Corca Dhuibhne, czyli Dingle Peninsula to półwysep, leżący w południowo-zachodnim kawałku Irlandii. Jest piątym i ostatnim półwyspem jeśli patrzeć od południowej strony tego regionu. Mówi się, że jest to miejsce dla znawców, bo oprócz pasm górskich, piaszczystych plaż i mierzei napotkać tam można ogromną ilość, rozsypanych po całym półwyspie, reliktów wczesnochrześcijańskich. Jest to obszar Gaeltacht, w którym ludzie mówią językiem irlandzkim, kraina bezsprzecznie wyjątkowa, nad którą z całą pewnością warto poświęcić trochę czasu…
Miastem, które trzeba minąć i które uważa się za bramę wjazdową na Dingle Peninsula jest Tralee. Jednak już na samym półwyspie największym i najbardziej obleganym jest Dingle. My również zamierzaliśmy się w nim pojawić i spędzić tam parę godzin. Z miejsca, gdzie nocowaliśmy do Dingle prowadzą dwie drogi, mogliśmy się cofnąć do Camp i stamtąd N86 podążyć na południe a następnie wybrzeżem w towarzystwie 6 kilometrowej mierzei dotrzeć do celu. Albo druga opcja, zakładająca jazdę północną stroną, przez góry i przez Przełęcz Conora (Conor Pass). Druga możliwość wydawała nam się bardziej kusząca i właśnie ją wybraliśmy.
Generalnie w tej części Półwyspu Dingle jest parę na prawdę niezwykle interesujących miejsc, które warto odwiedzić. Nam, przez brak czasu i zbyt napięty terminarz tej wycieczki, nie było dane znaleźć się wszędzie… Aby to uczynić, aby dotrzeć do tych wszystkich, wartych zobaczenia miejscówek trzeba by poświęcić parę dni, może tydzień. My jeździliśmy autem, co było z jednej strony bardzo pomocne, bo ten środek transportu czynił nas niezwykle mobilnymi ale z drugiej strony, nie pozwalało nam to na poznanie wszystkich aspektów związanych z podróżowaniem. Przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce szybko ale nie czuliśmy tak do końca tego, co moglibyśmy poczuć jadąc rowerem albo w wersji bardziej hardcorowej, idąc pieszo. Tym sposobem dałoby się wejść dosłownie wszędzie, pokonać każdą łąkę, przeskoczyć każdy kamienny murek, poczuć wiatr, dać się smagać deszczem bądź uciąć sobie drzemkę nad brzegiem Oceanu. No cóż, może kiedyś uda się zrealizować coś takiego? Ktoś, kto odpowiednio przygotował by się do penetrowania Półwyspu Dingle, ktoś kto dysponowałby co najmniej tygodniem, mógłby obskoczyć wszystko to, co jest warte do obskoczenia. Jak wspomniałem, my niestety nie władaliśmy odpowiednią ilością czasu, toteż musieliśmy dokonywać wyborów. Poświęciliśmy między innymi drugi co do wielkości szczyt na Zielonej Wyspie, 953 metrowy Brandon Mountain, zostawiliśmy za sobą charakterystyczną, przypominającą kształtem kosę, Mierzeję Magharees czy też leżącą nieopodal grupę Wysp Magharee, zwanych również Wyspami Siedmiu Wieprzów. Pojechaliśmy prosto do Dingle, kierując się na Przełęcz Conora.
Conor Pass

