Pętla Kerry w całości jest piękna, nie wypada nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Byłem, widziałem, potwierdzam. Choć w mojej prywatnej klasyfikacji, to południowa część Półwyspu Iveragh jest bardziej urocza aniżeli północna. To tam są cukierkowo-kolorowe miasteczka, malownicze górskie pejzaże, zielone doliny i przede wszystkim Park Narodowy Killarney…
Z Warowni Staigue, do głównej drogi N70 dotarliśmy równie szybko, jak w drug stronę. Słoneczko na niebie zadomowiło się już na dobre, byliśmy tylko mi, grupka piechurów, piękne widoki i co jakiś czas przejeżdżający samochód. Nie daliśmy rady, i bardzo dobrze, aby przejechać, nawet kilka kilometrów, bez zatrzymania się. Robiliśmy to kilkukrotnie, a to przy drodze, z widokiem na zjawiskową dolinę, a to obok starego, kamiennego mostka, pod którym żwawo płynął strumyk, innym razem przyciągnął nas fragment szosy, pięknie zanikającej za zakrętem. Były to dla nas smaczki nie do odrzucenia, aparat za każdym razem czekał w gotowości bojowej, i z paru ujęć byliśmy na prawdę zadowoleni.
Kolorowe miasteczko Sneem
Na trasie Pętli leży sobie miasteczko. Niewielkie, spokojne, kolorowe. Od Castlecove (tam gdzie skręca się do Staigue Fort) do SNEEM jest mniej więcej 15 kilometrów. Ten kawałek spokojnie można zrobić w kwadrans, nam zajęło to troszkę dłużej… W Sneem zatrzymaliśmy się na krótką przerwę, odwiedziliśmy sklepiki z pamiątkami i pokręciliśmy się po centrum. Miasteczko dzieli się na dwie części – północną i południową. Z jednej do drugiej można się dostać przez most, który działa jako węzeł, łączący obie te powierzchnie. W ogóle irlandzka nazwa miasta An tSnaidhm, po angielsku The Knot to nic innego jak właśnie WĘZEŁ.
Charakterystyczne w Sneem są dwie rzeczy, na jedną, powiem szczerze, uwagi większej nie zwróciłem, druga rzucała się w oczy od razu. Można tam zaobserwować mnóstwo, różnej maści, publicznych rzeźb, dostępnych dla wszystkich bezpłatnie, przez cały rok. Prace Vivienne Roche, Alana Halla, Tamary Rikman, rzeźbę Pandy ofiarowanej przez Chińską Republikę Ludową można zobaczyć w różnych częściach miasta. Zmartwychwstałego Chrystusa z pod dłuta brata Josepha McNally’ego podziwiać możemy na terenie kościoła St Michael’s, z kolei Boginię Isses ufundowali mieszkańcy Egiptu. Jak wspomniałem, ja je niefortunnie ominąłem, no może oprócz jednej, bo akurat stała obok naszego auta i ją remontowali (a może tworzyli nową?). Nie spostrzegłem posągów ale mój wzrok dosięgnął inną, typową dla hrabstwa Kerry, rzecz. Kolejne miasto odznaczało się tym, że budynki pomalowano kolorami, z całej chyba palety barw. Różowy, żółty, zielony, biały, czerwony, niebieski, szary, doprawdy bardzo kolorowe miejsce i w związku z tym przyjemne, przynajmniej dla mnie przyjemne i cieszące oko.
Ciekawym miejscem jest kompleks budynków, zaprojektowanych przez rzeźbiarza z Co.Kerry Jamesa Scanlona i wykonanych przez lokalnych kamieniarzy. Są one zlokalizowane w pobliżu kościoła St Michael’s i rozciąga się z nich widok na rzekę Sneem. Była to nagroda, z okazji wygrania przez miasto, konkursu na Irish Tidy Town Competition w 1987 roku. Projekt powstał w latach 1989-90, natomiast w 1997 roku zdobył nagrodę National Landscape Award, czyli Narodową Nagrodę Krajobrazową.




Są dwa sposoby aby jechać dalej, w kierunku Killarney. Pierwszy to kontynuacja jazdy drogą N70, wzdłuż Kenmare River aż do miasteczka Kenmar, potem odbicie na N71 i dalej, kierunek północ. Druga opcja to wjazd na mniejszą, lokalną R568, która startuje w Sneem i po około 25 kilometrach kończy się w okolicach Moll’s Gap, u podnóża Peakeen Mountain (556 m. n.p.m). Wybór padł na drugą wersję, chcieliśmy lekkiej odmiany, tak aby wbić się trochę w półwysep i zobaczyć go z perspektywy mniejszych dróżek a nie tylko z głównej drogi nr. N70. W pewnym sensie poświeciliśmy Kenmare, w którym najprawdopodobniej również byśmy się zatrzymali, bo mapa nam wskazała co najmniej dwie rzeczy, znajdujące się w kręgach naszych zainteresowań (Our Lady’s Well i Stone Circle). No, ale nie mogliśmy mieć wszystkiego, choć bardzo chcieliśmy aby tak właśnie było. Jak wspomniałem wyżej, naszym głównym wrogiem był nieustannie uciekający czas, który jakby nie było gonił nas i popędzał, a w takiej sytuacji mogliśmy (i robiliśmy to) co po niektóre atrakcje opuszczać.
Piękne widoki w okolicach Moll’s Gap
Na R568 są tylko dwie większe wioski: Letterfinish i Derreenfinlehid. Żadna warta uwagi, zresztą na tym obszarze, w moim odczuciu tylko dwie rzeczy mogły zainteresować: Kerry Alternative Technology i ewentualnie wejście na 415 metrową górę Knocknagullion, z której przypuszczam mógłby się rozciągać świetny widok na miasteczka Kenmare i Sneem oraz na całą zatokę/rzekę Kenmare. My jednak z auta nie wysiedliśmy i po pół godzinie dojechaliśmy do Barfiniffy Lough. Komenda: Zatrzymujemy się! Oj, na prawdę warto było się zatrzymać, gdyż tuż obok drogi leżało jeziorko, spokojne z taflą wody niemalże nieruchomą. Za jeziorkiem góra, nie monstrualna ale mająca coś w sobie. Góra była bez drzew, trochę poszarpana, brunatna i fajnie oświetlana przez słońce. Bardzo ciche i pełne spokoju miejsce… Błogość całej sytuacji zakłócił jedynie mały incydent, a właściwie feralne stąpnięcie Daniela, podczas zejścia z małej górki, na której staliśmy i podziwialiśmy okolicę. Delikatna kontuzja kostki, która na pierwszy rzut oka wydawała się groźna, ale na szczęście dzielny Daniel zacisnął zęby i dalej kontynuował podróż 🙂




Po paru kilometrach kręciliśmy się wzdłuż brzegów następnego, nieprzeciętnej urody jeziorka. Tym razem w szpony swojej niezwykłości pochwyciło nas Looscaunagh Lough. Las, góry, trawy, krzaki, dzika przyroda, woda, głazy – wszystko na wyciągniecie ręki, dla kogoś z nutką fotograficznej pasji miejsce bardzo wdzięczne i przyjemne. Nawet ja, amator przez duże A, dopiero stawiający pierwsze kroki w tej dziedzinie sztuki, wydobyłem z siebie ukryte pokłady fantazji i uwieczniłem to wszystko na zdjęciach :-).
Ladies View – widok niełatwy do zapomnienia

Dziesięć minut później zerkaliśmy na Upper Lough. Pierwszorzędny widok na jeziora, na Przełęcz Dunloe, na Czarną Dolinę, górskie szczyty i Ross Castle oferował punkt widokowy Ladies View. Mówi się, że jest to najpiękniejszy i najbardziej znany widok w Killarney, z którego korzysta cała masa turystów. A czemu taka akurat nazwa? W 1861 roku wizytowała te tereny Królowa Victoria. Cała świta była tak zachwycona, że miejsce, a właściwie ten wspaniały widok został nazwany na ich cześć. Podróżni mogą się zatrzymać na małym parkingu i odpocząć w restauracyjce o imieniu Lady Views Industries. Nie dla nas były takie rarytasy, więc zwinęliśmy się czym prędzej i pognaliśmy dalej.




Parę zakrętów niżej raz kolejny stanęliśmy. Zatrzymał nas stary, bardzo zgrabny kościółek i kamienny mostek. Strumyk dziarsko płynął w dół, odbijając się o ogromne bryły skalne, znikając gdzieś w dole, w zaroślach. Skakaliśmy z głazu na głaz, wleźliśmy na most, byliśmy pod nim, zerkaliśmy na kościół – szybki, kilku minutowy postój i do wozu, trzeba sunąć dalej…
Wjeżdżamy do Killarney National Park

Nie dojechaliśmy jednak zbyt daleko, bo znowu musieliśmy się zatrzymać. W tych rejonach N71 wjeżdża już na tereny Parku Narodowego Killarney. Droga jest raczej wąska ale jedzie się nią na prawdę ciekawie, często jest się jakby w tunelu, bo po jednej, jak i drugiej stronie ciągnie się ściana roślinności. Początek parku właśnie coś takiego proponuje, trasa z całą pewnością bardziej fascynująca niż połykanie kolejnych kilometrów na autostradzie. Znów jeziorko, znów przeraźliwa (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) cisza, fragment krajobrazu występujący tylko w tej części Irlandii, pejzażu tak niezwykłego, że trudno było to sobie wyobrazić. Nie byliśmy sami. Parking spokojnie mógł przyjąć kilka samochodów, oprócz naszego, stał jeszcze jeden. Nad brzegiem Upper Lough odpoczywała para. W kwiecie wieku, siedzieli sobie na krzesełkach i podjadali coś z turystycznego stolika. Nie zamieniliśmy ze sobą zbyt wielu słów, oprócz tradycyjnego pozdrowienia, z równie tradycyjnym How are you?, wymieniliśmy tylko pogląd na temat wspaniałości tej krainy i oddaliliśmy się w kierunku wielkich skał.




Jeziorko prezentowało się cudnie. Cisza, przerywana jedynie odgłosami natury oraz samochodami, które co jakiś czas obok nas przejeżdżały, była jedyna w swoim rodzaju. Wyglądało to tak, jakbyśmy wpadli w jakąś dziurę ciszy i spokoju; elementy magii fruwały gdzieś w powietrzu i uzupełniały się z delikatnym wiatrem, pieściły się ze słońcem i tańczyły, sobie tylko znany taniec radości. Misterne miejsce lecz obwarowane zakazem kąpieli. Chciałoby się wskoczyć do wody, nie jednego pewnie kusiło, a być może nawet ktoś z tego korzystał? Swoistym ostrzeżeniem była tabliczka upamiętniająca 25 letniego Pierce’a Lette’a, który w 1990 roku utonął właśnie w tym jeziorze.
Pomimo, że wiedziałem o bajecznych krainach Półwyspu Iveragh, to i tak zostałem mile zaskoczony. Dobitnie się potwierdziło moje wcześniejsze stwierdzenie, że w tej południowej części półwyspu, jest po prostu piękniej niż na północy. Oczywiście historia tutaj opisana i przedstawione fotografie, mogą dać jako taki pogląd, ale i tak, aby w pełni doświadczyć tej przyrodniczej doskonałości, to trzeba się w te miejsca wybrać osobiście. Najlepiej przy słonecznej pogodzie, bo wtedy smakuje wszystko intensywniej. 😉







Właśnie dlatego uwielbiam tam powracać. Zdecydowanie malownicza i romantyczna kraina. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Piękna, ale to inny rodzaj piękna – nie tak surowy jak w przypadku Connemary. Swoją drogą bardzo dobrze udało się Wam ująć jej urodę.
Jaki romantyczny przedostatni akapit 🙂
Miłego dnia, muszę zabierać się za pracę, więc nic więcej już nie piszę.
Hej Taito!
Malownicza i romantyczna bez dwóch zdań. Żałuję tylko jednego, że byliśmy tam tak króciutko… Marzy mi się nie autem, ale rowerem bądź nawet pieszo po Iveragh się przemieszczać 🙂 Przypuszczam, że dopiero wtedy, tak prawdziwie można by poznać tę krainę, którą spokojnie możemy nazwać, że jest to kwintesencja Irlandii.
