WROBELS

Iron Maiden na winylach

Wybraliśmy się ostatnio na targ. Jest w każdą sobotę i nazywa się Car Boot Sale. Miejsce, w którym można kupić tak zwane ,,wszystko i nic”, z różnorakimi pierdółkami, z meblami, naczyniami, obrazami, jedzeniem, narzędziami, ubraniami, węglem czy torfem. Czasami się tam zjawiamy ale rzadko coś kupujemy. Tym razem z pustymi rękoma stamtąd nie wyszliśmy.

Złote lata 80

Z wielu stoisk, które tam są, i które mają mniej lub bardziej interesujące rzeczy jest też takie co zachęca. Zachęca głównie osoby lubujące się w muzyce. Nie było tam co prawda wyboru, tak jak ma to miejsce w sklepach muzycznych, ale ja znalazłem tam coś, co mnie bardzo zainteresowało i czemu nie potrafiłem się oprzeć. Znalazłem perełki, w moim przekonaniu perełki, które z każdym rokiem, wydaje się, że zyskują na swojej wartości i z każdym rokiem jest je co raz trudniej dostać. Kiedyś tylko na takim nośniku słuchało się muzykę, dopiero po latach pojawiły się kasety magnetofonowe, następnie płyty cd, dvd czy blue-ray. O czym mówię? O płytach gramofonowych, nazywanych też płytami analogowymi czy po prostu czarnymi płytami. Kupiłem sobie takie płyty, podczas wcześniejszej wizyty jedną a ostatnim razem aż siedem. Tylko jedna kapela mogła skłonić mnie do takiego ruchu, tylko jednej nie mogłem się oprzeć…

Mój pierwszy long play Iron Maiden, jaki udało mi się zdobyć to The Number of the Beast. Płyta legendarna, mająca praktycznie same mocne punkty. Światło dzienne ujrzała w 1982 roku a rok później uznana została przez czytelników magazynu Kerrang! za drugi Najlepszy Album Wszech Czasów.  Numer Bestii  jest jednym z moich ulubionych albumów, to między innymi z tego albumu miałem okazję pierwszy raz na żywo posłuchać Żelaznej Dziewicy. W Chorzowie zagrali wtedy The Number of the Beast, Run to the Hills i Hallowed Be The Name. Te trzy utwory uważane są za sztandarowe, bardzo często grane na koncertach ale też świetne. Szczególnie niepowtarzalny wydaje się być Hallowed Be The Name i nie jest żadną przesadą twierdzić, że ta kompozycja, napisana przez Steva Harrisa, to jeden z najlepszych metalowych utworów wszech czasów. Ja się z tym zgadzam w 100%.

The Number of the Beast, 1982

Po Numerze Bestii przyszedł czas na kolejne. Na początku zauważyłem jedną, zacząłem ją przeglądać aż tu sprzedawca pokazuje mi 6 innych. Szybkie zastanowienie i decyzja: biorę wszystko! Takiej okazji przegapić nie mogłem. Tak się złożyło, że na Car Boot Sale zaopatrzyłem się w pierwsze 7 studyjnych płyt zespołu: Iron Maiden (1980 rok), Killers (1981), The Number of the Beast (1982), Piece of Mind (1984), Powerslave (1985), Somewhere in Time (1986), Seventh Son of a Seventh Son (1988) oraz album koncertowy z 1985 roku: Live After Death. Cała dekada, z której pochodzą powyższe tytuły uważana jest za złotą erę Iron Maiden. To wtedy nagrywali i wydawali płyty w tempie iście ekspresowym, to wtedy mieli najwięcej werwy i chyba pomysłów. Fani darzą z ogromnych sentymentem lata 80 i początkową twórczość Dziewicy.

Siódmy Syn Siódmego Syna na winylu

Dla mnie było to wejście na zupełnie nowe tory. Nigdy wcześniej nie miałem styczności z płytami analogowymi, być może gdybym był znacznie starszy to właśnie od takich płyt zacząłbym słuchanie muzyki? Jednak stało się inaczej, najpierw upolowałem 14 albumów studyjnych wydanych na CD (brakuje mi tylko The X Factor z czasów Blazea Bayleya) i dopiero potem zabrałem się za winyle.  Postaram się z czasem uzupełniać moją kolekcję, być może na takich właśnie targach a jak nie, to za pośrednictwem internetu. Na Ebay’u czy też Allegro powinno być wszystko, zaczynając od tych najstarszych a kończąc na najnowszych pozycjach. Na koniec sprawa najważniejsza: mam płyty winylowe a nie mam na czym ich słuchać. 🙂 Adapter jak najbardziej wskazany i chyba w pierwszej kolejności poszukiwany. Up The Irons!

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

2 komentarzeZostaw komentarz

  • Zazdroszczę. Płyty w bardzo dobrym stanie, to podnosi ich wartość (zniszczone brzegi to norma, dziwne gdyby po 30 latach było inaczej). Sam z tych płyt na winylach mam tylko “Killers”, “The Number of the Beast” i “Seventh Son of a Seventh Son” (a także późniejsze “No Prayer for the Dying” i “The Final Frontier” oraz 12-calowy singiel “The Trooper”), na resztę wciąż poluje, zwłaszcza na “Powerslave” i “Somewhere in Time”, ze względu na okładki. Chociaz najlepsze albumy z tamtego okresu to dla mnie “Pice of Mind” i “Live After Death”.

  • Witaj!

    Trochę było w tym przypadku. Zobaczyłem je wszystkie i moment zadecydował, że stałem się ich szczęśliwym posiadaczem. Później tego kolesia już więcej nie widziałem na tym targu. Pewnie gdybym się uparł to mógłbym w jakiś sposób wszystkie winyle Maidenów zdobyć ale powiem szczerze, że specjalnie tego nie szukam, choć oczywiście szczęśliwy jestem bardzo, że aż tyle posiadam 🙂 Najśmieszniejsze w tej całej winylowej historii jest to, że jeszcze ich nie odpaliłem… 🙂

    pozdrawiam!

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *