zwiedziliśmy też baraki w Cahersiveen, gdzie była całkiem sympatyczna babcia i zero innych turystów.
Trzymaj się ciepło 🙂
Cieszę się, że przyczyniłem się do poprawienia Twojego samopoczucia 🙂 Ja również bardzo chętnie pojechał bym do Dingle i Iveragh i mam wielką nadzieję, że jakieś parę dzionków zostanie na to wygospodarowanych. W poprzednim roku się nie udało, niestety aura pokrzyżowała plany i pomysłu urlopowe trzeba było pozmieniać.
Być może napisałem to trochę na wyrost, że jest to zamek najpiękniejszy, bo prawdę mówiąc żadnego innego na Iveragh nie widziałem. A nie, przepraszam – bardzo okazały jest Ross Castle i rzeczywiście chyba on powinien dzierżyć palmę pierwszeństwa 🙂
Pięknie zachowane i w dużej części odrestaurowane są ruiny w Parku Killarney ale to nie zamek a opactwo. Nic, pozostaje mi czekać na Twój wpis 🙂
Pogoda rzeczywiście była wtedy przednia, ładne słoneczko i ciepło. A przypływu wtedy nie było, więc nie uświadczyłem na własne oczy ,,Zamku na wodzie”.
baraki w Cahersiveen urocze. Patrząc na nie miałem tylko jedno skojarzenie. Dla mnie budynek ten żywcem wyrwany był z jakiejś bawarskiej scenerii albo z filmów Disneya 🙂
pozdrowionka! 😉
Tych licznych zamków w Irlandii to ja Wam strasznie zazdroszczę. Szkoda tylko, że stoi tak i marnieje, nikt o niego nie zadba zaliczając do dziedzictwa narodowego. Może właśnie dlatego jest taki wyjątkowy?
Rzeczywiście coś w tym musi być, że zamki pozostawione same sobie mają tę specyficzną aurę, jakąś taką nutkę tajemniczości. A że marnieją? Spokojnie, przestały przez kilkaset lat to jeszcze trochę postoją i pewnie za naszego życia nie znikną. Taki na przykład Zamek Króla Jana w Limerick, choć piękny i wielki to przez wprowadzenie rozmaitych udogodnień i unowocześnień troszeczkę traci. Ale tylko troszeczkę 😉
pozdrawiam!
No właśnie. Dobrą kwestię poruszyłeś Ćwirku. Czasami takie renowacje są profanacją. Pamiętam jak odkrywali podziemia w Krakowie, świetnie to wyglądało. To, co potem z tymi podziemiami zrobili zakrawa o pomstę do nieba, więc może faktycznie czasami lepiej zostawić niż psuć atmosferę, podniosłość danego miejsca? I ja pozdrawiam ciepło.