Romantyczny? Jakby to powiedział Rysiu Riedel: ,,bo ze mnie nie jest taki zwykły man…” 😉
pozdrawiam ciepło!
ps. o mailu pamiętam!
Niedosyt zawsze pozostaje. Mnie rzadko kiedy udaje się zobaczyć wszystko, co chcę, bo harmonogram zwiedzania mam zawsze napięty.
I tak dużo zobaczyłeś! A w dodatku pogodę mieliście fajną.
PS. Nie spieszy się 🙂 Take your time, jak mawiają tubylcy 🙂
Jeśli do czynienia mamy z takiego typu, wyjazdem kilkudniowym to rzeczywiście, wszystkiego ogarnąć, tak jakby się chciało, nie idzie. No chyba, że jedziesz tylko w jakimś konkretnym celu, np. zobaczyć zamek czy opactwo tylko. Pogoda fantastico, teraz patrząc na te fotki dopiero to doceniam 🙂
Nic dodać nic ująć, opisane bardzo zachęcająco, gdybym tam nie był to marzyłbym o poznaniu z bliska tej pięknej krainy. I tak marzę o kolejnym wyjeździe, kto wie, może łódeczką po jeziorze… Już w jednej siedziałem, robiłem jej zdjęcia na tle fantastycznych widoków tylko klucznika nie było. Zdjęcia malinowe, na kalendarz, na pocztówki, w każdym razie polecać warto.
Zawsze mnie zastanawiały te przyciski, teraz skorzystałem z przycisku Facebooka i poleciłem ten post na swoim fejsie.
Hej Pendragonie!
Kto wie, może uda się uszczknąć trochę tej krainy podczas wyjazdu (?) na Carrantuohill? 🙂 Fajne łódeczki były zacumowane przy Ross Castle, było tego co najmniej 100, w takim małym kanałku. Bardzo kolorowe. Mogłeś uprowadzić łódeczkę i wypuścić się samemu w rejs po jeziorku 🙂 Jeśli już o łódce piszemy to swego czasu miałem takie marzenie – w sumie dalej mam – aby popływać łódką ale po jeziorach Connemary.
Właśnie zauważyłem na FB, że pojawił się u Ciebie mój wpis. Świetna sprawa, dzięki za to.
pozdrawiam!
Ja jestem jak najbardziej za pływaniem łódeczką. Uprowadźmy jakąś 🙂
Twoje zdjęcia są fantastyczne i oddają urodę miejsc , które opisujesz.Za każdym razem jak jestem w Killarney, ciągnie mnie aby stanąć na Ladies View i upajać się tym przepięknym widokiem.Lubię również podjechać nad Upper Lake i pojśc do Torc Waterfall , aby po drodze popatrzeć na urokliwy krajobraz.Nigdy tych widoków nie mam za dużo.Sporo miejsc już widziałam w Irlandii , ale uważam , że okolice Killarney są najpiękniejsze. Podobno Polacy mówią o Killarney , że to drugie Zakopane.Tylko nie wiem dlaczego. Czy ze względu na dużą ilość turystów (na szczęście bywam tam we wrześniu , kiedy nie ma tłumów ludzi) , czy na wspaniałe widoki . a może jedno i drugie.
Serdecznie pozdrawiam i czekam ,jak zwykle na ciąg dalszy.
Witaj Bawa!
Fajnie, że zdjęcia cieszą Twoje oczy 😉 Myślę, że bez zdjęć te wszystkie miejsca, które się odwiedza, dużo by traciły. Nawet jeśli nie wiadomo jak wspaniały poeta by to opisywał. Moje doświadczenia z Iveragh jak narazie zamykają się w przedziale tych 2 tylko dni, więc nie mam jakiś ulubionych stamtąd miejsc czy przyzwyczajeń. Myślę, że łatka Zakopanego została przypięta ze względu, tak jak napisałaś, na częstotliwość odwiedzin i najazdów ludzi. 🙂 Chociaż i tu i tu, mamy dwa najwyższe szczyty: Rysy oraz Carrantuohill.