Conor Pass jest najwyżej położoną przełęczą w Irlandii. Znajduje się w nieopisanym paśmie górskim, pomiędzy miasteczkiem Dingle a Brandon Bay. Od strony północnej prowadzi do niej wąska i miejscami dość stroma droga. Czasami było tak wąsko, że dwa samochody nie mogły się na niej minąć, na szczęście co jakiś czas porobione były małe zatoczki, w których szło się schować. Z powodu trudności trasy, przez przełęcz mogły przejechać tylko i wyłącznie samochody osobowe, dla ciężarówek czy też autobusów było to zabronione. Zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach. Za pierwszym razem na ciasnawym, malutkim parkingu tuż przed wjazdem na samą górę. A następnie już na samej przełęczy, z której rozpościerały się piękne widoki: z jednej strony na Zatokę Brandon i wielką, piaszczystą plażę doń przylegającą a z drugiej na zatokę Dingle i samo miasto Dingle nad tą zatoką leżące. Nie zabawiliśmy tam długo, może z 20 minut, maksymalnie pół godzinki, tyle w zupełności wystarczyło. Widowiskowa i wijąca się niczym wąż droga, która nas w to miejsce przywiodła przylegała do stromej, kamiennej ściany. Okazało się, że pionowe zbocze to część 618 metrowej góry Slievanea. Z kolei po drugiej stronie wznosiła się troszeczkę większa, mierząca 624 metry – Ballysiterragh. W dole, pomiędzy dwoma szczytami ciągnęła się dolina, z efektownymi jeziorkami i niewielką rzeczką wpływającą do Brandon Bay. Po krótkiej przechadzce wróciliśmy na parking i ruszyliśmy w dół. Do Dingle było 7 kilometrów, krótka trasa zajęła nam około kwadrans.
W kolorowym Dingle
Dingle, z irlandzkiego Daingean Uí Chúis, powstało jako miasto portowe po inwazji Normadów w Irlandii. W 13 wieku więcej towarów wywieziono przez Dingle niż Limerick. W wieku 14 głównym biznesem był import wina, na które z czasem wprowadzono podatek (w 1329 roku za sprawą Maurica Fitzgeralda, 1 Hrabiego Desmond). W 16 wieku Dingle stało się głównym portem handlowym w Irlandii, eksportowano stamtąd skóry i ryby, z kolei z kontynentu europejskiego przywożono wina. Floty rybackie z Hiszpanii i Francji wykorzystywały miasto jako swoją bazę. Dingle szczególnie mocno związane było z Hiszpanią. Pielgrzymi, którzy podróżowali do Sanktuarium świętego Jana w Santiago de Compostela wyruszali właśnie z portu w Dingle.

Zbliżaliśmy się do tego jedynego miasta na półwyspie od strony północnej, zostawiliśmy z tyłu góry i przed nami rozpościerał się widok Zatoki Dingle. Tuż po wjeździe do centrum znaleźliśmy się na głównej ulicy miasta. Mieliśmy plan gdzieś zostawić auto i udać się na zwiedzanie. Po paru minutach krążenia dojechaliśmy do portu, przy którym był spory parking, postanowiliśmy właśnie tam zakotwiczyć. Jak się okazało parking ten był największym w całym Dingle i tam stacjonowały wszystkie autobusy turystyczne a także gro samochodów osobowych, głównie z turystami. Opłaciliśmy parkomat, zabraliśmy co trzeba i pomaszerowaliśmy do portu. Nie był jakoś przesadnie duży, podobnie jak ruch na nim panujący. Nie wiem być może była jakaś przerwa, czy też przygotowania do wypłynięcia w morze, bo kutry rybackie i owszem były ale jak powiedziałem, wszystkie zacumowane. Część z nich była pod banderą krajów z Ameryki Łacińskiej, tak jakby historyczne stosunki na linii Dingle-Hiszpania w dalszym ciągu były pielęgnowane.

Nieopodal portu jest jedna rzecz, która u mieszkańców Dingle zawsze wywoła uśmiech na twarzy oraz przywróci wspomnienia. Mianowicie stoi sobie pomnik. Postawiony nie byle komu, nie jest to człowiek ale w historii miasta odegrał wielką rolę. Bohater tego pomnika to delfin, ma na imię Fungie i od dziesięcioleci jest jedną z głównych atrakcji turystycznych miasteczka. Zaprzyjaźniony niemal z każdym, bardzo chętnie ukazuje się rybakom a także turystom pływającym po zatoce. Historię tego przesympatycznego stworzenia możecie poznać TUTAJ. Nie wiadomo ile dokładnie lat ma ten delfin, z całą pewnością do młodzieniaszków już nie należy. Pierwszy raz zobaczono go na początku lat 80, czyli 3 dekady temu. Delfiny Butlonose, którego Fungie jest przedstawicielem żyją średnio 30-40 lat, tak więc z całą pewnością bliżej mu już do końca drogi niż do początku… My niestety nie dostąpiliśmy zaszczytu spotkania tego legendarnego delfina ale też nie mieliśmy prawa dostąpić, gdyż nie wypłynęliśmy na rejs po zatoce. A jeśli o rejsach mowa to z Dingle można się dostać na Wyspy Blasket. Są położone stosunkowo niedaleko, jest ich w sumie 6 i do 1953 roku były zamieszkiwane. Wtedy to nastąpiło przymusowe wysiedlenie mieszkańców na stały ląd. Ludzie, którzy tam żyli a była ich około setka, pozbawieni wszelakich wygód, wiedli spartański żywot. Różnica życia, która się wytworzyła pomiędzy wyspą a resztą Irlandii była zbyt duża, w dodatku z wyspy uciekało większość młodych kobiet, co tylko przyspieszyło decyzję o ewakuacji. Największa z wysp – Great Blasket Island, w okresie pomiędzy 1 a 2 Wojną Światową wydała trzech znanych, irlandzkich pisarzy (Thomás O’Crohan, Maurice O’Sullivan i Peig Sayer). Jest to o tyle dziwne, że jednak większość mieszkańców nie potrafiła czytać i pisać.



