Wczorajsza wpadka Czerwonych Diabłów w Monachium wcale nie musiała się okazać taka zła. Przy wyniku 1:2 i bramce strzelonej na wyjeździe, spokojnie można ten dwumecz odwrócić na swoją stronę.
W końcu rzesza ponad 70 tysięcy swoich fanów głośno dopingujących (chyba że żółto-zielony protest obowiązywać będzie nadal, a wszystko na to wskazuje, że tak) na Old Trafford i generalnie atut własnego boiska to kapitał dosyć spory. Jest jednak jedno ale… Brzemienną w skutkach może być dla Manchesteru kontuzja kostki Waynea Rooneya, który obecnie wydaje się być po prostu nie do zastąpienia. Rooney robi różnicę, jest najlepszym strzelcem swojej drużyny, odwala kawał ogromnej roboty i to nie tylko w ofensywie. Haruje za dwóch, jest go wszędzie pełno, liczą na niego wszyscy. W momencie, kiedy ważą się losy tytułu mistrzowskiego w Anglii, kiedy jest gra o awans do półfinału Ligi Mistrzów strata bramkostrzelnego Anglika jest koszmarem dla wszystkich związanych z United. Jednak sprawa kontuzji Rooneya wychodzi również bo za granice Old Trafford, bo Wayne to podpora nie tylko klubu ale i również reprezentacji Anglii. Praktycznie nikt nie wyobraża sobie Dumnych Synów Albionu bez lidera United. Szanse na jakikolwiek dobry wynik w RPA, bez Rooneya stopniały by praktycznie do minimum.
Tuż po ostatnim gwizdku sędziego na Allianz Arena, Anglicy wstrzymali oddech… To, że Rooney jest kontuzjowany wiadomo było od momentu jego kolizji z Gomezem. Nienaturalne skrzywienie stopy zwiastowało tylko i wyłącznie kłopoty. Każdy się modlił i prosił Boga o najkorzystniejszą diagnozę. Dzisiaj już wiadomo więcej. Rozbrat z piłką trwać będzie najprawdopodobniej od 2 do 4 tygodni. Czyli najbliższy ligowy mecz, tpfu! nie mecz tylko prawdziwe starcie gigantów bo na Old Trafford przyjeżdża stołeczna Chelsea odbędzie się bez najlepszego strzelca Premiership. Następnie rewanż z Bayernem w połowie przyszłego tygodnia również bez pomocy snajpera rodem z Liverpoolu. Tej chwili obawiali się fani Diabłów, patrząc na dokonania w tym sezonie, gdzie Wayne zdobył już 26 bramek w lidze (MU ma ich 76), ma 5 trafień w Lidze Mistrzów, 2 gole w Pucharze Ligi, widać gołym okiem, że jest on niezastąpiony i robi różnicę. Ciężko stwierdzić czy ta nieobecność wpłynie ujemnie na grę Manchesteru, wszystko wskazuje na to, że jednak tak choć oczywiście wcale nie musi być to pewnikiem. Co do wczorajszego spotkania to lepiej się ono dla gości zacząć nie mogło. Juz w drugiej minucie, za sprawą bohatera tego wpisu, Manchester wyszedł na prowadzenie. Tuż przed końcem skutecznym wolnym popisał się Ribery (piłka odbiła się od nogi Rooneya i zmyliła Van der Sara…) doprowadzając do remisu a gwoźdź do trumny przybił Ivica Olic, który w 93 minucie ustalił wynik spotkania.
To było wczoraj. Dziś, już za niespełna godzinę odbędzie się inny szlagier. Na Emirates Stadium przyjeżdża FC Barcelona. Gdy dodamy do tego Arsenal Londyn wychodzi nam mieszanka naszpikowana futbolem technicznym, zjawiskowym, wizjonerskim… Czy tak będzie? Jako miłośnik pięknej piłki mam wielką nadzieję, że tak.