Pozdrawiam ciepło!
Fantastyczne fotki! Ja tamte okolice odwiedziłem w zeszłym roku i byłem zachwycony. Na każdym kilometrze ochy i achy, nocleg w jakichś czarodziejskich zadupiach, no aż się łezka w oku kręci normalnie 😉
Hej Xpil!
Dzięki. Rzeczywiście nie można przejechać przez Pętle Kerry obojętnie. Nie da się. Spaliśmy jedną nockę w aucie ale zdaję sobie sprawę, że miejscówek najróżniejszych na nocleg jest tam pełno. Wielki potencjał ma ta kraina.
pozdrawiam! 😉
Szkoda, że takiej weny nie miałem na języku polskim w szkole 😉
Przepieknie opisane i pokazane. Jak zwykle zresztą! Chapeau bas
Ależ super. Wielokrotnie byłem w Szkocji, szczególnie części zachodniej, z wyspa Sky. Czy tam byliście? Czy posiadacie materiał zdjęciowy?
Tu fotki zachwycają, od razu przypominają mi tamte tereny.
Dziękuję i za opowieść, bo przynosi mi trochę ulgi, bo dziś od rana dużo zadań, zakańczanie projektów społecznych, w których mnóstwo spraw powiązanych z ludźmi, którzy maja swoje zdanie.
Dziękuję Wam za zdjęcia, w dziwny sposób udaje się Wam zachować klimat relaksu i wolności.
Witaj! Na zdjęciach, rzeczywiście tak jakby zatrzymał się czas 😉 I tak też tam wtedy było, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie – cisza i spokój. Gdy dodać do tego piękne słońce i spektakularne krajobrazy, to pomimo nawet szybkiego przez tę krainę przejazdu, może człowiek odpocząć i się zrelaksować. Oczywiście nic nie przebije bycia w tych miejscach osobiście, opowieść i zdjęcia mają do takiego wyjazdu tylko zachęcić i mam nadzieję, że udało mi się to zrobić 🙂
W Szkocji niestety nie byliśmy. Oby do czasu tylko.
pozdrawiam serdecznie!
dzięki, masz raczej, podroż pozostawia uczucie przestrzeni i konkretnych przezyc, jakich zdjecia nigdy nie oddadzą. ale od nich się czasem zaczyna!
dzięki, powodzenia
Uwielbiam Twoje zdjęcia i opisy wypraw :)właśnie przygotoswuję się do wyprawy do Irlandii na 2 tygodnie,ciekawa jestem jedynie czy na wschodnim wybrzeżu jest równie dużo atrakcji co na zachodnim 🙂 poproszę o informację, która piękna kraina znajduje się na Twoim zdjęciu głownym, będącym tłem do menu 😀
Witaj Pati!
Miło mi, że podoba Ci się to co robię 🙂 Oczywiście, że wschód Wyspy ma również swoje piękne miejsca do zobaczenia, choć moim (ale chyba nie tylko moim) zdaniem, to właśnie zachodnie oraz południowo-zachodnie krańce Irlandii są najbardziej urokliwe. Osobiście na wschodzie byłem mało, niemniej jednak nie oznacza to, że jestem zrażony czy coś w tym stylu, po prostu jakoś wszystkie wyjazdy kierowane były w inne strony. Co mógłbym Ci na szybko polecić? Może Góry Wicklow, na pewno Newgrange oraz dwa inne grobowce megalityczne Knowth i Dowth – nie daleko ich są opactwa (Monasterboice, Mellifont). Według mnie warto zapuścić się trochę w głąb do Bective Abbey i od razu, w ten sam dzień można zobaczyć legendarne Hills of Tara czy Trim. Niedaleko Dublina mamy Powerscourte czy Russborough – dwie piękne rezydencje z malowniczymi ogrodami. Jest niezwykły Glendalough, czyli kompleks klasztorny z 5-6 wieku. No i jest sam Dublin, w którym także zobaczyć możesz pełno fajnego 🙂
A piękna kraina z czołówki bloga to fragment Clogher Bay na Półwyspie Dingle.Pozdrawiam serdecznie i życzę zakochania w Irlandii! 😉