Panuje opinia, że Dingle to kolebka hipissowska. Że panuje tam luźny i senny klimat, że nie ma pośpiechu i że można natrafić na ogromną ilość akcesoriów z tym nurtem powiązanych. I rzeczywiście jest w tym trochę prawdy. Natrafiliśmy na kilka sklepów oferujących rozmaite wisiorki, świecidełka, chusty, rzemyki, plecione torebki czy kolorowe bluzki. Ktoś kto lubi takie klimaty i taki styl bycia na 100% byłby usatysfakcjonowany. Ogólnie sklepów, mniejszych lub większych jest w Dingle od groma. Szczególnie tych z pamiątkami, na każdym kroku, na każdej ulicy, wszędzie. Mieszają się z inną, bardzo popularną w Irlandii formą spędzania czasu… Pubów doliczono się kilkadziesiąt, spełniają one bardzo ważną rolę, w okresie zimowym można w nich pograć w rozmaite gry karciane, planszowe i quizy, natomiast gdy przychodzi wiosna oraz lato w pubach pojawia się morze turystów. Turystyka w Dingle jest szalenie ważna, już prawie zrównała się z inny głównymi źródłami zarobkowymi tego regionu: rybołówstwem i rolnictwem, które od zawsze napędzały życie na Dingle Peninsula. Daliśmy się tej turystyczno-zakupowej stronie troszeczkę porwać i zaopatrzyliśmy się w parę drobnych pamiątek, w między czasie wędrując i oglądając miasteczko od środka.

Jedna rzecz była bardzo charakterystyczna i wzbudziła we mnie uznanie. Nie wiem czy taki jest ogólny standard w hrabstwie Kerry ale w Dingle mieszkańcy mają wyobraźnie i pewną nutkę estetycznego szaleństwa. Otóż domy są w barwach tęczy, wszystkie kolorowe, nie rzadko jaskrawe, żadnych szarości, bezpłciowości, nudy. Spacerowaliśmy tymi wąskimi uliczkami i oglądaliśmy. Ulice te również wywarły w nas pozytywne emocje, dużo było takich jednokierunkowych, łatwo i sprawnie można było wszędzie się dostać, większość kręciła się wokół centrum i finalnie doprowadzały do portu. Przeszliśmy się Main Street, dotarliśmy do końca Dingle, w okolice spokojniejszych rejonów i po parudziesięciu minutach wróciliśmy do auta. Uzupełniliśmy parking i doszliśmy do wniosku, że należałoby coś zjeść. Jako, że byliśmy w mieście portowym, to należało zlokalizować jadłodajnię serwującą ryby. Nie wiem, zawsze gdy odwiedzę miejsca leżące na oceanem/morzem to staram się jeść ryby, chociaż w górach mam podobnie, czyli wychodzi na to, że rybki mi smakują wszędzie. Po chwili poszukiwania wybraliśmy lokal, gdzie były ryby, były frytki i jakaś sałatka. Trochę podjedliśmy i nabraliśmy sił przed dalszą podróżą. Niestety rybki z tego wszystkiego okazały się średnio dobre, co wprawiło mnie w lekki smutek i zdenerwowanie. Nie wiem jak to jest ale będąc w Irlandii, za każdym razem kiedy jem ryby to nie powalają mnie one na kolana… Marzy mi się taka rybka jakie podają nasze, polskie smażalnie ryb. Już sam zapach smażenia, przechodząc obok takiej smażalni, powoduje że cieknie ślinka i czym prędzej chce się wejść, zamówić i pochłonąć. Szkoda, że Zielona Wyspa nie jest w stanie (być może źle trafiam?) mi tego zagwarantować…




