Zakończyłem poprzednią notkę z nadzieją, że londyńsko-barcelońska potyczka pozytywnie mnie zaskoczy, że zaserwuje mi danie nasiąknięte piłkarskim kunsztem, porywającymi akcjami i golami, najlepiej dla jednej jak i dla drugiej drużyny.
Arsenal Londyn, który swój styl gry, wydawać by się mogło wzoruje na Barcelonie, w moim odczuciu miał być co najmniej równorzędnym rywalem dla Hiszpanów. W końcu równie dobrze Kanonierzy radzą sobie z piłką przy nodze, podobnie jak Barca kochają podawać i wybierać rozwiązanie niekonwencjonalne. Tak to sobie wyobraziłem i między innymi dlatego sądziłem, że widowisko mnie zaintryguje. Jak wyszło, widzieliśmy. Powiem szczerze, że nie nakreśliłbym scenariuszu pierwszej połowy… Zresztą mało kto by go chyba przewidział. Pisałem wcześniej parokrotnie, że coś się z Barcą dzieje, owszem wygrywa ale te zwycięstwa bywają czasami mało przekonywujące. Początek środowego spotkania sprawił, że te moje sądy trzeba by było włożyć gdzieś głęboko między bajki.
To co pokazała Barcelona to było coś nie do podrobienia. Niczym walec drogowy przejechała się po gospodarzach, tyle że Arsenal jakimś cudem przeżył. Wybronił się z tego natarcia praktycznie bez szwanku, co dało im nadzieję na korzystny wynik w dalszej części. Bo gdyby nie Manuel Almunia to z czystym sumieniem można by było stwierdzić, że mecz zakończył się już po 45 minutach. Gigantyczna przewaga w posiadaniu piłki, praktycznie cały czas na połówce Arsenalu i raz za razem strzał w kierunku bramki. Po 12 minutach tych uderzeń było już bodajże 9 i tylko cudem żadne nie zakończyło się golem. Oprócz tego frontalnego ataku, wyróżniłbym jeszcze jedną rzecz. Bardzo ważną. Mianowicie pressing. Nie było możliwości aby Arsenal na dłużej związał się z piłką, Barca podwajała, potrajała i praktycznie po kilku sekundach miała futbolówkę z powrotem. Taka gra mogła się podobać i nawet ja, zagorzały fan Realu Madryt biłem momentami brawo i rozwierałem usta szeroko ze zdziwienia. To czego się nie udało zrobić w pierwszej połowie, dokonało się szybko w drugiej. Do bólu nieskuteczny Ibrahimović przypomniał sobie jak się zdobywa bramki i najpierw dokładnym lobem a następnie soczystym strzałem sprawił, że Blaugrana w końcu osiągnęła rezultat, który mogła i powinna już osiągnąć w pierwszym kwadransie meczu. I generalnie od tego momentu, coś się z Barcą stało. Jak gdyby uśpiona, spoczęła na laurach i przestała grać swoje. A Arsenal spróbował, poczuł swoją szansę i powrócił z dalekiej podróży.
Remis 2:2 dalej jest korzystnym rezultatem dla Barcelony. Spokojnie powinna załatwić sprawę u siebie i nawet absencja dwóch czołowych stoperów (Puyol i Pique) raczej nie pokrzyżuje awansu. Większy problem zdaje się mieć Arene Wengere. Wypadł mu ze składu mózg drużyny Fabregas a także czołowy defensor Gallas, wiadomo również, że Arshavina ominie rewanż. W o wiele lepszej sytuacji jest Barca. Arsenal aby cokolwiek ugrać, aby mieć szansę i nadzieje na korzystny rezultat nie może powtórzyć zachowania z pierwszej połówki pierwszego meczu. Inaczej może być szybko pozamiatane. No chyba, że Barcelona będzie za bardzo chciała i przejedzie się podobnie jak Real z Lyonem… Chociaż z drugiej strony pokusa występu w maju na Santiago Bernabeu będzie ogromna. A i piłkarsko widać różnicę poziomów, tak więc nie widzę innego rozwiązania jak awans Katalończyków.


