Pierwsza z czterech bitw, które zafundował nam los zakończyła się podziałem punktów. Czy jestem z takiego rezultatu zadowolony? No cóż, z jednej strony nie bo jednak jakakolwiek strata punktów na własnym stadionie zalicza się raczej do negatywów, na pewno nie jeśli zestawić ten mecz wczorajszy do tego z jesieni (5:0 dla Barcelony), raczej nie z punktu widzenia ligowej tabeli i walki o mistrzostwo kraju. A plusy tego remisu? Tak na szybko zauważam dwa: przerwana fatalna passa 5 porażek w Gran Derbi oraz fakt, że większość część drugiej połowy Real musiał grać w 10 (przy 1:0 dla Blaugrany).
Gdy spojrzałem na wyjściową jedenastkę Realu Madryt przecierałem oczy ze zdziwienia. Albiol na środku obrony, Pepe jako defensywny pomocnik, Mesut Özil na ławce rezerwowych? Pierwsza myśl: to nie może się dobrze skończyć… Chociaż z drugiej strony gorzej niż w pierwszym meczu być już nie mogło a że, Mourinho to wytrawny trener i strateg więc należało mu zaufać. Dobitnie było widać, że gospodarze ustawieni zostali wybitnie defensywnie, praktycznie 7 graczy, którzy myśleć mieli raczej o destrukcji i tylko trójka stricte ofensywna wróżyła tylko jedno, a mianowicie to, że Królewscy grać będą z kontry oraz to, że piłka przez zdecydowaną większość czasu krążyć będzie pomiędzy zawodnikami Barcy. Mourinho bardzo dobrze wiedział, że futbol radosny, otwarty i nastawiony na wymianę ciosów nic dobrego dla Realu nie przyniesie, tak więc zdecydował się na wyczekiwanie rywala. Ktoś może mieć zdanie, że Realowi Madryt coś takiego nie przystaje, że w każdej potyczce powinien dyktować warunki i narzucać przeciwnikowi swój styl ale niestety przyszły takie czasy, że akurat podczas spotkań w El Classico należy schować tego rodzaju dumę i spróbować osiągnąć korzystny wynik w sposób, który podczas innych spotkań Realowi by się nie zdarzył. I Jose Mourinho bez wątpienia coś takiego wdrożył wczorajszego wieczoru w życie. To było coś na kształt Chelsea czy Interu, którymi Mourinho swego czasu dowodził i dwukrotnie Barcelonę wyeliminował.
Na 6 kolejek przed końcem ligi Barcelona ma 8 punktów przewagi. Na zdrowy rozsądek wydaje się, ze sprawa mistrzowskiego tytułu jest już załatwiona. Mało prawdopodobne jest aby Barca nagle zaczęła gubić punkty i oddała to, co przez cały sezon mozolnie budowała. Niestety, z punktu widzenia fana klubu ze stolicy Hiszpanii, ale o 32 tytule trzeba już chyba zapomnieć. Na szczęście nie wszystko stracone, bo oprócz przegranej ligi, jest jeszcze Puchar Króla. Mówiło się, że te ligowe Gran Derbi są najmniej istotne, na pewno tak, jeśli spojrzymy na stratę punktową ale Real miał inne zadanie do zrealizowania. Po szalenie niekorzystnej passie ostatnich meczy z Barcą tym meczem ligowym trzeba było odbudować się mentalnie i przed ważniejszymi starciami w Copa del Rey i Champions League dodać sobie wiary, że jednak Barcę pokonać się da. Wczorajsza dyspozycja i scenariusz tego meczu zdecydowanie Realowi tej wiary dodały. I to teraz wydaje się najważniejsze. Wydaje się, że Mourinho znalazł sposób i teraz musimy poczekać na środowy finał, w którym zobaczymy czy ten sposób jest skuteczny i czy Królewscy wywalczą to długo oczekiwane trofeum (0d 18 lat!). Liczę na to i w najbliższą środę mam zamiar wznieść ramiona w geście tryumfu!