Pomalutku dochodził moment, w którym trzeba było to ciekawe miasto opuścić. Spędziliśmy w nim ponad 2 godziny, obeszliśmy wszystkie ważniejsze arterie Dingle, wczuliśmy się trochę w atmosferę portu, podziwialiśmy te kolorowe domy, sklepy, puby. Spoglądaliśmy na setki przemieszczających się w różne strony turystów i w końcowym rozrachunku byliśmy tą wizytą niezmiernie zadowoleni. Na pewno tam jeszcze wrócę, bo ktoś kto wybiera się na Półwysep Dingle musi przejechać przez samo Dingle, choćby ze względu na lokalizację. Jadąc dalej na zachód, na widowiskową, kilku dziesięciokilometrową pętlę trzeba odwiedzić Dingle. Zapewniam, że warto. 😉




Witaj, Cwirku 🙂 Teraz już wiem, o jakich koralikach i wisiorkach mówiłeś! 🙂 Muszę przyznać, że ja bardzo lubię takie sklepy, więc z Dingle nie wyjechałam z pustymi rękoma 🙂 A tak na marginesie, to jest to bardzo klimatyczne i sympatyczne miasteczko. A lodów u Murphy’ego nie jedliście? My się skusiliśmy pod wpływem naszego przewodnika książkowego, ale okazało się, że nie były to najlepsze lody w naszym życiu. Aczkolwiek smaczne były.
Mnie zdecydowanie rozczarowała ryba w Blasket Centre [napisałam posta prawie rok temu i jeszcze nie opublikowałam…] Strasznie tłusta była.
Cześć Taito!
Masz rację, że w Dingle jest klimat, jakaś taka fajna energia, która pozytywnie działa na ludzi. Odczuwałem tam coś takiego, nie wiem może dlatego, ze byłem tam po raz pierwszy? Może gdy będę tam wracał moje odczucia pójdą w innym kierunku? Tak jak pisałem, podobały mi się te wąskie uliczki, te barwy narzucone na budynki, ta ilość sklepików.
Lodów nie jedliśmy, podczas podróżowania walczyłem z bólem gardła i zimne lody były na mojej liście na samiusieńkim końcu 🙂 A ryba nie wiem w jakiej to było jadłodajni, nie jestem pewien ale ta knajpka miała chyba kolor niebiesko-biały, w środku na pewno była flaga hiszpańskiego klubu piłkarskiego Deportivo La Coruna 🙂
pozdrawiam serdecznie!
Haha, i od razu widać, że Cwirek jest kibicem piłkarskim 🙂
Wspaniałych świąt Wam życzę 🙂
Bardzo ciekawy, ładnie napisany reportaż z Dingle. Troszkę mało na temat podróży dalej na zachód do wybrzeża skąd widać Blasket Islands. Tam jest dopiero uroczo! Plaża w Ventry również zjawiskowa. No i pękne klify przy Ballintaggart 🙂
Jednak zupełnie mi się nie podoba część o gastronomii, wręcz jest potraktowana z ignorancją. Otóż Dingle jest jednym z ważniejszych irlandzkich gastronomicnych eldorado – gdzie serwuje się świeże owoce morza (homary, mule, kraby, ostrygi) oraz ryby (dzikie łososie, inne ryby atlantyckie) prosto z zatoki i Atlantyku. Przynajmniej kilka restauracji jest wymieniana w czołówce restauracji irlandzkich (Out Of The Blue, Stonehouse, Half Door). Polecam skorzystać wybierając miejsce na jedzenie chociażby TripAdvisora
No i odnośnie jedzenie – bardzo polecana impreza Dingle Food Festival|
Hej Jacaaaa!
Sorki, że tak późno odpisuję. Co do jedzenie to fakt, dużo o nim nie ma ale to też po troszce dlatego, że sami w tych kulinariach nie uczestniczyliśmy, nie było to naszym priorytetem. Chcieliśmy Dingle zobaczyć z innej strony a jedzenie, że tak powiem ,,zrobić na szybko” tak aby nabrać energii. Gdyby było więcej czasu, najlepiej parę dni to można by poświęcić się właśnie jedzonku, wtedy z pewnością dotarłbym do tych wymienionych przez Ciebie wyżej restauracji.
Jeśli idzie zaś o dalszą podróż na zachód to w kolejnych postach jest ona uwzględniona – być może już doczytałeś? 🙂 Widzielismy Blasket Island i mamy nawet bardzo fajne zdjęcia gdy słońce chowało się za ocean, piękne barwy.
pozdrawiam serdecznie! 😉